Publiczne szkoły wyższe nie będą mogły już prowadzić rekrutacji na wolne stanowiska pod konkretne osoby

Wykładowca znajdzie pracę przez internet

Dziennik Gazeta Prawna, 2011-08-18

Publiczne szkoły wyższe nie będą mogły już prowadzić rekrutacji na wolne stanowiska pod konkretne osoby. Od 1 października, aby zatrudnić nauczyciela akademickiego, będą przeprowadzać otwarte konkursy. Obecnie takiego obowiązku nie ma. Wprowadza go nowelizacja z 18 marca 2011 r. ustawy – Prawo o szkolnictwie wyższym (Dz.U. nr 84, poz. 455).

Są przypadki profesorów wykładających swój przedmiot na kilkunastu uczelniach.

Chcą podwyżek, straszą strajkiem

Dziennik Polski 22.02.2011,ANNA KOLET-1CIEK

 

Nowa ustawa co prawda ogranicza możliwość pracy na kilku etatach, ale całkowicie nic eliminuje tego zjawiska. Kiedy nowelizacja wejdzie w życie, wykładowcy będą mogli zatrudnić się tylko w jednym dodatkowym miejscu pracy. Będą musieli jednak uzyskać na to zgodę rektora macierzystej uczelni. Podjęcie lub kontynuowanie dodatkowego zatrudnienia bez takiej zgody ma stanowić podstawę do zwolnienia pracownika Ten zapis nic dotyczy

jednak wykładowców uczelni prywatnych.

Związkowcy z „Solidarności” chcą pójść o krok dalej. – Proponujemy wprowadzenie całkowitego zakazu odpłatnego uczenia w innych miejscach. Mogłoby to być powiązane z otrzymaniem podwyżki. Dostawałby ją ten wykładow­ca, który zadeklarowałby, że nie będzie uczył odpłatnie w żadnej innej uczelni – tłumaczy prof. Malec.

Jego zdaniem, tylko takie rozwiązanie pozwoli skończyć z patologiczną wieloetatowością na polskich uczelniach. Z, raportu „Szkolnictwo wyższe w Polsce – diagnoza”, przygotowanego przez firmę doradczą Ernst & Young oraz Instytut Badań nad Gospodarką Rynkową wynika, że 66 proc. profesorów jest zatrudnionych w wielu miejscach. Wieloetatowość występuje zwłaszcza na kierunkach pedagogicznych, społecznych, ekonomicznych oraz prawnych. Są przypadki profesorów wykładających swój przedmiot na kilkunastu uczelniach. W raporcie podkreślono, że zatrudnienie kadry w wielu uczelniach odbywa się kosztem działalności badawczej.



 

Mitologia i patologia wieloetatowości akademickiej

Mitologia i patologia wieloetatowości akademickiej

Wieloetatowość w polskim systemie akademickim jest zgodna z prawem i regulują ją zapisy ustawy. (USTAWA z dnia 27 lipca 2005 r. Prawo o szkolnictwie wyższym (Dz. U. z dnia 30 sierpnia 2005 r.)Art. 129. 1. Wykonywanie przez nauczyciela akademickiego dodatkowego zatrudnienia w ramach stosunku pracy u więcej niż jednego dodatkowego pracodawcy lub prowadzenie działalności gospodarczej łącznie z jednym dodatkowym zatrudnieniem w ramach stosunku pracy, bez uzyskania wcześniejszej zgody rektora, stanowi podstawę rozwiązania stosunku pracy za wypowiedzeniem w uczelni publicznej stanowiącej podstawowe miejsce pracy.

2. Podjęcie przez nauczyciela akademickiego, będącego organem jednoosobowym uczelni publicznej lub jego zastępcą, dodatkowego zatrudnienia w ramach stosunku pracy lub rozpoczęcie prowadzenia działalności gospodarczej wymaga wcześniejszego uzyskania zgody właściwego organu kolegialnego uczelni. Wykonywanie przez nauczyciela akademickiego będącego organem jednoosobowym uczelni lub jego zastępcą zatrudnienia w ramach stosunku pracy lub prowadzenie działalności gospodarczej bez zgody właściwego organu kolegialnego powoduje wygaśnięcie mandatu organu jednoosobowego uczelni publicznej lub jego zastępcy.)

Ustawa ta, przed 5 laty, była ‚reklamowana’ przez jej twórców i media, jako kończąca z wieloetatowością, ale przecież każdy może przeczytać, że tak nie jest.

Jaka jest skala tego zjawiska też dokładnie nie wiemy . Istnieje co prawda baza ludzi nauki, gdzie można znaleźć informacje na temat aktualnego (jak się podaje) zatrudnienia , ale chyba i dla Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego nie są to chyba dane w pełni wiarygodne/aktualne skoro Pani minister przeprowadziła akcję zbierania informacji o wieloetatowości. ( Profesor na dziewięciu etatach, Marcelina Szumer 2010-01-14 )

Wynik tej akcji też nie jest w pełni upubliczniony, ale niektóre media podały, że skala jest poważna, a są nawet podobno tacy rektorzy, którzy są zatrudnieni na 9 etatach. Warto przypomnieć, że przed uchwaleniem ustawy podawano przypadki zatrudnienia nawet na 17 etatach, więc jakiś postęp jest. Jest jednak wątpliwe, czy w takim tempie docelową jednoetatowość osiągniemy do końca tego wieku.

Autorzy Diagnozy stanu szkolnictwa wyższego podają, że aż 95% kadry szkół niepublicznych pracuje na więcej niż jednym etacie, a w szkołach publicznych 25 % . Okazuje się, że największa wieloetatowość występuje wśród profesorów ( 37% na dodatkowym etacie, 3% na 2 lub więcej etatach dodatkowych , 10 % własna działalność gospodarcza) , znacznie mniejsza wśród adiunktów – 12% na 1 dodatkowym etacie, 15% własna działalność gospodarcza, a znikoma wręcz wśród asystentów – 2% na 1 dodatkowym etacie a 11 % działalność gospodarcza .

Jest to patologia (mimo, że zgodna z prawem) i chyba wzięli to pod uwagę twórcy Strategii rozwoju szkolnictwa wyższego w Polsce do 2020 roku postulujący zatrudnienie pracowników naukowych co najwyżej na 1 ½ etatu, aby przybliżyć nasz system do standardów krajów bardziej naukowo rozwiniętych.

W dyskusjach nad wieletatowością akademicką zwykle powtarzają się 2 argumenty:

1. wieloetatowość jest w obecnej sytuacji zasadna ze względu na niskie zarobki kadr akademickich i można mówić o jej zniesieniu przy jednoczesnym znacznym podniesieniu płac pracowników akademickich

    2. wieloetatowość jest w obecnej sytuacji zasadna ze względu na braki kadrowe – wielokrotny wzrost liczby studentów przy niemal stałej liczbie kadry nauczającej, czyli likwidacja wieloetatowości to jednocześnie likwidacja wielu uczelni.

      Mimo pozornej zgodności tych argumentów ze stanem faktycznym jednak rozpatrzenie sprawy w szerszym, realnym ( a nie tylko retorycznym) kontekście, raczej może skłaniać do zaliczenia ich do sfery mitologii, a nie do rzeczywistości akademickiej.

      Argument finansowy jest słaby, gdyż nikt nie podaje jakie zarobki kadry akademickiej spowodują, że kadra ta ograniczy się do jednego etatu i zajmie się autentyczną pracą naukową i rzeczywistą pracą edukacyjną. Czy zdefiniowanie takiego pułapu jest w ogóle możliwe ?

      Dane autorów Strategii wskazują, ze wieletatowość jest zdecydowanie większa u profesorów nieźle zarabiających,  niż u adiunktów, nie mówiąc o asystentach, którzy zarabiają niewiele, są dopiero na życiowym dorobku ( mieszkanie, rodzina, ) a są zwykle tylko jednoetatowcami !

      Jednym słowem im kto więcej zarabia na nauce, tym bardziej jest skłonny zarabiać jeszcze więcej, a możliwość wieloetatowości wykorzystywana jest głównie przez gremia nieźle już sytuowane, gdy niskozarabiający, usytuowani niżej w hierarchii akademickiej,  mają widocznie problemy z podejmowaniem pracy na dodatkowym etacie i uciekają się do własnej działalności gospodarczej.

      Przegląd danych zawartych w bazie Nauka Polska – Ludzie nauki wskazuje, że wielu rektorów i dziekanów, także uczelni publicznych i to czołowych dorabia na uczelniach prywatnych.

      Można znaleźć takie przykłady zarówno na UJ, UW, AGH, czy Uniwersytecie Jana Kochanowskiego w Kielcach, a także na Akademii Ekonomicznej np. w Katowicach. Wielkość i jakość uczelni oraz ośrodek zdaje się nie mieć tu znaczenia. Prawo daje taką możliwość, więc kadra z tego korzysta.

      Rektor daje zgodę na zatrudnienie na drugim etacie, a sam dostaje także zgodę (od senatu) aby mógł sobie dorobić w podobny sposób. Układ jest czytelny. Ponieważ u nas rektor pochodzi z wyboru pracowników uczelni – ciekawe byłyby informacje czy na funkcję rektora wybrano choćby jednego rektora, który zapowiedział ( jeśli był taki co się odważył) , że skończy z zatrudnieniem kadry na dodatkowym etacie i zgody na takie zatrudnienie udzielać nie będzie ?

      Zarobki rektorów i dziekanów, zwykle na stanowiskach profesorskich, do niskich nie należą i zwykle przekraczają średnią krajową, nieraz kilkakrotnie, co nie tak często ma miejsce w innych krajach.

      Chyba więc dodatkowa praca nie wynika z biedy, tylko z chęci uzyskania jeszcze większych zarobków. Gdyby było inaczej to wieloetatowcami byliby przede wszystkim młodzi doktorzy kiepsko wynagradzani a ponadto zwykle jeszcze bez własnych mieszkań, z rodziną do wyżywienia itd. Ci rzeczywiście często klepią biedę.

      Fakt, że zarobki zasadnicze w ‚nauce’ są u nas za małe w porównaniu z krajami ‚zachodnimi’ i jest to problem, bo młoda kadra może podlegać drenażowi zagranicznemu. Na sprawę zarobków trzeba patrzeć globalnie.

      Z drugiej jednak strony wynagrodzenie nie jest skorelowane u nas z wydajnością, jakością pracy. Czasem jest to wynagrodzenie za pozoranctwo naukowe i fikcję edukacyjną, za co w ogóle wynagrodzenia być nie powinno. Na ten aspekt też trzeba patrzeć globalnie. Winno się płacić więcej, ale za pracę ( nie za etat) i zarobki, w zależności od wyników,  winny być znaczenie zróżnicowane.

      Warto tez zauważyć, że mimo oficjalnie niskich zarobków, uczelnie są atrakcyjne dla ‚upadłych’ polityków, a także dla dzieci i krewnych nauczycieli akademickich, klepiących jak słychać w mediach biedę na uczelniach.

      Nie jest zrozumiale, dlaczego obrotni na ogół politycy nie potrafią sobie znaleźć bardziej dochodowych, bardziej atrakcyjnych miejsc pracy, szczególnie jeśli nauka i dydaktyka nie jest ich pasją życiową.

      Nie jest też zrozumiałe dlaczego rodzice pracujący na uczelniach nie starają się namówić  swoje dzieci do starania się o lepszą pracę, tylko ściągają je, w ramach fikcyjnych konkursów, na uczelnie. Po to aby poszerzać obszar rodzinnej, akademickiej biedy ?

      Można słyszeć argumenty, że na etaty akademickie w ‚konkursach’ startuje zwykle tylko jeden kandydat, bo nikt za takie pieniądze nie chce pracować na uczelniach.

      Można się jednak przekonać, że gdyby znalazł się ktoś, kto gotów jest się zmierzyć w ‚konkursie’ o kiepsko finansowany etat – z krewnym czy znajomym profesora uczelnianego – żadnych szans nie ma ! – szczególnie wtedy, gdy ma kwalifikacje i dorobek przewyższający nie tylko kandydata na etat, ale także etatowych już pracowników !

      Niestety argumentujący o finansowej przyczynie braku kandydatów na etaty akademickie jakoś nie próbują organizować konkursów otwartych, autentycznych, opartych na kryteriach merytorycznych a nie genetyczno-towarzyskich. Obecne prawo tego nie wymaga, więc rekrutacja naukowców na biedne uczelnie odbywa się ‚po znajomości’ i zgodnie z kryteriami ‚chowu wsobnego’. Kto obcy, do klepania biedy nie zostanie dopuszczony !

      Argument kadrowy jest zupełnie nie do przyjęcia. To fakt, że kadry akademickie nie uległy należytemu zwiększeniu wobec zwiększenia ilości studentów, ale

      • to obecne kadry akademickie dbają o to aby nie następował wzrost ilości kadr akademickich, bo same są zainteresowane własną wieloetatowością

        Argument o niechęci do zatrudniania się na uczelniach (bo – proszę popatrzeć, że tylko 1 kandydat na ‚konkurs’ ! Gdy w USA i setki kandydatów) nijak się ma do rzeczywistości. Skoro ‚konkurs’ jest rozpisywany na wybranego kandydata (o czym wszyscy wiedzą), rzecz jasna nikt inny się nie zgłasza, bo to by naruszało ‚dobre obyczaje’. (a gdyby się zgłosił, to jego dalszy los i tych co by na niego głosowali, często nie jest do pozazdroszczenia).

        Najlepszym dowodem na zamknięcie obecnej korporacji akademickiej jest tworzenie barier , zarówno prawnych, jak i obyczajowych, dla naukowców z Polonii akademickiej, którzy by mogli, i czasem chcą, mimo kiepskich finansów, pracować na polskich uczelniach.

        Podobnie rzecz się ma z powrotami na uczelnie wyrejestrowanych z systemu akademickiego u schyłku PRL, czy z zatrudnianiem doświadczonych praktyków.

        To obecna korporacja – beneficjentów czystek akademickich u schyłku PRL i przez nich reprodukowanych młodszych następców – heroicznie broni się przed poszerzaniem kadr akademickich na drodze selekcji merytorycznej.

        Elementarnym obowiązkiem ‚profesorów’ jest wprowadzanie do systemu akademickiego nowych, kompetentnych kadr. Jak widać po stanie obecnym, korporacja akademicka z tego obowiązku nie zdała egzaminu – autonomicznie !

        Obecnie funkcjonująca patologiczna ustawa o szkolnictwie wyższym z 2005 r. nie została narzucona z zewnątrz. Została ona utworzona przez rektorów, przy wsparciu ówczesnego prezydenta, o co usilnie rektorzy zabiegali. Korporacja ta broniła się przed radykalnymi reformami, które by ograniczyły obecną patologie.

        Jednym słowem środowisko nie ma siły/nie ma ochoty aby patologiczną wieloetatowość ( i inne patologie) ograniczyć. Tylko otwarcie systemu na konkurencję, także zagraniczną, i prawne zlikwidowanie wieloetatowości, może uratować naukę w Polsce od dalszej zapaści.

        Józef Wieczorek