Nieprawomyślny naukowiec może stracić pracę za poglądy polityczne

Koalicja cenzuruje naukowców

prawy.pl

Naruszenie autonomii uczelni i umożliwienie ministrom politycznego ingerowania w naukę to efekt przyjętych w piątek zmian w ustawie o szkolnictwie wyższym. Teraz każdy nieprawomyślny naukowiec może stracić pracę za poglądy polityczne – z prof. Jerzym Żyżyńskim, wykładowcą Uniwersytetu Warszawskiego oraz posłem PiS rozmawia Anna Wiejak….W tej chwili rada może zaopiniować, a władza zwolnić z przyczyn politycznych, jak było z jednym z profesorów, który miał „niewłaściwe” opinie związane z katastrofą smoleńską. Czy praca magisterska wypromowana będzie się nie podobała, to władza będzie ingerowała „z innych ważnych przyczyn”. Pani minister może naciskać na rektora, aby zwolnił konkretnego pracownika naukowego wbrew stanowisku rady wydziału. Tak było w przypadku tego profesora fizyki zajmującego się katastrofą smoleńską. Jest tajemnicą poliszynela, że rektor odbierał telefony od pani minister….. Na uczelniach wprowadza się zasady charakterystyczne dla korporacji. Mamy być fabryką absolwentów tylko i wyłącznie pod kątem interesów gospodarki. Oczywiście interes gospodarki jest ważny, ale skrytykowałem udział przedstawicieli organizacji pracodawców – nie są one reprezentatywne wbrew temu, co się uważa. To trochę jak z PZPR – kiedyś zawsze musiał być przedstawiciel partii, teraz – przedstawiciel organizacji pracodawców. To jest niepoważne traktowanie nauki.

 

Advertisements

Jedna odpowiedź

  1. TAKA JEST UCZELNIA WROCŁAWSKA, Wyższa szkoła podstawowa. ROZPORKOWCY Siedząc na krzesełku splecionym z PRL-owskiej wikliny, Levin nie dowierzał rzeczywistości, która pozbawiła go miałkiego bytu i środków do życia. Nie żałował tak do końca kromki chleba, żałował studenckiej atmosfery i donosu na samego siebie, jak to określał. Słowa Aleksa podniosły go na duchu, jednak zatrudniony bez papierków i pozwolenia na pracę, zwierzył się przy kościelnym kochanku o źródłach swojego utrzymania. A ten z kolei nieświadom swojej naiwności podał biskupowi dane organoleptyczne Levina. Biskup chcąc uciąć związek, nadał bieg nieformalnej treści do dyrektora instytutu, którego nieformalnym władcą był monarchistyczny aparatczyk, zwany „rudobrodym”. Nie tolerował on innych, czyli nie swoich. Bunt sprzeciwu w akadyjskim mózgu rudobrodego był jak wyrok, czego doświadczał teraz nie tylko on, Levin, ale i Ona, kobieta, o którą się otarł przypadkiem w zaułku uniwersyteckiego korytarza,. Oglądał teraz już kolejny raz jej twarz w lokalnej telewizji i nie mógł zrozumieć kontekstu wypowiedzi redaktora programu. „Pogromczyni plagiatów”, tylko tyle zostało jemu w pamięci po tym programie. A przecież pokazała swoją książkę wydaną w Emiratach Arabskich, która została zlekceważona i zdyskredytowała ją nawet biblioteka uniwersytecka namotana przez rudobrodego, ośmieszając wydawnictwo, które ją wydało. Ale w magmie polskiego życia uniwersyteckiego jest potrzeba tak zwanych priorytetów wyższych, czyli ukłonów do wzajemności przepisywania w przepisywaniu, przerabiania tekstów w przerabianiu, które konfiguruje tak zwaną niezależność w środowisku. O ogromie pracy, który włożyła w rozwój tego, co robiła, słyszał „pa tichańku”, bo chyba jej skromność przerosła ją samą i przeszkadzała nijakości uniwersyteckiego życia. Związana mocno z Al.-kaidą miękką, ale tą reformowalną, postępową, czego rudobrody nie był świadom, odcięła od siebie świat uniwersytecki, swój drugi dom. Kiedy zobaczył ją pierwszy raz w „Aliansie”, budynku splecionym z PRL-owską rzeczywistością, wydawała się jakaś taka niedorzeczna, jak wyzywający ptak w ptaszarni, co to egzotyczny, nie stroi się w piórka, lecz krzyczy w swej bezbożnej samotni-bez modlitwy, na smyczy. Otaczała ją gęstniejąca, wywoływana przez rudobrodego, zawiść i jak powiedział jeden z jej zwolenników, udawany przyjaciel, za szybko szła do przodu w uniwersyteckim cyrku ignorantów. Gdyby mogli, pożarliby ją wszyscy swoim egoizmem, takim powszednim, morderczym jak poemat na jeden głos. – Kak dieła, zagadywała go, kiedy wpadała na Szewską z kolejnym listem do dyrektora, który unikał jej jak ognia, a rosyjski w Jej wykonaniu przypominał Levinowi samego siebie, gdy został zesłany na Kamczatkę za nauczanie o wolnej myśli demokracji, gdzie nazywali go, ‘kaszalok”, czyli ty inny, ruski, jesteś miękki, jesteś nie z naszej kieszeni, nie jesteś z naszego worka, nie mieszaj nam tutaj ze swoja prawdomównością, bo nasze kieszenie nie są takie jak ty. I ciągnęło się to całe zamieszanie z rudobrodym , a miało i całkiem inny kontekst niż ten z telewizji, a początek końca miłości pomiędzy nim a Nią, kilka lat wcześniej, kiedy Ona wytknęła jemu błędy przy splagiatowanych pracach licencjackich i zanegowała jego postępowanie, które nieskromnie mówiąc było pospolitą izbą wytrzeźwień w senacie niezamierzonej mądrości dla pracującego ludu nauki. Nieomylny, wszechwładny, niezastąpiony, mogący wszystko i nieznoszący sprzeciwów rudobrody podporządkował sobie nawet strach, który stał się naukowością samą w sobie w imię nauki i dobrych obyczajów, których nośnikiem był fikcyjny rzecznik dyscyplinarny i „komisja etyki”, ciała złożone, a właściwie rozłożone przez rudobrodego na czynniki pierwsze tak, żeby nie działały. Były tylko sflaczałym organem, służącym jego rudobrodej rzeczywistości. A rudobrody, ten z telewizji, przypominał, jak sam do siebie mówił Levin, „brzydkiego człowieka o niekompletnej twarzy, z powieką przymrużoną, jak barowa firanka, co niedomknięta i wpół zsunięta na oko z kneblem na ustach i z krwią na wargach rozdawała uniwersyteckiego boga na pamięć w magmie z bełkotu”, zapartego językiem pokawałkowanym fizycznie przez pożądanie władzy ku zagładzie gatunków w pulsującej temidzie, która zdziesiątkowała marzenia już nie urawniłowki jeżowszczyzny, ale terazzzzz…,w malinowym chruśniaku miały zaciskać się dłonie, pulsujące życie zamierać, a zaślepiona temida w pozornej sprawiedliwości, dziesiątkować marzenia w zdradzieckim świecie sprawiedliwości, żeby wypasione wyziewami pory rudobrodego mogły oszukać chwile, dziesiątkując marzenia tych, którzy nie nabrali pewności, że muszą swoją goryczą oszukiwać innych bez wytłumaczenia i zagryzać ślinę potokami ptasich myśli w ślepych uliczkach tułaczy. -Chciałbym powiedzieć za poetą, śmiał się do siebie Levin, że lepka to epoka to uniwersyteckie życie i chyba nie mylił się geniusz, że wyperforował tezę o zakamczackich gubernatorach, z których jeden tylko był uczciwy i też prawdę mówiąc, świnia, a świat, w którym powaga drwiny pomieszana z liryzmem był doliną, w której zamieszkała gorycz nieczułego tłumu ludzi, który w duszy swojej zalewał się łzami na swojej pustyni uczciwości, jak w świecie bez powietrza. I to był świat niezgody na układ, tak sugerował Levinowi, jego kochanek, który w swojej naiwności wierzył w miłość bliźniego. Rozumiejąc Levina, jako wykładowcę, dawał też do zrozumienia, że czasami życie naukowca jest gwałtowne i dramatyczne, nic nie trzeba dodawać i nic interpretować. Wystarczy tylko czasami przyklaskiwać buńczucznym świadectwom prawdy, osobnikom z tak zwanego towarzystwa. Starał się Levin teraz zgodnie z sugestią Aleksa wejść w Jej skórę i poczuć na sobie spojrzenia zakłamanego strachu, jaki Jej towarzyszył w uniwersyteckich budynkach. Czuł w Niej jakąś bliżej nieskonfigurowaną dumę za zaściankową dyrektorską swołoczą, tak była od nich daleko z tą swoją naukowością i bezinteresownym dobrem, które z niej płynęło. Nie miała w sobie nic z dyktatu wielkiej mądrości, taka zwykła kobieta z obrazów Niestierowa, poety malarskiego prawosławia, który poszukiwał ulicznej prostoty, prostoty religijnej melancholii niczym nienamaszczonej, którą historia malarstwa naznaczyła rytem przejmującej inności sztuki przemijania. Nie malował na swoich obrazach nic z towarzystwa leśnych dziadów, włączał tych, co służyli rozwojowi jego malarstwa i kraju, który kochał, bo taki był właśnie Niestierow. Dziady leśne krasnalowe, jako nieurodzajny rodzaj kiczu, to według Levina, wysłużone konserwatywne mózgi niesłużące rozwojowi całego uniwersytectwa. To zakamuflowane za statutem mumie naukowców, którzy zamiast rozwijać naukę stoją w miejscu broniąc swoich etatów i nadają tak zwanej naukowości wymiar cofania się w czasie. Doświadczył tego Levin na własnej skórze, kiedy niczego nieświadom, skopiowane prace wielu rosyjskich wykładowców wypożyczył do przeczytania poznanym profesorom. Posłużyły później do splagiatowania i przywłaszczenia ich dorobku przez wyższe czynniki władztwa uniwersyteckich cezarów w tak zwanym, bez światopoglądów naukowych, środowisku. I teraz ateistyczny monarcha Levin patrzył na siebie okiem rudobrodego monarchisty, który zarządzał demokratycznym humanizmem uniwersyteckiego półświatka i gęsią skórą oblekł całe swoje jestestwo, rozumiejąc swój obecny wyrzut uniwersyteckiego niebytu. Przecież tego już miało nie być. Jedynowładztwo miało być zlinczowane, tak jak kapturowe sądy i umysłowa inkwizycja. Żonglował myślami, kiedy uniwersyteckim niedowiarkom powtarzał jak mantrę, „łowka nie łowka pasierod wierowka, dumaj nie dumaj carom nie budiesz”, a dzieciakom z gimnazjów, rozmawiając o Bogu, też prześmiewczo nadawał: „jak mam nie wierzyć w Boga, kiedy smażę się w jego piekle?.” Wywoływało to na początku masę śmiechu, ale później widział, że prawda docierała do młodych, bo oni sami nieraz musieli to piekło przeżywać rozumiejąc inaczej swojego boga. Teraz Levin miał boga swojego, Boga Rudobrodego, który niewykluczony, jak mawiał Majakowski, mieścił się gdzieś pomiędzy Leninem a samym Bogiem, którego sam Bóg ze swojego życia nie wykluczał, żeby nie być pomówionym o demokratyzowanie religii. W żałobnej hipokryzji, wtedy już pana z długim wąsem, Majakowski pojechał do Ameryki, żeby napisać „Most Brooklyński” i ukazać margines kapitalistycznego „ludowłactwa”, ku chwale inżynierskiej sztuki budowlanej, gdzie futurystyczna wizja nowego świata nie komponowała się z ofiarowaniem robotniczego bytu, który wtedy stracony, teraz w oczach Levina odzyskał nową prawdę, prawdę powrotu do strachu o zabarwieniu mocno czarnych chorągiewek, które muszą wiać tylko w jedną stronę. Patrzył teraz na Nią, jak na zjawisko z jeszcze większym zrozumieniem, jak skażony dyletant, co dyletanctwo decydentów w uniwersyteckiej ostoi humanizmu musi traktować inaczej, a złotego bożka rudobrodego i wolność posiekaną na kawałki, chłostaną przez moralność, która dla niektórych może okazała się bardziej przygnębiająca, niż „ograniczony umysł wyżywający się na Jej nieograniczonych ambicjach” w rezydencji na wyspie spopieli być może rudobrody, jako mędrzec butikowych oligarchów z uniwersyteckiej wierchuszki. Skóra mu się marszczyła na całym ciele, kiedy myślał o Niej, a właściwie o nich. Poczuł tęsknotę za kamczackim życiem, bo tam łowienie ryb było łowieniem prawdy, gdzie bez wędki było się pisarzem, a zostawało się wędkarzem bez karty wędkarskiego życia, do którego teraz powrót był niemożliwy. Czuł się już zdradzony przez swojego kochanka, ale nie zdawał sobie sprawy z tego, że tutaj, żeby być wolnym trzeba kłamać w imię uniwersyteckiego namaszczenia. Muszę chyba iść do psychiatry, bo co innego widzę, a co innego słyszę. To coś takiego jak przepis na dobrobyt w zakamczackim sanatorium: chcesz lepiej żyć to podłącz lodówkę do telewizora, ale już telewizora do lodówki nie, bo za dużo zobaczysz i co gorsze możesz w to nie uwierzyć. Myślał, że wieści, z zakamarków korytarzy uczelnianych to tylko plotki, ale teraz po tym, co widział w telewizji nabrał dystansu do ludzi. Myślał, że tak jak Ona był oszukiwany w swojej naiwności i wśród gierek prowadzonych przez rudo-podobnych. Jego byt i tak długo przetrwał w imię niezrozumiałych naiwności losu. Zdał sobie w końcu sprawę, że był przetrzymywany tylko i wyłącznie w celach pseudonaukowego kiermaszu próżności. Ktoś go inwigilował, ktoś przymknął oko na beztytułowy charakter pracy i w końcu ktoś przywłaszczył sobie dzieła nieznane, jako swoje w imię dobra nauki, bo przecież autonomiczna republika uniwersytecka ma charakter zamknięty, a w autonomii wszystko wolno. Stąd te spięte twarze, stąd wieczorne libacje ze studentkami na kolanach w dyrektorskich biurach zakrapiane łososiem i prasowanym kawiorem w maślanych bułeczkach i udawane radości podwładnych jego wysokości barona, które stymulować miały przyjaźń zakrapianą kołtuństwem nieetycznych zachowań. W polityce czołobitności rudobrodego, iluzja siły działała usypiająco zwłaszcza na doktorantki, które belgijską kwerendę zaliczyć musiały, jako obowiązkowy test na drodze do uniwersyteckiej wolności i przyszłych awansów. Jednostki oporne, jako specyficzne uniwersum, uniwersytecką sławę zamienić musiały na brylowanie wśród szaraków, bo w tak zwanej nieuniwersyteckiej już autonomii, intelektualiści potrzebują dużo wolności, a większości jest ona zupełnie niepotrzebna. Przez ten krótki okres zesłania na obrzeża nauki polskiej widział tylko to, czego teraz był świadom, czyli rozdawanie kasy bez żadnych podtekstów, wyrywanie każdej garści złota do rozbudowywania własnych układów i szukania ciągłych dowodów na istnienie Boga, którego „żydostwo” akademickie skonfigurowało na własną modłę, ale w swej doskonałości, rudobrody, zapomniał o istnieniu zastępców, którzy czyhają na jego stołek i w zapomnieniu donosów pogrzebią jego szczurobrody mózg na nieskonfigurowane pragnienie zostania rudobrodym ufoludkiem. -Zatłoczę telefony, Levin w szaleństwie myśli już stwarzał kontakty z byłymi oficerami KGB. Mamrotał coś do siebie, żeby wytworzyć instynkt samodoskonałości, ale nie rozumiał polskiej prawdy sądowej, która z prawdą kapturową była pomieszana. Czuł się jak magiczny stwór, mówiący do siebie: jesteś pod każdym względem dowodem na istnienie Boga, Boga, którego rudobrody zna na pamięć, ciągle bez pokwitowania!. I co najgorsze, ta prawda w Boga zabolała Levina. Czuł się już teraz jak wuj Sam w wyższej szkole trzeźwości i niczego nie mniemał, stawał tylko na baczność przed kolejnymi nakazami, czuł się jak papparazzi, który dostał eksmisję za obiecaną nagrodę, kiedy pytał o Nią w dziekanacie. Pomimo tego, że znały jego skromną osobę kadry uniwersyteckie, nie dostał informacji o nagradzaniu Jej dokonań, o których tyle słyszał. Przeszukał wszystkie portale internetowe i ani słowa o przypięciu do Jej klapy marynarki, chociażby samej wstążki o monetach nie wspominając. Z magmy internetowego bełkotu pokawałkowanego na użytek władzy uniwersyteckiej widać było tylko taneczne pośladki rudobrodego w manifeście przemiału przeciwko prawdzie, którą Ona przykryła jego zezowate oczy, a on z bezradności razem z tymi, co wyżej, ściągał majtki Muzie nauki zamieniając ją w świetnie funkcjonujący, aliteracki początek uniwersyteckiej rozsypki. W końcu Levin, wiedziony nakazem, zebrał się w sobie i zauroczony uniwersyteckim chamstwem postanowił Jej powiedzieć, co o tym wszystkim myśli. –Nie powiem Jej, kim jestem, nie będę bronił swojej tożsamości, która wyrosła w irytacji zdarzeń uczuciowego kalectwa, nie powiem jej, że uwodzę „chłopców”. Powiem jej tylko to, o czym nie wie i czego się nawet nie domyśla. Do „ULA”, budynku zajmowanego po wojnie przez ubecję trafił bez trudu. Stał przed głównym wejściem długą chwilę, aż migawki zdjęć historii nie zadławiły strachu. Co za zbieg okoliczność, gdzie ta Ona teraz urzęduje?. Przeszedł na drugą stronę ulicy i oparł się o zbutwiałe tynki, jak o lustro bólu. Patrzył na górne sklepienie budynku i dostawał gęsiej skórki. Zagaszone postacie i prawdy kłamstwa, którymi Fajgla Mindla zadeptała polskie AK nie pozwalały otrzeźwieć ze smętnej przeszłości. Wszedł do sklepu obok, kupił setkę gruzińskiej przepalanki i setkę przepalanki żmigrodzkiej, i nie patrząc wzrokiem opozycjonisty na klientów, wychylił zawartość pierwszej zgrabnym łykiem, popił go żmigrodzką, która w wykonaniu Roman erytromana przeszła do legendy żmigrodzkich koryfeuszy gandzi, przełknął to wszystko śliną strachu. Wszyscy patrzyli na dziwaka, bo picie alkoholu wśród kononowiczowskiej publiki, groziło, czymś tam, ale Levin powiedział tylko, -ja z Rosji. Nie wypada iść po kielichu, ale ten budynek i te zdjęcia z przeszłości nadgryzione przez czas. Ona akurat miała konsultacje. Odczekał długą chwilę i pełen napięcia wkroczył do Jej gabinetu. Kiedy Ją ostatnio widział wyglądała jakoś inaczej, jak amazonka spod znaku Pegaza. Teraz nie widział błysku w jej pięknych oczach, była jakaś taka nie swoja. Spojrzała na niego zgorszonym wzrokiem, jakby upominała się o spokój, była zgaszona, bez twórczego rozpędu, z niechęcią do wszystkich ludzi-tyle było w niej krzywd. -Chyba mnie nie kojarzy, myślał, kiedy przeglądała jakieś papierzyska, ale nie. -Piszą do mnie jacyś ludzie i przeglądam listy- powiedziała. -Proszę niech pan siada. Słyszałam trochę o pańskich kłopotach, które mam nadzieję nie przygnębią pana tak jak moje mnie. Dziwi mnie tylko, że pan tutaj bywał, pracował właściwie, a wszyscy udają, jakby pana tutaj nigdy nie było. Zawsze zadawałam sobie pytanie, jak z wolontariatu można wyżyć, albo, kto pana finansuje. Spędza pan lwią część swojego życia w różnych uniwersyteckich budynkach i tylko przypadek sprawiał, że czasami widywaliśmy się na korytarzu. Lubię język rosyjski, bo kojarzy się z sielskim, zaściankowym malarstwem i świetnie opisuje życie tułaczy, a pańska osoba, o czym pan zapewne nie wie wywołuje wiele kontrowersji i zazdrości, co powinien pan poczytywać za komplement w naszym marnym uniwersyteckim bycie. –A tak właściwie, co pana do mnie sprowadza?. Levin był w kropce po tym, co powiedziała. Czuł, że była zaskoczona jego obecnością, ale widział też w Niej radość z tego, że się pojawił. Nie docierało do niego to, co mówiła, ale narzuciła jemu swój „szarm” i poczuł w sobie inny uniwersytecki oddech. Nie stała za sztucznym uśmiechem i za tym, co powiedziała, czuł to tak, jakby siostra zapraszała brata na kawę, a w kawiarni kelnerka na ucho szeptała im obojgu, że może o szóstej nad ranem, plugawa łapa będzie przetrząsać ich biurka i nie będzie już tego całego teatru, który jest wołaniem do wiatru, bo wiatr nieśmiały nie wyrywa drzew- jak mawiał-poeta. -Może napije się pan kawy?- Tak z przyjemnością. I kiedy parzyła tę kawę przyglądał się jej z bliska, pierwszy raz i już nie musiał uciekać wzrokiem, kiedy szła korytarzem, jakby mrużyła oczy w słońcu. Słyszał, że mobbinguje, słyszał, że naraża dobre imię ich wszystkich, a tak właściwie to nic nie słyszał, bo kiedy, kto i kogo mógł mobbingując narażać?. Jedyne, co teraz widział to dobroć właśnie, nie taką na pokaz. Teraz widział, że mówiła dobrocią, witała się z dobrocią, z bezinteresowną dobrocią połączoną z bezradnością, o którą ją wszyscy oskarżali manipulując dobrocią, a właściwie dobrocią dla samych siebie. -A może kieliszek koniaku, taki pan małomówny?. -W pracy koniak?- powiedział bez zastanowienia. – W naszej tak zwanej pracy wierchuszka pija regularnie, więc, co mnie biednej począć w swojej bezradności, a tak prawdę mówiąc, to pomyślałam o panu czysto fizycznie, że pański żywot może być umęczony alkoholem, ale nie mam na myśli pańskiego alkoholizmu, tylko tego, że pan, tak jak ja po prostu nie pije alkoholu, no chyba, że przy okazji takiej wizyty, którą nie wiem, czemu zawdzięczam, ale sprawił mi pan swoją osobą przyjemność. Pamiętam pana jeszcze z „Aliansa” i nieraz korciło mnie porozmawiać z panem, ale tłumy wtedy przychodziły na pańskie nienotowane nigdzie spotkania, co było pewnym kuriozum jak na ten budynek, który po części był moją własnością, tak polubiłam kameralny spokój, jaki tam panował, no i pan go zburzył tą swoją charyzmą i rosyjskością. Kiedyś mimochodem opowiadał pan o malarzu Niestierowie i od tamtej chwili przeprowadził mnie pan przez wiele galerii z malarstwem powiązanych. Nie zapomniałam oczywiście o Niestierowie, który religijność potrafił przekazać niezmiernie poetycko. Byłam niedawno w Petersburgu na zaproszenie jednego z uczonych rosyjskich, który był moim gościem na konferencji, no i wymogłam na nim zaproszenie w ramach projektu badawczego robionego razem z japońskimi uczonymi z Osaki. Powołałam się przy okazji na pańską u nas obecność. I proszę mi wierzyć wiele o panu słyszał, no i że był pan prześladowany i wywieziony na Sybir, czy jakoś tak. Pańskie nazwisko kojarzy się niektórym ze starą Rosją i łatwo wpada w ucho, stąd wiele się o panu dowiedziałam. Problemem pozostaje wciąż pytanie, po co pan do nas przyjechał, przecież nie do pracy tutaj. Myślę o tym, że jest pan wykorzystywany do niewiadomych mi celów. Z tego, co słyszałam, jest pan zagrożeniem dla niektórych filozofów, bo wykłada pan nieszablonowo i studenci szybko wychwytują tok rozumowania, jaki pan narzuca, co w filozofii przedkłada się tylko na chęć pogłębiania tematu i dalszych studiów, a pan odwalił za moich tak zwanych kolegów kawał roboty, która znając realia naszej władzy zostanie przekazana na konto tych, którzy władzę popierają i bez najmniejszych oporów się pod nią podpiszą. -Napijmy się po kieliszeczku i wysłucham pana w oczekiwaniu na nowe plotki o uniwersyteckiej bohemie. -Zacznę może od tego, o czym pani powiedziała przed chwilą. Po prostu jest to wniosek z moich tutaj obserwacji, a pani tylko podbudowała moją tezę o tych ludziach, z którymi miałem do czynienia i którzy dawali mi na utrzymanie, jak to pani ładnie nazwała. – Otóż moim zdaniem całe uniwersyteckie kierownictwo to kliku mitomanów, którzy tuszują przykre czy niewygodne dla siebie przypadki tych, co się rozwijają idąc własną ścieżką drogi naukowej i po prostu robią to za szybko, co jest zagrożeniem dla nieuków i kombinatorów. Smaczku temu wszystkiemu dodaje jeszcze tusza tych, co rządzą, bo za nią jak za pierzyną, ukrywają swoje kanty. W swoich działaniach przypominają mi dawny aparat władzy, który chciał ze mnie zrobić czubka i odesłać do psychuszki w Kazaniu. Uratował mnie tylko mój gruziński język i to, że wychowywała mnie ciotka, tak wylądowałbym na targu dla wariatów. Nasz słynny poeta Władimir Bukowski spędził prawie czternaście lat w takim zakładzie, gdzie stworzono jemu warunki do pisania poezji, a później wszywano mu ją pod skórę, tak, że bez leków był pół wariatem. – No i pan wylądował właśnie w takim kraiku. Tutaj też robią z niewygodnych ludzi nauki wariatów i wyrzucają na bruk, i musi pan uważać na tych ludzi, oni robią to w białych rękawiczkach. Proces uśmiercania duszy trwa dwa, a nawet trzy lata, później nadaje się pan tylko na portiera i to chyba tylko w domu dla wariatów. -Proszę jeszcze o kieliszeczek, bo jestem trochę spięty, a chciałem właściwie powiedzieć o tym, co dotyczy pani. Z tego, co pani powiedziała, wynika, że nasz pogląd na uniwersyteckość, jest zbieżny. Do czasu, aż mnie nie zwiedli z tymi pracami, byłem pełen nadziei na prawdę, jaką jest wasza nauka. Myślałem, że ułuda szczerości, której uległem przyniesie jakieś wymierne dla mnie korzyści. Pracę, jeżeli można tak powiedzieć załatwił mi mój przyjaciel, a właściwie kolega, Aleks. On nas tutaj przywiózł, ma tutaj układy, on zna Polskę i ludzi tutaj. Przyjazd dla mnie do waszego kraju był jak lek na duszę, bo w Rosji nie było dla mnie miejsca, no i jakoś tak znalazłem się na uniwersytecie. Początkowo było trudno, bo akcent skazywał na rosyjskość i wiem, że nas za bardzo tutaj nie lubią. Ktoś nad tym zapanował, żeby to, o czym mówię przyciągało tłumy. Jestem teraz pewny, że połowa z tych, co przychodzili słuchać, była przymuszana. Zdobyli moje zaufanie i teraz jak tak pomyślę wstecz, chwaliłem się Aleksowi swoimi znajomymi z nauki i o tym, że w Rosji ciężko coś wydrukować, i że oni przyjechaliby tutaj, jako naukowcy na konferencje, a później mogliby zostać i legalnie kilka miesięcy nauczać. Aleks się zgodził, ale chciał koniecznie jakieś ich prace, żeby przekonać się, jaki poziom reprezentują, bo tak chcieli profesorowie. Niby to logiczne i sprawiedliwe, lecz ja myślałem, że Polska to teraz nie Rosja, a okazało się, że też korupcja i oszustów masę, zwłaszcza na takim uniwerku. –Za bardzo się rozgadałem, a u pani czasu na pewno nie ma, więc powiem, z czym przychodzę. -Może jeszcze jednego?. – A tak, tak, poproszę. – Otóż byłem przypadkiem na spotkaniu, na którym wręczali doktorat honorowy dla człowieka właśnie z Rosji ukraińskiej. I poznałem tam profesora z instytutu nauk politechnicznych niejakiego Michaiła Morozowa. Po części oficjalnej była mała imprezka, na którą mnie zabrał, jako swojego przyjaciela. I tam zaczął już krytykować polską pierestrojkę, tam też wspominał o tajemniczym organie uniwersyteckim, za którym stoją notable z całego waszego kraju. Jest to twór, którego centrum jest na tym uniwersytecie, coś na wzór naszych instytutów badawczych dla opozycji, a nazywa się to przy uniwerku „Analiza chłonnych laborantów”. Wiem, to też stąd, że w tej delegacji naukowców był ktoś, kto często tutaj bywa. O tym też mówił Morozow. Po tym spotkaniu poszliśmy do hotelu i trochę popili, no i jak to zwykle bywa gościu się wygadał i pytał, kto to jest ta Ona, co to w telewizji obraziła cały dobry uniwersytet i jego namiestników. Ja oczywiście o niczym jeszcze nie wiedziałem i on otworzył mi oczy i powiedział o tym organie chłonnych laborantów. Jest to jakby nie ująć z tego, co mówił, wykańczalnia na wzór psychiatrii i obrazów ludzkich na szczeblu jak najwyższym. Proces, tak jak pani zauważyła trwa dosyć długo i zmierza do psychicznego unicestwienia jednostki w imię dobra partyjnych notabli. Tym się to charakteryzuje, że takich jak pani zwalnia się w takim trybie, o jakim pani mówiła. Tylko nie dosłyszałem, za co chcą panią zwolnić, bo przecież nie za to, że pani wydała książkę albo organizowała konferencje. Stałem tam dosłownie kilka minut i widziałem rudobrodego jak rozmawiał z drugim takim profesorem. Rudobrody to jest człowiek, co mi zaszkodził i przez niego nie mogę już przychodzić na uniwersytet. Zabrali mi też moje rękopisy prac mało znanych w Polsce naukowców rosyjskich i nie chcą tego oddać. Jak się upomniałem, to dostałem dyplomatycznego kopa. Niby nie miałem umowy, ale ją obiecali. Załatwiłem wszystkie pozwolenia na pracę na jeden rok. Nawet ambasada rosyjska cieszyła się, że jednego dysydenta ubyło, który z dysydencką robotą wspólnego nic nie ma, chyba, że mówienie książkowej prawdy. I tak mnie rudobrody oszukał. Szukałem z nim kontaktu, ale mnie unika. Nie odbiera telefonów. – Przerażające to, co pan mówi, ale mamy u nas jakąś demokrację i tego typu sytuacje nie mogą mieć miejsca. Ja sama czuję się wyalienowana i rzeczywiście stan mojego ducha i wiara w to, co robię, osłabła. Moja sytuacja jest trochę nagłośniona i sama mam wątpliwości, bo czasy minione wracają. Za PRL-u krytyka państwowej instytucji była równoznaczna z wykluczeniem społecznym i dzisiaj okazuje się, że wczorajsza świadomość jest jeszcze głęboko zakorzeniona u niektórych uniwersyteckich baronów, którzy wzorce z czasów minionych przenoszą na ludzi wykazujących samodzielność i niezależność w myśleniu i ci inni zostają odsuwani na pobocze metodami, o których pan mówił. – Mimo tego, że pani nie domyśla się postaci rzeczy, w jakiej się pani znalazła, mogę tylko przypomnieć, że w starożytnym Rzymie był ongiś barbarzyński kapłan Nemi. Nemi dlatego, że święty gaj, w którym odprawiał obrzędy tak był nazywany. Ale zanim został kapłanem Nemi musiał zabić swojego poprzednika. Po uśmierceniu go resztę życia musiał spędzać na ciągłym, bezsennym prawie czuwaniu i krążeniu dookoła świętego drzewa w gaju Nemi, wypatrując, aby ktoś nie przyszedł go zabić, aby zająć jego miejsce i zostać kapłanem Nemi. -I taki obraz ja tutaj widzę. Może przykład jest zbyt drażliwy, ale jakby się wgłębić w struktury działania rudobrodego i świty to znajdziemy wiele pochodnych, które wskazują na to, że pani zaskoczyła ich swoją bezradnością. Ta bezradność, to pani telefoniczny powiernik, z którym chodzę na basen i czasami za stówkę siedziałem z jego dzieciakami przez łykend. Proszę się nie dziwić, byłem sługą pana, który rechotał, jak pani płakała przez telefon, a oni ci z dyslekcji etyki, jak ja to nazywam, polewali sobie po kielichu, wciągali kokę i wyświetlali pani pisma na ścianie, którą częstowali moczem ze swoich fiutów i wagin, jak jacyś zboczeńcy, których bardziej można zrozumieć, bo to jest pewna forma seksu, ale tych funkcjonariuszy urzędu bezpieczeństwa jegomości rudobrodego, przestraszyłem się bardziej niż katów swojego pisania, które mi chcieli wciskać pod skórę. Zawsze mówiłem, że diadia Stalin był moim stryjkiem i jego duch przegryzie im skórę żywcem i wtedy, ci oni pozwalali mi tylko, żebym wstrzykiwał sobie siarkę, w genitalia. I Levin, już płynął w rozpaczy. Nie płakał. Stanął, ściągnął spodnie i pokazał Jej fragmenty pomarszczonych, pięknych kiedyś, jąder. – Ona, zmieszana trochę, naciągnęła jego spodnie na szczupłość sylwetki i polała jeszcze po kielichu. -Napijmy się drogi filozofie Levin za pańską wrażliwą seksualność, ale chciałam pana pocieszyć, że jest tutaj taki jeden, też filozof, który często przychodził do mnie w Aliansie, żeby pokazać swój siwy zarost łonowy, który miał być prawdą o tym, czego inni się nie domyślali. Mówił w swoim zamyśleniu, że zbawia boga, że w przypadku filozofa powinna być aktywna nie tylko głowa, ale i genitalia, bo jego sterczący mały fiut, to symbol buntu przeciwko uniwersyteckim manipulantom. Tacy oni są mali jak mój penis, ja kiedyś będę wielki, ja tutaj będę rządził nawet tym swoim krasnalem- wył z rozpaczy. -Śmiechu to wszystko warte, lecz rozpasanie takich ludzi i ich bezkarność sięgają czasami dna naszych jezior zatrutych chemikaliami. Całe to wasze uniwersyteckie życie to jeden wielki urząd bezpieczeństwa publicznego, – tylko, że tacy ludzie jak pani w swojej prawdzie naiwności wierzą w całą tę grę tych barbarzyńców. U nich nie ma grama prawdy, to jest jedna wielka manipulacja akademickością. Nie czuli nawet zażenowania po tym, jak pani rozmowy nagrywane przez pani powiernika telefonicznego, wielokrotnie odtwarzali, aby później przekazać je do laboratorium, a tam chyba pięciu lub sześciu psychologów, a może psychiatrów wałkowało pani wiarę w prawdę i pani „rozwój, który tak ich zaskoczył i mógł być przyczyną do tego, żeby panią usunąć. Ale nawet ja zdaję sobie sprawę z tego, że dla pani jest to praktycznie śmierć naukowa, chociaż można jeszcze coś dla siebie i nauki zrobić, popełnić na przykład samobójstwo. I to jest moim zdaniem obraz sprawowania władzy przez rudobrodego, który dostrzegł w pani zagrożenie. U nas nazywają to „rządzeniem z rządem” i to jest jego kultura, która mi się brzydko kojarzy. Ale znając jego poglądy, nazwałbym to „monarchią ludową”. Jest to termin, jakiego używałem na Kamczatce w stosunku do władz lokalnych. Dla nich monarchia w nazwie była komplementem, a ja pękałem ze śmiechu, bo w tych dwóch wyrazach jest więcej jadu z brudnych źródeł niż komunistom, a tym bardziej monarchistom by się wydawało. -To skąd w takim razie pańskie dysydenctwo i wieczna poniewierka, która nie ma końca. Jak jest pan tak znany w Rosji, to nie powinien być pan ciągle zakuwany w kajdany. I skąd tyle fantazji w terminie monarchia ludowa, przecież to czysty absurd. – Och nie! Myli się pani. – Na temat monarchii ludowej wydałem w Rosji książkę, która przyczyniła się do mojego upadku. Cenzura ją zarekwirowała, bo zobaczyła w sobie bezwzględność i królewskie panowanie, które nijak się miało do robotniczej biedy i ciągłych obietnic poprawy bytu ludzi pracy. Wcześniej jeszcze, pochwalę się, wydałem obszerny kalendarz naukowy „Demokracja filozofii i demony dobrobytu”, który partyjna wierchuszka uznała za bardzo pouczające kompendium wiedzy dla ignorantów. Ale dopiero po wydaniu monarchii ludu dopatrzyli się w niej demonizowania ustroju sowieckiego i w ramach osiągnięć naukowych zostałem wysłany na dwuletnie stypendium dla obiecujących naukowców, na Kamczatkę właśnie. – Jest pan niezwykle ciekawą osobowością, aż trudno uwierzyć, że utalentowany naukowiec wylądował w kraiku namaszczonym przez monarchistów. Jeszcze odrobina koniaczku i niech posłucham może czegoś o pańskich kolegach, z którymi pan tutaj przyjechał. – Moi koledzy nie są może tutaj tacy ważni. Ważne jest to, żeby posłuchała pani o jeszcze jednym historycznym wydarzeniu, obrazującym pani teraz przypadek. Mawia się, że historia lubi się powtarzać, oto, więc ona: – ale jeszcze pytanie. Czy lubi pani Cyganów?. Zaskoczona pytaniem, mimowolnie odpowiedziała: -Mało kto ich lubi. – Takiej odpowiedzi się spodziewałem, ale i tak ich pani nie polubi. – Otóż, kiedy Bóg kończył tworzyć świat, jedyną społecznością, która nie chciała się podporządkować namiestnikowi Boga, czyli Chrystusowi, byli właśnie Cyganie. Wtedy Bóg zszedł drugi raz na ziemię i jeszcze raz ogłosił, że tylko Chrystus potrafi właściwie nauczać i jego nakazom należy się podporządkować. Cyganie oczywiście obiecali poprawę, ale gdy tylko Bóg wrócił do swojego niebiańskiego apartamentu wszystko wróciło do normy. Wszyscy wokoło znali już nauki Chrystusa i porobiło się wielu specjalistów od jego nauk, stylu życia, łamania się biedą i bogactwem, tak jak w każdym narodzie. Jego uczniowie, czyli specjaliści opracowali dokładny harmonogram jego działań, wizyt i cudów, które miały na celu tylko jedno. Wstawiennictwo za Cyganów u samego Wielkiego Reformatora, inaczej zwanego Bogiem. Wszyscy myśleli zatem, że głęboki humanizm na równi z kosmiczną boską astronomią na trwale zagości w łagodzeniu konfliktów, których Reformator Wielki tak nie znosił. Wszyscy specjaliści i eksperci byli pewni, że Chrystus wstawi się za Cyganami- i rzeczywiście się wstawił. Z naukowego punktu widzenia było to bez znaczenia, bo Cyganie ostentacyjnie odmawiali wszelkiego narzucania sobie wszelkich reform i dalej nie chcieli się podporządkować namiestnikowi Wielkiego Reformatora, który miał dosyć cygańskiej samowoli i w geście humanitaryzmu niebiańskiego postanowił rozproszyć ich po całym świecie w odległości stu pięćdziesięciu wiorst, jeden od drugiego. Nie mieli też prawa tworzenia skupisk, co groziłoby nowym konfliktem. Ale specjaliści przewidzieli też, że Chrystus popadnie w konflikt z Wielkim Reformatorem, co niebawem nastąpiło i Chrystus został aresztowany. Większość specjalistów i ekspertów uważała, że Wielki Reformator zechce sam na sam porozmawiać z Chrystusem, co niebawem miało nastąpić i następowało, ale nie nastąpiło, bo spotkanie człowieka z Bogiem jest wydarzeniem takim jak spotkanie papieża w miejskim autobusie. Już Avicenna mawiał, że człowiek spotykając Mahometa staje się mu równy. Mahomet upokarza się przed napotkanym, oddaje jemu część swojej mocy i zdaje się na człowieka. Nazywa się to aktem dobrej woli, którego ani w pani przypadku, ani w moim, wielki reformator nie dokonał. Idąc dalej musi pani wiedzieć i rozumieć, co w naszym przypadku znaczą słowa: „Źdźbła nadłamanego nie przełamiesz i nie zdusisz żarzącej się iskierki”. Nasze sytuacje zawodowe z natury rzeczy są różne, lecz ze sobą zbieżne i to, o czym pani mówiłem, ma tylko na celu psychiczną degradację człowieka, co po części im się udaje. -Ma pan tutaj całkowitą rację, pióro samo człowiekowi wypada z ręki. Ja ostatnio nic nie mogę robić, jedyne to, co piszę to kolejne wnioski do rektora, na które nie dostaję odpowiedzi, Są to naukowi ignoranci, którzy dobro nauki widzą tylko w intrygach i uczelnianej prowizorce. Nawet jak człowiek się wyizoluje, to i tak ta prowizorka jest przymuszeniem do pracy. Cały ten harmider z wyrzuceniem mnie z pracy jest sprowokowany przez jednego z pana znajomych, który za wykryty przeze mnie plagiat, który przepuścił stawia mnie razem z całym naczalstwem uniwersyteckim pod ścianą płaczu. Myślę, że w moim przypadku czas zadziała na moją korzyść. -Otóż, ja droga pani sadzę inaczej, a właściwie znowu coś wiem na ten temat i to nic dla pani miłego. Cała ta jak to nazywa pani prowizorka z plagiatem, według tego, co wiedzą inni, została już dawno zamieciona pod dywan i to dywan najgorszego gatunku. Jest to dla mnie nawet tak niewiarygodne i skandaliczne, że słowo skandaliczne jest tutaj komplementem. Niech pani mocno trzyma się fotela i poleje swojemu teraz najlepszemu informatorowi, który dzięki miłości miał możliwość otrzymania tak poufnych informacji, które mają panią skompromitować i na trwałe wyrzucić poza nawias nauki. Kocham coraz bardziej ten kraj, bo przypomina mi skorumpowaną Rosję, Rosję Kamczacką. – A skąd taki człowiek jak pan, mógł mieć dostęp do materiałów na mój temat, przecież to, co się dzieje między mną a władzami uczelnianymi, to jest prawie ściśle tajne. -Pani zapewne nie wie, że natura skonstruowała moją psychoerotykę w stronę mężczyzn, nie kobiet. Nie owijając w bawełnę tutaj, właśnie w tym mieście przeszedłem inicjację seksualną i to nie z byle, kim. Moim pierwszym kochankiem był ksiądz, który dokształca się i poniekąd dorabia u was na uczelni i to on wtajemniczył mnie w sprawy, które z przypadkowych stały się dla mnie ważne. Pamięta pani zapewne meila, jakiego pani dostała z uniwersyteckiej biblioteki na temat wydawnictwa, w którym wydana była pani książka. -I o tym pan wie?. Nie jest to dla mnie zrozumiałe, szokuje wprost.- Rzeczywiście, dziwny był to zbieg okoliczności, żeby biblioteka w tak idiotyczny sposób obrazowała stosunki między mną a wydawnictwem. Nie przywiązywałam do tego większej wagi, ale, do czego pan dąży? – Generalnie do niczego, ale czy może mi pani wydrukować tekst tego memorandum, którego pani nie rozumie? -Nie rozumiem, to znaczy według Romana O. mojego powiernika, powinnam już dawno to wysłać do wydawnictwa, że obrażają nie tylko mnie, ale i wydawnictwo, no i nikt by nie podskoczył, bo sądy arabskie bardzo restrykcyjnie podchodzą do łamania prawa i naruszania dóbr, a wydawnictwo to istnieje od narodzin pierwszych znaków, jakie pojawiły się już za Avicenny. Jakoś mnie to nie przekonało i dałam sobie z tym spokój, ale wydrukuję panu ten kawałek dla świętego spokoju. -Levin, pewny tego, co mówi, chciał dostąpić zaszczytu czytania tekstu na żywo i chciał go posiąść we władanie, bo jak mówił jego kochanek, powinno to położyć na łopatki całą bibliotekę, łącznie i kapitałowo. -Proszę, niech pan przeczyta to na głos, może razem wyciągniemy jakieś wnioski z obrażania nauki. Popatrzał na ten krótki tekst i wyartykułował ostatnie pytanie: -„Jakeście się Państwo znaleźli w kosmosie?. -Czy nie zdziwiło to ostatnie zdanie takiej osoby jak pani?. – Niech pan przeczyta całość. „Pani Doktor, doręczono nam wreszcie pani książkę. Dopiero mając egzemplarz w ręce, można zrozumieć, dlaczego tak długo to trwało. Arabian Press, to po prostu kilkuosobowa manufaktura przy głównej drodze prowadzącej do wielkiej arabskiej wsi pod katarską granicą, czy tak?. Zadam pytanie bez zobowiązań do odpowiedzi- jakeście się Państwo znaleźli w kosmosie przy tej szosie?”. Podpisano, Wredysław R. -Dobrze pan to przeczytał, tylko jakiś dupek nie wiedział, że rzeczywiście szosa tam jest, tylko kosmicznie szeroka. Wiedzą też, że żebrałam we wszystkich polskich naukowych instytucjach, łącznie z Ossolineum, z wydawnictwem IPE-nowskim rudobrodego włącznie o wydrukowanie tej książki, co trwało dwa lata. Więc w związku z tym, że wszystkie polskie wydawnictwa naukowe mnie olały, wysłałam do wszystkich na świecie zapytanie o wydanie mojej pracy naukowej. Doszłam do wniosku, że polski zaścianek naukowy nie jest zainteresowany moją kompozycją myśli i samodzielnością pracy w związku z powyższym godzę się na wydanie nie-plagiatu w każdej firmie, która interesuje wydawnictwa niepodparte plagiatem, tylko innowacyjnym poglądem, który kosztował mnie siedem lat badań nad tym, co zrobiłam i takie tam dryndu dryndu. No i odezwało się Arabian Press. – Muszę panu powiedzieć, że całą książkę sama edytowałam w pocie czoła od a do zet, oni ją tylko wydrukowali. Takie to jest wydawnictwo, ale książka jest unikatowa i dlatego wszyscy, łącznie z rudobrodym, jak go pan nazywa, dostali rozwolnienia. To jest tak zwany polski sukces. I niech pan sobie wejdzie na stronę antykwaryczną w Paryżu chyba, ile moja książka kosztuje. Jest po prostu traktowana jak biały kruk, co jest z jednej strony miłe, ale nieprzyjazne dla nauki. W jakimś tam antykwariacie osiągnęła już cenę około dwustu euro, co jest swoistym kuriozum. Kapitalizm nauki w naszym kraju jest kapitałowym poplecznictwem, do którego ciągle dokładam swoje srebrniki zarobione za Jaruzela, bo inaczej nie mogłabym dokupić za te srebrniki wartości dodanej swojej pracy i wysyłać ich w ramach uniwersyteckich grantów, jako novum papelanum dla rektorianum popelanów, nowej generacji naukowców podszytych herbacianym naukowstwem, który przyjaciel Romana O. ,Rafał W. słynny nieżyjący już poeta, rozpierdoliłby w dwóch wierszach. -Proszę się nie unosić, bo ja to muszę powiedzieć, że ten mój kochanek na polecenie kogoś od was wysyłał tego meila do pani zaraz po otrzymaniu pani książki. Sam mi o tym powiedział, bo nigdy czegoś podobnego nie robili. – Był zdziwiony, że tak pięknie wydana książka była wyszydzana. Mówił to, jak wy mówicie, między wierszami i zaczął interesować się pani osobą.- Raz stanął nawet w pani obronie, ale tylko raz, bo zaraz po tym został wysłany do kurii biskupiej na rozmowę, która trwała dwa tygodnie. I po jego tam wizycie zostałem przez rudobrodego wypchnięty z uniwerku. -A czy domyśla się pan, kto tak generalnie chce mi zaszkodzić? – Tak generalnie to nie wiem, ale widzę, że kieliszeczek mam pusty, więc go zapełnię i będę kontynuował. Wypił Lęvin bombkę koniaku i w zadumie, patrząc na Nią-powiedział; -Jest pani niejako podobna do mnie, kiedy jako młody naukowiec dochodziłem praw nabytych do dalszego własnego rozwoju i to, co się później stało pasuje do pani jak ulał, tylko u was nie ma już tamtego systemu, lecz zostali tamtego systemu ludzie. Ja wtedy, tam u siebie chciałem grać zgodnie z regułami, czyli, jakby u was powiedzieć zgodnie z prawem. I ci oni powiedzieli mi, że te prawa nie są dla mnie i że postanowili, że one, te prawa stosują się tylko do nich, a nie do mnie. I w związku z tym muszę być ukarany, wrócić do swoich początków, czyli na bezrobocie. A oni prawami manipulowali, bo sami te prawa tworzyli. Większość instytucji państwowych, tak jak u was na uniwersytecie nie może ogłosić wyroków dla siebie niekorzystnych, jeżeli godzi to w tak zwane dobre imię uczelni. A nikogo nie obchodzi, że łamie się prawo, takie są zasady tych gierek, bo każdy działa z rozumieniem prawa, które stworzone, rodzi kalekie stwory naukowości, tworzy poddanych zastępców, do których się pani nie zalicza. Powinna być pani z siebie dumna, że w demokratyzowanym kraju jest pani w opozycji do kłamstw, do łamania zasad, a w szczególności prawa, które kaleczone stawia niektórych ponad ich ustanowieniem. -Z tego, co słyszę porównuje nas pan do ruskich marionetek, co to przez lata przyklaskiwały ustrojowi niemocy, pisały na siebie anonimy, by nikt nie zaczął ich podejrzewać o to, że kiedyś siedzieli w łagrze. -Nie nas, ale ich. Pani jest wyłomem w naukowym dyskursie o prawdzie i sensie bycia naukowcem. Większość, a praktycznie wszyscy z pani instytutu podporządkowują się jego eminencji dyrektorowi, który na wieczornej odprawie wszystkim komunikuje, „Ja, życiowy kurdupel, handlarz złudzeniami, nakazuję wam, aby wszyscy jutro stawili się w pracy uczesani i wymyci celem pojedynkowania się ze mną i moim wyrwanym z rzeczywistości kręgosłupem moralnym, w przeciwnym razie zadenuncjuję wasze naukowe chamstwo, jako handlarz waszymi naukowymi brednościami”. -Pan mówi to poważnie, czy sobie kpi ze mnie?. -Kpina w tym, co powiedziałem może i jest, ale przebija przez nią gorycz, gorycz rozpaczy. Proszę mi powiedzieć, czy pani kontaktuje się z pracownikami uczelni po pracy? – Nie, proszę nie odpowiadać, ja odpowiem. Wyciągnął jakaś kartkę i czytał z niej kilka minut. Złożył kartkę i położył ją na stół. Patrzał na jej pobladłą twarz pełną łez i chyba radości, radości, która krótko przystrzyżona, może rudobrodego położyć na łopatki. -To dla pani. To nie ja ukradłem, to nie ja przywłaszczyłem świadectwa prawdy i zakłamania. Teraz będzie łatwiej z tą wiedzą żyć i uwierzy pani w moje dobre intencje. Uwierzy jeszcze może w męską miłość, która broni miłości do nauki. Mój przyjaciel, wyciągnął ją z biskupiego skoroszytu, kiedy był zastraszany ujawnieniem prawdy o związku ze mną. Są tam jeszcze nagrania, które kompromitują nie tylko uniwersyteckich aparatczyków, ale ich żony, a nawet podobno dzieci rektora. – Proszę zaczekać, teraz ja panu zaprezentuję swoją tajemnicę sprzed kilku lat, kiedy tłumaczyłam zeznania członków Opus Dei z Maroka, którzy byli i są rzeczywistością tego świata, a teraz tajemnicę mam w dupie, bo widzę, że po prostu warto rozmawiać. Przyniosę, materiały nie tylko erotyczne, które kręcone na uniwersytecie w Maroku są solą w oku wszystkich tutaj zatrudnionych, a których producentem był jak pan go nazywa, rudobrody. Levin nie był zbytnio zaszokowany tym, co usłyszał, bo wszyscy ludzie uniwersyteckiego półświatka mogli oglądać jakieś kawałki burlesek rudobrodego. Sięgnął jeszcze do sedna swoich abstynenckich myśli i nalał kielicha z butelki, która ciągle pełna, wydawała się nie mieć dna tak, jak chciwość pod maską moralności nieukrywanej. Pomyślał w jednej chwili o zagładzie tych dupków metodą na „Zająca”, którą Aleks tak skutecznie zastosował wobec prawosławnego katabasa. Długo jej nie było, więc polał sobie jeszcze kielicha i myślał o tak zwanym przypadku w przypadku. – Gram zgodnie z regułami-mówił do siebie, ale generalnie nie ma tutaj żadnych reguł. Reguły stosują tylko ci inni, tak zwani ustanowieni przez ustawodawców w gronostajowych strojach, -przełknął kolejną dawkę alkoholu i krzyknął: -gronostajowe szuje!-, kiedy weszła. -Propaganda klęski w warunkach sukcesu. Tyle mogę pani zinterpretować, jako intelektualista, jako człowiek udający, że nie mam więcej rozumu niż rzeczywiście mam, a piekło, jakie uczynił pani rudobrody mogę tylko przyrównać do raju, w jakim się pani znajdzie, bo królestwo, ich królestwo jest królestwem nie z tego świata, ale ze świata takich ludzi jak pani niestandardowe oczekiwania i prawda, w której pani żyje. To tak, jakby świat uniwersytecki otulić światem wodorostów i przygarniać zmęczone małże, żeby słuchały starych kamieni i oddychać modlitwą składaną do stołu w ostatnich sekundach życia, którą pożarła pleśń, tak pisał Sajjab o śmierci w śmierci, którą ciągle pani sugerują. -Co pan mi tutaj pieprzy o modlitwie i śmierci, czy usiłuje pan zakrzyczeć swojego boga?- -Czy chce mnie pan jeszcze bardziej zadręczyć, niż jestem zadręczona? Moje przeźroczyste dłonie w anoreksji umysłu niedługo niedosięganą krtani, z której muszę wydobywać garstkę imion i nazw, żeby myśli nie płynęły pod prąd w spektaklu imaginacji zdarzeń, na które naraził mnie rudobrody. -Jakże poetycko to pani zinterpretowała, ale ja krzyczę o tym, że rektor z rudobrodym są odpowiedzialni za zdławienie postępu w nauce, za akty zastraszania takich jak pani i za promowanie miernot, które przyczynią się do klęski obu panów. To, co ma pani w swoich anorektycznych dłoniach może tylko skompromitować dwóch urzędasów a nie cały świat uniwersytecki, nie zlikwiduje uczelnianych tragedii, nie przyczyni się do tego, żeby uniwersyteckie gnidy przebrały się w drelichy i grały w karty o szaty biskupie, szaty przemoczone łajdactwami i przemożną chęcią zysku. – Coś za bardzo koniak pana rozgrzał i mogę się tylko domyślać, że wiedza pana na tematy mi bliskie nie jest naciągana, ale co tam. –Proszę to sobie oglądnąć, to są fotokopie, bo oryginały mam głęboko zakopane. Te druki to e-mile, jakie bractwo, tak to nazywałam, użyczało sobie, żeby uprzykrzać życie innym. Kupiłam to z myślą, że będzie coś na mój temat, lecz są tylko wzmianki o mojej belgijskiej kwerendzie, na której byłam i z której uciekłam, a na którą jeżdżą wszystkie uniwersyteckie zdziry. Zapraszał mnie tam właśnie dyrektor, któremu się nie odmawia i będąc tam dosłownie kilka godzin zrozumiałam cały sens uniwersyteckiego życia, bo o balach, jakie organizował rudobrody w uniwersyteckich salach zapewne pan słyszał. Każda studentka, która siedziała u niego na kolanach jest dzisiaj magistrem, a jedna nawet jego zastępcą. Tymi tekstami i zdjęciami, jakie tutaj pan ogląda, mogę udupić i rudobrodego i rektora i pedała dziekana i senatorów uniwersyteckich i generalnie cały pierdolony uniwersytet, który mi obecnie wisi. To jest tylko część luksusu śmietankowego imperium. Mam zrobione i rozdane tyle kopii, żeby w razie czego, podetrzeć sobie nimi moją naukową dupę. Nabyłam to wszystko po programie, który pan zapewne oglądał, od wkurwionego na rudobrodego człowieka, niejakiego Bakalarskiego, który podobno teraz na Słowacji karty rozdaje, nie wiem tylko czy z nadania obywatela dyrektora. Nie zgadnie pan, za ile oddał mi te informacje. Ludzie mają różne obsesje na punkcie rudej brody, żeby móc normalnie funkcjonować.. Ona mówiła, a Levin nie mógł uwierzyć ani w zdjęcia, ani w teksty, jakże różne od twarzy, które znał i w które wierzył. Skąd u licha to całe przebierane towarzystwo, na co dzień tak ustabilizowane, dobrze ułożone, pełne ukłonów i tabloidowego włazidupstwa. Kogo my tutaj jeszcze znamy?- No proszę, obywatel o azjatyckich rysach twarzy. Co on tutaj robi?.-Proszę mi powiedzieć, czy ten pan, co całuje jego eminencję dyrektora to jakiś Chińczyk? -A, to jeszcze inna historia. Ten pan jest przedstawicielem koreańskiego kapitalizmu, który z rudobrodym jest związany od kilku lat. Dyrektor wynajmował jego firmie swoje mieszkanie lub dom tego nie wiem, ale po wieloletnim wynajmie tego lokum, na uniwersytecie, nie w tym lokum, powstał tak pożądany i długo oczekiwany przez naukowców wydział koreanistyki, na którym obecnie studiuje dziesięć chyba osób. Wszystko oczywiście w ramach długo oczekiwanej wdzięczności i przyjaźni polsko-koreańskiej. -Teraz pani chyba ze mnie sobie drwi. Po co wam tutaj tego typu kultura? -Ano po to, żeby wszyscy polscy Koreańczycy, co pracują dla MGM mogli poznać kulturę kraju swoich pracodawców, jak to w polskiej rzeczywistości bywa. Obywatel dyrektor, jako właściciel kawałka swojego pośladka zarządza teraz swoją naukową kurduplowatością, mniemając o swojej nad innymi wyższości. Na koszt oczywiście polskiego podatnika, który wołając w sejmie o deszcz i odprawiając msze o uzdrowienie, operacje szpitalne w to włączając, finansuje Caritasowi podniebienie w fundacji „Do nieba”, której prezesem jest obywatel skurwiony przez prawo, czyli obywatel Teologowicz o marce kiepskiej jakości wędliny. -Niejasno się pani wyraża i ciężko to wszystko zrozumieć nawet dla takiego zarozumialca jak ja- Levin z Bagdadi. – A co, pan też, jak Majakowski z tego miasta i też pan zdjęcie swoje z nim na ścianie ma?. – Wy, Polacy nie rozumiecie takich jak Majakowski, który dłubał w łajnie przeszłości i przetrząsał w swoich wierszach łajdactwa leninowskiego stalinizmu, pełnym głosem rozbierał na części w swoim pisaniu swoich oprawców, wieszając z nimi swój portret na niejednej ścianie i pełnym głosem mawiał, „Zdejm okularów rower, profesorze!, Sam ja o sobie wszystko wyłożę”. Minęło lat osiemdziesiąt i pani teraz Majkowskiego gnębi, on, gdyby znała pani jego wiersze opisał pani przypadek z dokładnością teorii spisku, że „Sama sad ten zasadziłam, sama go podlewać będę”, tyle może o tym geniuszu, z którym, rodziny mamy wspólne, stąd sympatia do poety. -Nigdy nie lubiłem swojej biedy, która ciągle kojarzy mi się z tym samobójcą. Nikt nie wie ile prawd kryje się pod tym nazwiskiem. Ja sam wyrosłem na podglądaniu rzeczywistości, która nie pomagała mi żyć. Cała nasza rodzina to Majakowscy, ale po jego śmierci samobójczej wszyscy zostali w tamtym okresie odtrąceni, chociaż nikt nie krytykował władzy. Zostaliśmy rozbici i rozdzieleni i nie wiem czy mam siostrę, czy brata. Ciotka mnie wychowała, która skąpiła mi nawet kartofli, nie dawała rysować i ciągle chciała mnie się pozbyć. Stąd być może moje kajdaniarstwo, jak to pani ujęła. Ta niewola i ciągły bunt o nic, bunt właściwie o prawdę, prawdę znikąd. Pomijając mój wątek i patrząc na te materiały, niechlubne zresztą, pytanie moje jest tylko jedno. Dlaczego nie pokaże pani tego światu? • Ona, ze łzami w oczach z pełnej ciągle butelki przelała swoje łzy alkoholowe do kieliszka swojego spowiednika i zadumana wyciągnęła jeszcze jedno zdjęcie, dla niej zdjęcie rozpaczy. -To jest mój mąż, aktywista Green Peace, twardy człowiek o nieposzlakowanej opinii, zasłużony dla świata, który pół życia spędził na platformach wiertniczych, wybitny geolog. Napisał dwadzieścia książek o ziemi. Poznaliśmy się w Maroku i pełni nadziei przyjechaliśmy do nowej Polski ze swoją pasją życia. Media wzięły jego pod swoją kuratelę. Nie znał polskich realiów i żył jak idealista, prawdą niezmieszaną z polityką. Przyjechał chyba po to, żeby tutaj skonać w magmie oszustwa politykierów, którzy przez swoje manipulacje zamienili jego geniusz w horror. Nieświadom oszukańczych intryg polskiego świata nauki dawał sobą manipulować, teraz to zrozumiałam, to tak, jakby brylować chyba gdzieś między niebem a ziemią i chyba to samo chcą zrobić ze mną. Zniknął rok temu pisząc parę zdań, których nigdy by nie napisał. Dał mi po prostu sygnał o swojej niemocy i od tamtej pory nic o nim nie wiem. Podejrzewam tylko, że zamieszani są w to byli działacze Greenpeace z Polski, bo chodzi o duże pieniądze. A ci oni z tego grinpisa są dzisiaj w rządzie i ich gęby widzę ciągle w telewizji. To tyle na temat tego zdjęcia, które znają wszystkie tajne służby w świecie mojej nauki. Oni wiedzą, że nie odpuszczam, ale ci tutaj mają mnie za debilkę i wierzą w to, że rudobrody to mocny przeciwnik. Jego moc jest skonstruowana na szantażu i metodą „składka na dziadka” kontroluje swoje owieczki, które strzyże jak rozbójnik. -Coś się pomyliło szanownej pani, bo metoda, o której pani wspomniała, jest znana też u nas, a po naszemu to wódczany podatek towarzyski, inaczej walenok lub walonek, wie pani, co to walonek?. -No, nakładka na buta-filcowa, na syberyjskie mrozy albo jeszcze inaczej na dziadka Mroza. – Jak brakowało wódki jeden ściągał walonka i robili składkę, Ten zwyczaj jeszcze pokutuje na syberyjskich szlakach, nawet wasz Kapuściński o tym pisał. I co w tym złego?.- Niezła menda uniwersytecka z tego waszego rusofoba, naśmiewać się z rosyjskiej obyczajności. -Zło panie z Bagdadi polega na tym, że każdy doktor, czy nie doktor musi na imprezie organizowanej przez rudego, do kapelusza, jako składkę na wódkę wrzucić kartę kredytową z kodem. Nową kartę. Za tę kartę kupuje się alkohol, a reszta idzie do czyichś kieszeni. Ostatnio jego zastępca ten od pokazywania zarostu łonowego, przed obroną habilitacji wrzucił plik banknotów stu dolarowych mówiąc, że to na wódkę dla konwentu senatorskiego. -Ależ to uzurpator z tego rudobrodego i dlatego hrabia Wroński z naszej ruskiej rzeczywistości tak niszczył literackie dzieła podparte tożsamą egzegezą myśli twórczej, która z twórczością nie miała nic wspólnego i komplikowała literacką rzeczywistość, zamieniając ją w brukowiec na katafalku próżności hierarchów prawosławia. -Ma pan rację w swojej próżności myśli, tylko nie zdaje pan sobie sprawy, że ja jestem obywatelem awangardowego miasta, którego prezydent robi najlepsze miasto w Polsce i z tego, co powiedział wywnioskowałam, że mamy do czynienia z postępującą degrengoladą życia naukowego w naszym mieście, a klasa naukowych dyktatorów jest tak słaba, że przyjdą nowi, młodzi, zdolni i piękni i będą się garnęli do życia naukowego. A ja bardzo bym chciała, żeby nie byli zdeprawowani, tak jak ci, których przyjęłam pod swoje skrzydła, a którzy mnie zdradzili. Rudzielec ich przekupił naiwnością na swojej arce komitetu wyborczego jak przekupki, którym daje się nadzieję za trzydzieści srebrników. -Czyżby zdrady nie potrafiła pani wynagrodzić cierpieniem? – Jest na to sposób, który mój przyjaciel Aleks wypróbował na swołoczy prawosławnego katabasa. Jest to tak zwany sposób „ Na Zająca’, która z kupy ludzkiego mięsa robi użytek na potrzeby technicznej pierestrojki, jaką jest nauka, a moja obecność tutaj jest jeszcze podyktowana potrzebą ekspertyzy naukowej, o której wiedzę dopomina się prawosławie i tylko Panią posądza się o to, że taką wiedzę posiada, jako wielki immunitet naukowy i skrywa ją Pani dla siebie. My ludzie sybirackiej pierestrojki szanujemy takich jak Pani, bo też walczymy o niezależność skomponowaną inaczej, jak mawia pan Roman, przyjaciel mojego kolegi Konstantego.- Powiem, krótko, czy „sekretarzyk riazański” coś Pani mówi?. Popatrzyła na niego ze zdziwieniem i odpowiedziała buńczucznie!. -A dwieście tysięcy dolarów coś panu mówi?. –To cena za głowę mojego męża. Śmiesznie niska i śmiesznie wysoka, na którą mnie nie stać. – To Pani mąż żyje?. – I żyje i nie żyje, nie wiem, ale wiem, że te skurkinsyny, szykują na mnie kolejną pułapkę. „Nic nie wiecie o skretyniałym naukowym świecie, gdzie doktoraty piszą notariusze, a habilitacje komornicy. Wszyscy ciągną sobie laskę, tak jak na rysunkach markiza de’Sada w opowieściach o Justynie, taki to jest świat, świat stetryczałego pornograficznego stalinizmu, niby nie za kolczastym drutem, ale z wrzodami i jątrzącymi ranami w podkolanówkach, z odmrożonymi rękami i nogami, niby nie masz szkorbutu, ale tracisz rozum i jesteś bliski popełnienia samobójstwa i później zadają tobie pytanie: •-Czy podważyliśmy jakieś zasady?”. – Czyli mówiąc słowami Hegla, los człowieka nie jest jego osobistym losem, wyraża on moralną tragedię losu, jako jednostki, a porównując rudobrodego do Stalina możemy powiedzieć, że na tym etapie waszej znajomości rudobrody, człowiek z krwi i kości, powinien być traktowany, jako symbol komunizmu, jako jego najgorsze uosobienie. Wszak wielokrotnie powtarzane przez niego kłamstwa stały się prawdą przyjętą przez wszystkich bez wyjątku, łącznie z rektorem. Jakby na to nie spojrzeć Stalin, tak jak rudobrody ciągle powoływał się na klasyków. Sam wytworzył tak zwaną psychologię „śrubek”, naturalistyczny, średniowieczny, podbudowany głębokim przeświadczeniem szczerb na tarczy socjalistycznej ojczyzny, który burzył szczytne ideały marksizmu, co w końcu stało się źródłem strachu, strachu niezamierzonego, któremu ulegli Pani kolesie nie zdając sobie z tego sprawy, czyli jakby inaczej ujmując, też przyczynili się do defraudacji i muszą być na liście do likwidacji metodą na „Zająca”. -A co to takiego ta metoda.? Nie zdążył jej wytłumaczyć i długo by jeszcze ględzili, ale stukot do drzwi przerwał ich romantyczne rozważania. To ochroniarka przerwała dyskurs między wójtem a plebanem. Pani broniąca pszczelego majątku, wtargnęła nagle do pokoju, żeby zakomunikować Jej, że Ona ma zakaz korzystania z pomieszczeń instytutu, czy jakoś tak. Ględziła coś o uczciwości i niesprawiedliwości i pokazała kartkę o zakazie korzystania z pomieszczeń Jej Eminencji uczciwości, jak Ją nazwała. – Przykro mi, że dopiero teraz to mówię, ale to wisi już od dłuższego czasu, a my o tym nie wiedziałyśmy albo nie chciałyśmy wiedzieć. My wiemy, co to za ziółko ten wasz dyrektor. A koleżanka, którą kiedyś na nocce upił i bzyknął, wygadała się, że pani zalazła mu za skórę i on się zemści. Straszne rzeczy o pani mówił, a my wiemy, jaka pani jest, do rany panią przyłożyć. Ale co tam, kartkę pani ma podpisaną przez tego oprawcę, który co ładniejsze z nas nagabuje. Nasze skargi nic a nic nie dają, bo robotę stracimy, więc musimy siedzieć cicho, a ruda pała molestuje, pije i rucha swoje owieczki, jak bóg przykazał, ale co my tam. My po kądzieli z panią profesor, my wiemy, że on ciągle kombinuje. Te jego imprezowanie niektórym doktorom bokami wychodzi, ale tak jak my, siedzieć muszą cicho. Sama pani tutaj niejedno widziała, więc powiedziałam swoje z bólem i muszę powiedzieć jeszcze, patrzyła z powagą na Levina, że pana obywatela też znam, bo córka moja pana sobie upatrzyła i zdjęcie pana nawet ma z pana grupą. Nie pasujecie do tego tutaj, że tak powiem grona, płakać mi się chce, że muszę znosić tego rudego grubasa. Oni tutaj wszystkimi oprócz swoich gardzą. Udają bogobojnych, a Boga w sercu nie mają. Koleżanka, którą bzyknął, dała mi jakąś kopertę, którą zostawił i chyba zapomniał, bo też był nawalony. Dam wam ją za symbolicznego kielicha, tak po prostu, tak go nie lubimy. -Ależ droga pani-Levin skonsternowany chciał coś powiedzieć, ale Ona nalała kielicha i podała bez słów kobiecinie, która jednym tchem łyknęła napój, Ona nalała drugi, który również został szybko opróżniony. Patrząc na nich posępnie sama nalała sobie jeszcze jednego, wychyliła jeszcze szybciej, podała Jej szarą kopertę i wyszła tak szybko jak szybko mówiła. Człowiek z Bagdadi, oniemiały wyszedł za nią, bo nie mógł uwierzyć w to, co powiedziała. Dotarł do dyżurki i poprosił o kartkę- niedowiarkę, jak ją w duszy nazwał. Oniemiałymi oczyma wtapiał w siebie słowa, które teraz Jej, tak jak kiedyś jemu zabraniały właściwie korzystania z pomieszczeń całego instytutu. Z kibla, chyba też, bo jak wszystko to wszystko. -To jakiś obłęd proszę pani, czy długo to tutaj leży? -Koleżanka mówiła, że program w telewizji był i tam pani doktor pokazywała jakiś przekręt dyrektora, czy jakoś tak, no i zaraz po tym była ta kartka, ale że miała żal do niego o zgwałcenie wielokrotne, to ją schowała i tak przez jakiś czas nikt o tym nie wiedział, bo oni się tutaj mijają i widują pewnie na naradach, aż sam dyrektor przypiął ją na tablicy i nie kazał ściągać. -Wezmę ją na chwilę i zaraz oddam. Wpadł do pokoju jak burza, a Ona właśnie otwierała kolejna butelkę koniaku wcale niezasmucona, jakby w to nie wierzyła, co powiedziała molestowana ochroniarka. -Ma pani aparat w telefonie? – Mam, a po co panu aparat?. –Proszę dać mi telefon. I niewiele się namyślając, położył kartkę na stole i trzy razy pstryknął zdjęcie, które miał zamiar wysłać do wszystkich gazet świata. -Zabawa w totalitaryzm za pieniądze Unii Europejskiej pani doktor. -Proszę to sobie przeczytać, ale najpierw napijmy się, bo dla mnie to jest szok. Ona przeczytała kartkę i przepisała ją na tablicę, artykułując zachwianą polszczyzną każdą sylabę. „Zakazuję wydawania kluczy do wszystkich pomieszczeń instytutu profesor Nesce nieprzepuszczającej plagiatów. Podpisano, Dyrektor, profesor doktor habilitowany, i tutaj Ją zatkało, Golisław Bryczewski. To on, ten plagaciarz do tego się posunął?”. Mało narobił krzywd tym, co odmawiały jego rudej gębie lizania kutasa, ale co tam.. Była na małym rauszu, ale nie omieszkała skserować tak ważnego papierka, który tworzył podwaliny pod nowe państwo- państwo oprawców uniwersyteckich. -Panie Levin, spieprzamy stąd, bo pociąg do Riazania nam ucieknie. Nie mógł pan lepiej trafić z tym swoim riazańczykiem. Zapraszam pana do siebie, tam nikt nam nie będzie przeszkadzał. Proszę schować kopertę, u mnie zobaczymy, co to za tajemnica. Zabrali cztery butelki wódki i trzy wina, co wywołało zdziwienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d bloggers like this: