Ani plagiat, ani nie plagiat, ale tak robić nie wolno

Ani plagiat, ani nie plagiat, ale tak robić nie wolno

 Tomasz Wysocki

Gazeta Wyborcza  Wrocław.2010-01-23

,Prof. Ryszard Andrzejak zapożyczył fragmenty tekstów od innych autorów, ale nie można jednoznacznie uznać, że popełnił plagiat – stwierdził prof. Czesław Stankiewicz, który badał sprawę rektora wrocławskiej Akademii Medycznej. Pewny jest tylko jednego: związkowcy z Solidarności ’80 nie mieli prawa oskarżać rektora swojej uczelni.

Przypomnijmy, popełnienie plagiatu w rozprawie habilitacyjnej zarzucili prof. Ryszardowi Andrzejakowi, rektorowi AM we Wrocławiu, liderzy uczelnianej Solidarności ’80. Ich zdaniem rektor przepisał niemal 90 fragmentów z tekstów prof. Witolda Zatońskiego i prof. Jolanty Antonowicz-Juchniewicz. W grudniu 2008 r. ministerstwo wyznaczyło prof. Czesława Stankiewicza z Uniwersytetu Medycznego w Gdańsku na rzecznika dyscyplinarnego do zweryfikowania zarzutów związkowców.
 Prof. Stankiewicz przez pięć miesięcy przygotowywał sprawozdanie, które liczy niewiele ponad sześć stron. 

Ocena zarzutów o plagiat zajmuje w dokumencie niecałe dwie strony. Stankiewicz pisze jedynie o kilku zapożyczeniach w tekście prof. Andrzejaka, głównie z opracowania prof. Zatońskiego…

W żadnym miejscu nie stwierdza jednak wprost: prof. Andrzejak nie popełnił plagiatu ani oszustwa naukowego. Nie obala też jednoznacznie zarzutów związkowców, a na koniec wnioskuje o umorzenie postępowania wobec rektora wrocławskiej Akademii Medycznej.

Komentuje Tomasz Wysocki: Kubuś a rebours 

Nie dziwi mnie, że Ministerstwo Zdrowia utajniło sprawozdanie profesora Czesława Stankiewicza. To dokument kompromitujący. Rzecznik dyscyplinarny skupił się na analizie statutu związku zawodowego, a sprawę plagiatu potraktował zdawkowo. Nie napisał jednak: „Rektor nie popełnił plagiatu”, uznał: „Trudno ocenić, jak było”, więc lepiej sprawę umorzyć. A ministerstwo poszło jeszcze dalej.

Sprawa prof. Ryszarda Andrzejaka ciągnie się od czternastu miesięcy. Działania kolejnych instancji: senatu Akademii Medycznej, ministerstwa, rzecznika dyscyplinarnego, nie przybliżają nas jednak do jej rozstrzygnięcia, a wręcz przeciwnie. Wyraźnie widać, że ktoś próbuje coś ukryć.

Wydarzenia związane ze sprawą prof. Andrzejaka przypominają perypetie Kubusia Puchatka a rebours. W książce A.A. Milne’a im bardziej Puchatek zaglądał do środka, tym bardziej Prosiaczka tam nie było. W historii prof. Andrzejaka im bardziej chce się ukryć prawdę, tym bardziej wychodzi ona na jaw.

Źródło: Gazeta Wyborcza Wrocław
Reklamy