Kryzys zaufania do edukacji

Nauka nie gwarantuje już sukcesu zawodowego?

Artur Grabek – Rzeczpospolita, 20.07.2013

Co szósty Polak uważa, że nie warto się kształcić – wynika z badań CBOS.

Takiego kryzysu zaufania do systemu edukacji statystycy nie notowali do wielu lat. W minionej dekadzie odsetek osób, które wątpiły w potrzebę kształcenia, wynosił ledwie kilka procent….

….Aż 36 proc. respondentów uznało, że poziom wykształcenia nie ma wpływu na uniknięcie bezrobocia. Tak wysokiego odsetka deklaracji w tej sprawie nie zanotowano w tym badaniu nigdy….

….„Polska znajduje się w czołówce państw, które mają największą liczbę szkół wyższych przypadających na jednego mieszkańca. Wynika to z faktu, że w Polsce w latach 90. XX wieku założenie szkoły wyższej było proste i stosunkowo szybkie”. W jego ocenie taka sytuacja doprowadziła do podwójnego kłamstwa. – Państwo okłamywało się, że ma dużą liczbę osób z wysokimi kwalifikacjami. Z drugiej strony absolwenci szkół wyższych żyli w przekonaniu, że faktycznie posiadają wiedzę adekwatną do poziomu wyższego wykształcenia – wyjaśnia profesor.

Studentom chodzi o zdobycie „papieru”, wykładowcom – o utrzymanie etatów

Na naszych uczelniach źle się dzieje. Nowi studenci? Dramat

Roman Daszczyński – Gazeta Wyborcza – Trójmiasto, 5.05.2012

Profesor Ewa Nawrocka z Uniwersytetu Gdańskiego stała się ostatnio sławna z powodu opublikowanego w internecie apelu o bunt przeciw bylejakości kształcenia i odnowę życia akademickiego. – Wyższe uczelnie udają, że kształcą, studenci udają, że studiują. Czas to zmienić, bo mamy już katastrofę – mówi…

….Prof. Nawrocka w czerwcu skończy 70 lat, za trzy miesiące przechodzi na emeryturę. – Dlatego uważam, że moja odwaga jest tania – mówi. – Rozumiem jednak młodszych kolegów i koleżanki, które nie chcą się wychylać. Dostaję maile z gratulacjami z powodu odwagi, ale sama nie wiem, czy bym się na to zdobyła pięć lat temu. Z różnych przyczyn: z powodu pracy naukowej i dlatego, że poziom „wkurzenia” tym, co się dzieje, nie był we mnie tak wysoki jak dziś..

…Prof. Nawrocka postanowiła opowiedzieć o swojej wściekłości, gniewie i poczuciu bezsilności w pracy akademickiej.
Jej zdaniem szczególnie na polonistyce widać degradację polskiego systemu edukacji wszystkich szczebli…

……Na uniwersytecie wykładowcy mają poczucie frustracji, bo trudno prowadzić zajęcia z nieprzygotowanymi intelektualnie studentami – nawet jeśli w grupach zajęciowych zdarzą się jednostki zainteresowane studiowaniem. Pozbyć się tych gorszych z uczelni? Pracownicy naukowi wolą ich przepychać dalej, bowiem zmniejszenie liczby studentów oznaczałoby redukcję uniwersyteckich etatów. Studentom chodzi o zdobycie „papieru”, wykładowcom – o utrzymanie etatów.
Jakie jest wyjście z tej sytuacji? – Przyznam uczciwie, że nie wiem – stwierdza prof. Nawrocka. – Są na urzędach ludzie, którzy odpowiadają za jakość kształcenia w Polsce. Rolą nas wszystkich jest stworzyć taki nacisk, by zmienili edukację na lepsze. Inaczej nam do niczego te ministerstwa nie są potrzebne.

Do 2015 r. liczba bez­ro­bot­nych absol­wen­tów róż­nych uczelni i szkół może prze­kro­czyć nawet 3 mln.

 To idzie młodość… na bezrobocie

Irena Dryll – Studio opinii, 4.04.2012

 Bez­ro­bo­cie mło­dych to naj­więk­szy pro­blem, by nie rzec porażka pol­skiej transformacji. ..

Do nie­dawna pol­ski boom edu­ka­cyjny:  4,5 razy wię­cej osób z pół­wyż­szym i wyż­szym wykształ­ce­niem niż na star­cie w trans­for­ma­cję, wzrost o 1/3 (do ok. 470) szkół wyż­szych i do pra­wie 2 mln stu­den­tów, był naszym tytu­łem do chwały. Pod wzglą­dem upo­wszech­nie­nia wyż­szej edu­ka­cji Pol­ska zna­la­zła się bowiem w świa­to­wej czo­łówce. Liczba stu­den­tów na 10 tys. miesz­kań­ców lokuje nas w pierw­szej dzie­siątce kra­jów świata, mamy ich wię­cej niż Fran­cja, Japo­nia czy Niemcy. W zeszłym roku liczba osób z wyż­szym wykształ­ce­niem zwięk­szyła się o ok. 400 tys., do pra­wie 5 mln. Wśród aktyw­nych zawo­dowo Pola­ków wyż­sze stu­dia ma już 27% (dzie­więć lat wcze­śniej – 16%). Ale wśród zare­je­stro­wa­nych bez­ro­bot­nych co dzie­wiąty ma dyplom wyż­szej uczelni w kie­szeni. W końcu grud­nia 2011 r. bez­ro­bot­nych z dyplo­mem było 225,8 tys., o ponad 21 tys. wię­cej niż rok wcześniej.

15 lat wcze­śniej, kiedy nie mówiło się jesz­cze na nich „wykształ­ciu­chy”, bez­ro­bot­nych z dyplo­mem po stu­diach wyż­szych było 25 tys. – 1,4% ogółu zare­je­stro­wa­nych, nie­mal dzie­sięć razy mniej niż dziś. Stopa bez­ro­bo­cia wśród świe­żych absol­wen­tów, któ­rzy ukoń­czyli stu­dia w ostat­nich 12  mie­sią­cach, jest jesz­cze wyż­sza: w III kwar­tale  2011 roku wyno­siła – według BAEL – aż 22,2%…..Naukowcy z IPiSS pro­gno­zują, że do 2015 r. liczba bez­ro­bot­nych absol­wen­tów róż­nych uczelni i szkół może prze­kro­czyć nawet 3 mln.

Temat niszczenia polskiej edukacji

Jeszcze o liceach. Warzecha: apele pozostały bez odzewu. Arogancja cechą charakterystyczną tej władzy

Łukasz Warzecha, wpolityce.pl  17.02.2012

Przyznaję, temat niszczenia polskiej edukacji przez rząd Platformy wcale nie jest nowy. …. faktycznie – reforma edukacji, jaką funduje nam Platforma, oznacza de facto koniec liceów ogólnokształcących….

..Szkołę będą opuszczali historyczni analfabeci, pozbawieni świadomości kulturowej, a więc łatwi do manipulowania. Już dzisiaj takich ludzi jest mnóstwo i nie jest to wina programu zbyt restrykcyjnego, ale odchodzenia od systematycznej nauki w stronę testologii. Rodzice, którym będzie zależało na tym, aby ich dzieci rozumiały świat wokół siebie, będą musieli zapewniać im korepetycje, uczyć w domu albo posyłać do drogich szkół prywatnych. Większość jednak takiej potrzeby nie będzie widzieć lub nie będzie ich na to stać. Ze szkoły wyjdą ludzie, którzy nie będą rozumieli procesów historycznych, a więc i politycznych. ..

…Fatalny w skutkach pomysł minister Hall na zmianę systemu nauczania polega na tym, żema zmusić bardzo młodych, piętnastoletnich uczniów liceów, z nazwy jeszcze ogólnokształcących, do wyboru dalszej drogi życiowej. To oczywiście absurd, który przekształci te szkoły w fabryki „młodych, wykształconych, z dużych miast”, czyli – jak to określił za Sołżenicynem Ludwik Dorn – wykształciuchów. Ludzi, legitymujących się formalnym wykształceniem, a w rzeczywistości prezentujących żenujący poziom wiedzy. W wieku piętnastu lat człowiek jest o wiele za młody, aby decydować, czy chce być astronomem, polonistą, dziennikarzem czy mikrobiologiem.

Jak władza lekceważy obywateli starających się o należyty poziom edukacji

Prof. Andrzej Nowak dla wPolityce.pl: Krótka historia zlekceważonych przez władzę apeli o ratowanie historii w liceach

wpolityce.pl 11.02.2012

W grudniu 2008 roku, z inicjatywy profesorAnny Sucheni-Grabowskiej i mojej (wspieranej w mediach zwłaszcza staraniami red. Piotra Zaremby) rozpoczęliśmy zabiegi o zorganizowanie protestu naszych koleżanek i kolegów-historyków w związku z przygotowywaną w Ministerstwie Edukacji reformą ograniczającą drastycznie nauczanie historii w polskich liceach. Oto krótka ich historia. …

Ratujmy historię, ratujmy polski kanon
Apel w związku z wprowadzeniem nowej podstawy programowej do szkół….

….Wobec zlekceważenia tego apelu przez Ministerstwo, na progu kolejnego roku szkolnego (2010/2011) pozwoliłem sobie napisać – jako obywatel RP i jako historyk  – list do czterech historyków, stojących na czele państwa…….I ten list został zlekceważony. Kancelarie Prezydenta, premiera oraz marszałka Sejmu – potwierdziły odbiór i skwitowały sprawę brakiem kompetencji. Kancelaria marszałka Borusewicza nawet nie pofatygowała się odpowiedzieć na list obywatela… 

Wszystkich – tych, którzy apel podpisali i tych, którzy być może go nie dostrzegli, ale przekonani są o potrzebie ratowania obecności kanonu historycznej i polonistycznej edukacji w polskich liceach – prosimy o stałe organizowanie nacisku publicznej opinii na Ministerstwo Edukacji: by źle pomyślana reforma została wycofana. Jeśli w tej walce o kanon w polskich szkołach przegramy, trzeba ją będzie podjąć poza szkołą państwową: tworząc na nowo edukację niezależną.

Podhalańska PWSZ diamentem Podtatrza, czy … w popiele

(fot.J. Wieczorek)

Roman Maciej Kalina

Zdrowie na sprzedaż. 

Podhalańska PWSZ diamentem Podtatrza, czy … w popiele

Podhalańska PWSZ i Podtatrze są dobrym pretekstem, by rozpocząć poważną dyskusję o edukacji i wychowaniu (na wszystkich szczeblach) polskiej młodzieży, o zdrowiu, o statusie i wykorzystaniu potencjału nauczycieli akademickich o najwyższych kwalifikacjach, o szansach wykształconej młodzieży na godne zatrudnienie w regionach, gdzie są jej korzenie.

Podtatrze, kraina geograficzno-etnograficzna przylegająca bezpośrednio do Tatr (Podhale, Orawa, Liptów i Spisz). Podhalańska PWSZ powstała w 2001 roku. W rocznicę dziesięciolecia został oddany do użytku wspaniały gmach dydaktyczny. Na tle Tatr pretenduje do najpiękniej położonej uczelni w Polsce. Jest ukoronowaniem mozolnego wysiłku jednego z inicjatorów i organizatorów PPWSZ, jej dotychczasowego rektora, senatora VIII kadencji profesora Stanisława Hodorowicza. Największą reprezentację studentów tworzy młodzież Podtatrza. Czy jednak tej młodzieży w przeważającej większości chodzi o wiedzę?

Podczas otwarcia roku akademickiego 2010-2011, przed wykładem inauguracyjnym (notabene, o architekturze drewnianej regionu na tle przykładów z innych zakątków świata, w eleganckiej narracji wykładowcy) studenci gremialnie opuścili aulę gmachu co dopiero poświęconego przez kardynała Franciszka Macharskiego. Wprawdzie powszechnie wiadomo, że w Polsce łatwość uzyskania dyplomu studiów wyższych jest odwrotnie proporcjonalna do możliwości uzyskania pracy po studiach – ale czy czas i miejsce na taką demonstrację? Nie wypadało, choć trudno pogodzić się z gorzką prawdą. Absolwent „na zmywaku” – większości z 470 polskich uczelni – jest mocno wpisany w pejzaż Londynu i innych miast bogatszej Europy, USA i nie tylko. Przykłady można mnożyć.

Mądry człowiek wie, że o uczelni nie świadczą mury, ale profesorowie i biblioteka. W dobie Internetu marką uczelni pozostają wyłącznie profesorowie i ich wytwory: bezpośrednie (dzieła, które publikują w najbardziej prestiżowych czasopismach, książki nazywane bestsellerami, patenty etc.), ale także, powiedzmy umownie, pośrednie (poziom naukowy, kwalifikacje zawodowe i kultura osobista absolwentów). Infrastruktura i inne rzeczy, to tylko dodatki, choć niezbędne (!).

Wracamy do korzeni. Pierwowzorem uniwersytetu była między innymi Akademia Platońska (387 p.n.e. – 529 n.e.). Siedzibą – gaj oliwny, a u wejścia napis: „niech nie wchodzi nikt nieobeznany z geometrią”.

Dzisiaj uczelnie przyjmują każdego, byle zapłacił czesne. Uczelnie nagminnie kupczą dyplomami. Godziny rektorskie, możność nieuczestniczenia w wykładach (które powinni prowadzić przede wszystkim profesorowie), jeżeli przedmiot uwzględnia ćwiczenia (domena magistrów i doktorów) i inne „demokratyczne prawa” studentów są polską specjalnością. Skutkiem: przekrzykiwanie jeden drugiego, wulgaryzmy, plucie gdziekolwiek, to codzienność zachowań niemałej części tych, którzy pretendują – co by nie powiedzieć – do elity społeczeństwa. Liczba godzin zajęć dydaktycznych prowadzonych z wykorzystaniem metod i technik kształcenia na odległość, nie może być większa niż 60% ogólnej liczby godzin zajęć dydaktycznych określonych w programach kształcenia (Zarządzenie MNiSW z 2.11.2011). Tymczasem są uczelnie, których regulaminy studiów sankcjonują możliwość nieuczestniczenia w 75% wykładów studiów II stopnia.

Czas zadawać konkretne pytania: komu na takim kształceniu zależy? Kto ma korzyść z instrumentalnego traktowania profesorów i doktorów habilitowanych?

Odpowiedzi nie są trudne, ale przygnębiające. Jeżeli „gospodarka jest najważniejsza” a pieniądze, zysk i rachunek ekonomiczny zaciemniają wartości naczelne (wielu także zdrowy rozsądek), to nic dziwnego, że to szaleństwo udziela się włodarzom uczelni wyższych. Prywatnych, można jeszcze zrozumieć, ale publicznych (!). Nieudolne prawodawstwo takim sytuacjom sprzyja.

Do tzw. minimum kadrowego (profesorów, doktorów habilitowanych i doktorów, deklarujących swe uprawnienia, by kształcić na danym kierunku studiów) zalicza się tych, którzy prowadzą minimum 60 godzin zajęć. Zatem „w cenie” są emerytowani profesorowie. W uczelni wyższej tańszy od profesora jest magister – asystent lub wykładowca (nie mylić z nauczycielem dyplomowanym w szkole nie wyższej). Minimalne stawki, nieobowiązkowe wykłady, najmniejszy udział w kształceniu studentów nauczycieli akademickich o najwyższych kwalifikacjach. Czy to są właściwe wskaźniki „zysku” uczelni. W 2012 roku gwarantowana stawka miesięcznego uposażenia profesora (w Polsce tytuł uzyskuje się około 50 roku życia) jest niższa o 855,38 zł od gwarantowanej nauczycielowi dyplomowemu (magistrowi z 15- letnim stażem). Bliska jest perspektywa jednoetatowości nauczycieli akademickich, więc może w PWSZ-tach wystarczą doktorzy. Jak mechanizm „rachunku ekonomicznego” zostanie utrwalony, to licencjatów będą kształcić przede wszystkim magistrowie. To czyste absurdy. Niestety – prawdziwe.

Podhalańska jest jedną z 36 PWSZ. Jest uczelnią państwową, a więc ma wypełnić swą misję przede wszystkim wobec społeczności Podtatrza. Jeżeli spełni możliwie najwyższe standardy, pukać będą kandydaci z całej Polski i nie tylko. Póki co, uczelnia zawodzi ambitną część młodzieży Podtatrza i oczekiwania pracodawców wielu branż.

W rankingu „Rzeczpospolitej” i „Perspektyw” w 2011 roku zajęła 21 pozycję (uczestniczyło tylko 25 uczelni, bowiem wymagana jest dwuletnia promocja absolwentów). 

Ostatnia ustępuje PPWSZ 12,18 punktami procentowymi. Do trzeciej, legnickiej PWSZ, brak 22,66 Do lidera aż 57,22. W 2007 roku legnicka była na 16 pozycji, Podhalańska na 11. W trzech kolejnych latach legnicka: 6 – 3 – 3, Podhalańska: 20 – 19 – 21. W ostatnim rankingu w dziale „prestiż” (referencje pracodawców, ocena przez kadrę akademicką) przy Podhalańskiej same zera. 

Kaliska PWSZ, zaledwie o dwa lata starsza od Podhalańskiej, jest od pięciu lat niezmiennie liderem rankingu. W 2011 roku przeszła na strukturę wydziałową. W wydziałach katedry i/lub zakłady. Podhalańska oszczędza na tym, w co trzeba mądrze inwestować. Dyrektorzy instytutów z zastępcami kierują wszystkimi. Kto ma więc dbać o rozwój młodej kadry naukowej, skoro brak elementarnych struktur akademickich. Jak egzekwować jakość kształcenia bez permanentnych hospitacji. To prosta droga do demoralizowania magistrów. Przetrwają do 67 roku życia bez doktoratów, bo wykładowca (tańszy od asystenta, gdyż musi realizować większą liczbę zajęć) nie ma obowiązku prowadzenia badań naukowych. Będąc w większości, dopiero stworzą niereformowalny „beton”.

Przystańmy na koniec przy haśle wiązania edukacji z gospodarką. Tutaj inicjatywa ustawodawcza jest trafna. Mądry, poważny mieszkaniec Podtatrza nie będzie jednak łączył wzmocnienia regionalnej produkcji eksportowej z koniecznością otwarcia w PPWSZ fakultetów oscypka, kuśnierstwa, kowalstwa etc. Mądry, kreatywny, kompetentny i odpowiedzialny człowiek gór wystawi „zdrowie na sprzedaż”. Jest to termin wyłącznie marketingowy. Zdrowiem się nie kupczy. O zdrowie należy mądrze dbać.

To najważniejsza, konieczna inwestycja każdego z osobna i odpowiedzialnych kierowników życia społecznego wszystkich szczebli. Dla zdrowia somatycznego potrzebna jest ustawiczna aktywność fizyczna, dbałość o bezpieczeństwo motoryczne, wysiłkowe i żywienia, ekologiczne i bezpieczne otoczenie. Dla zdrowia psychicznego i społecznego: satysfakcjonująca aktywność indywidualna i w grupie; przyjazne otoczenie o kojącej dla oczu, uszu i ducha przyrodzie, architekturze, muzyce, rozważnie nasycone innymi wytworami kultury.

Czasy są takie, że to nie wystarczy. Każdy może znaleźć się w sytuacji ekstremalnej, kiedy zdrowie i życie są zagrożone. Elementarna zdolność przetrwania musi stać się dzisiaj częścią ustawicznego treningu zdrowotnego. Podtatrze bogate jest w zasoby otoczenia niezbędne do rozwijania, utrzymania lub przywracania zdrowia w jego wszystkich wymiarach (somatycznym, psychicznym, społecznym), a także zdolności przetrwania.

Nie mniejszym bogactwem jest młodzież, która te kwestie rozumie, szybko nabywa odpowiednich kwalifikacji. Nie można bowiem „sprzedawać zdrowia” z pominięciem specjalistów, którzy potrafią je zdiagnozować, gdy trzeba – nawiązać współpracę z lekarzem i psychologiem, opracować program treningu zdrowotnego adekwatnie do wieku, sprawności fizycznej etc., zrealizować go bądź w grupie względnie jednorodnej (np. osób w podobnym wieku lub porównywalnej sprawności fizycznej), bądź skrajnie zróżnicowanej (wielopokoleniowej rodziny, w tym z osobą niepełnosprawną). Tacy specjaliści sami potrafią założyć firmy i ożywić region.

Struktura kierunków kształcenia w Podhalańskiej idealnie wpisuje się w ten system (fizjoterapia, turystyka i rekreacja, pielęgniarstwo, ratownictwo medyczne, ochrona środowiska etc.). Co więcej. W Instytucie Fizjoterapii od trzech lat realizowany jest unikalny w skali globalnej przedmiot „teoria i metodyka bezpiecznego upadania osób po amputacjach kończyn i niewidomych”, a od dwóch lat „trening zdrowotny w fizjoterapii”. W Instytucie Rekreacji i Turystyki od tego roku akademickiego unikatowa specjalność „trening zdrowotny z elementami profilaktyki uszkodzeń ciała”. Pracownik Uczelni jest twórcą i właścicielem programu (oraz znaku) EKO-AGRO-FITNESS©, którego istotę oddaje wcześniejszy akapit.

Tych informacji, niestety, próżno szukać na stronie internetowej Podhalańskiej PWSZ. Uczelnia nie chwali się i tym, że zatrudnia magistra, który zaledwie 2 lata temu ukończył studia, a już opublikował 3 prace z Impact Factor.

W innej państwowej uczelni w Polsce magister o znacznie dłuższym stażu z 1 publikacją z Impact Factor otrzymał w 2010 roku nagrodę Rektora I stopnia (to, bagatela, około 10 000 złotych). Takimi metodami należy budować przywiązanie do uczelni młodych nauczycieli akademickich, a nie „najtańszymi” nadgodzinami, pogłębiając w nich przekonanie, że nie mają czasu na badania i publikowanie wyników – przecież „poświęcają się dydaktyce” i są niezbędni.

AWF w Katowicach dopiero wzoruje się na doświadczeniach Podhalańskiej. Z programem EKO-AGRO-FITNESS© najwięcej nadziei wiąże Starosta Tatrzański. Zaangażowanie prorektor PPWSZ i ambitnego magistra, to za mało, by wypromować ten produkt na Podtatrzu. Turystyka prozdrowotna identyfikowana z tym znakiem, wzmocniona autorytetem uczelni wyższej i władz regionu może przerodzić się także w sukces gospodarczy.

To nie jest wyłącznie problem Podhalańskiej. To problem także Podtatrza. Zaś jeden i drugi podmiot to Polska. Polakom Podhalańska i Podtatrze mogą dawać szybciej, niż niejeden sądzi, to, co nie jest na licytację – zdrowie i jakość życia. Rzecz społecznie bardzo ważna, albowiem perspektywa zatrudnienia do 67 roku życia (i pewnie dłużej) jest nieunikniona.

Włodarzy Podtatrza skłaniam do namysłu. Czy realne jest wydzielenie ziemi, na której powstałoby „profesorskie osiedle” z możliwością preferencyjnego wykupu działki przez profesorów i doktorów habilitowanych (doktorzy nie wchodzą w rachubę do czasu uzyskania habilitacji) po minimum 10-letnim zatrudnieniu na pierwszym etacie w Podhalańskiej PWSZ i wypromowaniu co najmniej 2 doktorów. Zapewniam, kandydaci już są i to bynajmniej nie w wieku emerytalnym. Skutki można mnożyć. Podhalańska bez trudu podejmie studia II stopnia (magisterskie). Profesorowie, którzy za godziwą opłatą, będą generować autorskie programy, będą zarazem dodatkowo gratyfikowani godziwą zapłatą za nadgodziny. Studentów będą kształcić przede wszystkim nauczyciele akademiccy o najwyższych kwalifikacjach. Profesorom starczy czasu i motywacji, by promować najzdolniejszych młodych akademików. Ambitna młodzież będzie wzrastać w atmosferze pracowitości i promowania ludzi kreatywnych. Na dwudziestolecie Podhalańskiej uzyskanie praw doktoryzowania przez przyszły Wydział Zdrowia jest celem realnym. Pozytywny efekt skumulowany trudno dzisiaj precyzyjnie oszacować.

prof. dr hab. Roman Maciej Kalina

(profesor Wydziału Fizjoterapii AWF w Katowicach oraz Podhalańskiej PPWSZ w Nowym Targu; współzałożyciel w 2005 roku i redaktor naczelny czasopisma „Archives of Budo”, 2010 Impact Factor 0.488, 5-Year IF 0.542)

Za porażki edukacyjne odpowiadają sami uczniowie

Nauczyciele nie przyjmują winy za edukacyjną porażkę polskiej oświaty

Artur Grabek, DziennikGazeta Prawna, 12.12.2011

Nauczyciele zwalają winę na uczniów. Nie przyjmują, że mają duży udział w tej edukacyjnej porażce. Polska edukacja jest niedofinansowana i przestarzała. Przedszkola pogłębiają dysproporcje, podstawówki uczą pod testy, a gimnazja są przeładowane – taki stan szkolnictwa nakreślili kuratorzy w specjalnych raportach….

Co nie działa? Kuratorzy wymieniają:

Nauczyciele wciąż uczą według starych schematów, nieprzystających do zreformowanej podstawy programowej.

Brakuje indywidualnych zajęć z uczniami, a także rozpoznawania ich specjalnych potrzeb.

W prowadzeniu lekcji szkoły nie wykorzystują narzędzi multimedialnych, choć są one już niemal powszechne.

Nauczyciele szufladkują, segregują i demotywują uczniów. To prowadzi do problemów wychowawczych w gimnazjum, a w liceum do małej aktywności młodzieży.

Problemy zaczynają się już w przedszkolu. ….

Z przeprowadzonych wśród uczniów ankiet wynika, że szkoła nie pomaga im w rozwijaniu zainteresowań. Nauczyciele nie odpowiadają na ich potrzeby, a także nie potrafią ich zmotywować do pracy. – To jeden z powodów, dla których w gimnazjach pojawia się przemoc – mówi Krystyna Łybacka, była minister edukacji.

W liceum ogólnokształcącym te same elementy negatywnie wpływają na aktywność uczniów. W nieoficjalnych rozmowach eksperci wskazują też, że winą za porażki edukacyjne szkoły starają się obciążać samych uczniów.