Carthaginem delendam esse – Robert Kościelny

 Rzecz o deprawacji środowiska akademickiego, pod uwagę rządzących i zamierzających rządzić.

Robert Kościelny

Carthaginem delendam esse

Na jednym z portali trafiłem na informację o patologii w służbach mundurowych. Chodziło mniej więcej o to, że „bramkarze” w jednej z knajp ostro potraktowali posła-pijaczka. I okazało się, że funkcję wykidajłów pełnili, po godzinach, BOR-owcy. Przez pewien czas wszystkie media w Polsce informowały sytych i szczęśliwych obywateli naszego kraju o tym wydarzeniu. Co oczywiście nie może budzić specjalnego zdziwienia. Wiadomo, że w państwie prawa, które powstało na bazie historycznego porozumienia ponad podziałami, czyli III RP, nie ma poważniejszych spraw nad roztrząsanie, który poseł i w jaki sposób łajdaczy się za nasze pieniądze i od kogo bierze później po twarzy.

Były szef BOR stwierdził: „sygnały dotyczące nielegalnego dorabiania funkcjonariuszy BOR czy innych służb mundurowych nie są nowe. Ten proceder trwa od wielu lat. To jest ogromny problem dla służb”.

Ludzie służby

Przypomniały się mi słowa innego, obecnie również byłego, szefa z pozoru jakżeż odmiennej instytucji państwowej – notabene przez służby (SB) współzakładanej – przewodniczącego CK, dotyczące patologii w zawiadywanych przez niego strukturach „niestety, w naszych polskich warunkach – i jest to znane zjawisko – istnieją tendencje wpływania na opinie recenzentów”. Chodzi o recenzentów CK, opiniujących wnioski o przyznawanie stopni naukowych. A polegają ona na tym, że „są telefony, żeby recenzent znalazł haka i napisał negatywną recenzję”. Okazuje się, iż rola słuchawki telefonicznej w polskim systemie awansu naukowego jest olbrzymia, a jej siła perswazji wielka. Z całości wywodu zawartego w rozmowie z przewodniczącym CK zamieszczonej w Sprawach Nauki (8/9 2007), wynika to jednoznacznie.

Co zrobił z wiedzą na temat patologii w służbach mundurowych ich szef? „Gdy docierały do mnie takie wiadomości, wszczynałem czynności zmierzające do weryfikacji tych doniesień. Gdy to się potwierdzało, wyciągane były daleko idące konsekwencje służbowe w stosunku do tych funkcjonariuszy. Takie osoby były karane, odebraniem dodatków, brakiem awansów, czy wręcz wydaleniem ze służby”.

Co zrobił przewodniczący CK? Nic! Tak przynajmniej wynika ze wspomnianego wywiadu, z którego zacytowano wypowiedź ówczesnego szefa CK. A jeżeli ktoś ma inne informacje na ten temat, jeżeli wie, iż profesor pogubił zęby na walce z takim patologiami, o jakich tu mowa, niech się swą wiedzą podzieli. Wówczas chętnie przeproszę pana profesora.

Bazując na wiedzy jaką mam, muszę stwierdzić jedno: już samo zestawienie tych dwu cytatów pokazuje jak zdeprawowane jest środowisko polskich akademików, a zwłaszcza decydentów. Szef służby ochrony rządu reagował, bo wiedział, (pomijając aspekt moralny), że za niewyciąganie konsekwencji i za brak woli walki z patologią muszą go spotkać konsekwencje za niedopatrzenie obowiązków służbowych. A może nawet podpadłby pod oskarżenie o „współudział po fakcie”?

Szef instytucji, którą służby ochrony PZPR i jej interesów w Polsce współtworzyły, nic nie robi. Wie, że jest absolutnie bezkarny. A to, z kolei, sprawia, że w swej niebotycznej pysze, mówi rzeczy tyleż prawdziwe co zupełnie skandaliczne, nie bojąc się konsekwencji. Bo niby co mu kto zrobi? A gdzie etyka i sumienie? O to taktownie nie zapytam.

Bez odpowiedzialności za czyny i słowa

Już siedem lat mija, jak do opinii publicznej przedostała się, z najbardziej wiarygodnego źródła jakie można sobie wyobrazić, wiedza o przestępstwach, jeśli nie w dosłownym to potocznym rozumienia tego słowa, popełnianych w państwowej instytucji, winnej, jak mało która, cieszyć się nieposzlakowaną opinią. I co? I śmo!

Najgorzej, że te wszystkie dziadki, które tyle nasmrodziły w systemie nauki, odpowiadają za jego wady, patologie, wręcz załamanie systemu, cynizm i służalczość ludzi nauki, dziś użalają się na odór czasów współczesnych; na niskiej jakości doktoraty, habilitacje, na profesorów, którym nikt będący przy zdrowych zmysłach nie powinien nadawać stopnia naukowego. Żadnego, nie mówiąc już o „dożywotniej” profesurze. Bo gdzieś znalazłem w sieci i taką opinię starego (a jakże!) akademika. Jedynym, dla nich, pocieszeniem jest to, że zdążyli usadzić na stołkach decydentów ludzi sobie podobnych. Mentalnych dresiarzy.

Jakże pasują tu słowa Pani Redaktor Wandy Zwinogrodzkiej: „Wskutek powojennej wymiany elit środowisko akademickie stopniowo zmieniło się w królestwo oportunizmu, tchórzostwa i szablonowych poglądów. W takim świecie ruch myśli zamiera. Nic dziwnego, że udział polskiej nauki w dorobku światowym jest śladowy, a polskie uczelnie wloką się w ogonie międzynarodowych rankingów. Na gruncie moralnej mizerii trudno o intelektualny urodzaj. Zdeprawowany umysł wikła się w sprzecznościach samousprawiedliwień, umyka przed odpowiedzialnością za słowo. Konformizm przynosi uczonym doraźne korzyści, ale nauce – wymierne straty”.

Z jednym się zgodzić nie mogę. Bo czy kto widział akademickiego decydenta, który się samousprawiedliwiał? Oni nie widzą w sobie winy: robią to co przez całe swoje zakłamane życie – oskarżają innych.

Ten system ma autorów

Środowisko dziennikarzy oburza fakt cenzury stosowanej w polskich mediach. Pani Ewa Stankiewicz, przewodnicząca Solidarnych 2010 , przypominała słusznie, że „Ten system ma swoich autorów”. System nauki ma również swych autorów. Znanych z imienia i nazwiska. Jak już kiedyś pisałem, akurat w tym wypadku, fakt, iż był/jest tak scentralizowany ma swoją dobrą stronę. I że decydenci pełnili swe funkcje najczęściej przez lata, a nawet dziesięciolecia, także ma swój plus. Podobnie jak ich przekonanie o bezkarności. Wiele przewał, zwłaszcza dotyczących śmieciowych recenzji: na plus czy minus, robionych było/jest otwarcie.

Tak więc wystarczy wola polityczna, aby w tej stajni Augiasza zrobić porządek. Od czego należy zacząć? Też już o tym wspominałem – od autorów śmieciowych recenzji oraz ludzi weryfikujących kadry w stanie wojennym. Tu są twarde dowody – pokrzywdzeni przez dresiarzy poprzebieranych za naukowców, mają chyba w domowych archiwach śmieciowe recenzje? A jeżeli nie to winny być w archiwach CK. A jeżeli i tam ich nie ma to wtedy, tym gorzej dla decydentów. Przeczyszczenie powinno być radykalne, bolesne, ale krótkie. Bo inaczej zrobi się z tego biegunka, również legislacyjna. Później pozostanie tylko wietrzenie, po tych, excusez le mot, zafajdańcach. Bez tego, żadnych rzeczywistych zmian nie będzie.

Pytania naiwne (?)

Czy naprawdę tak trudno sobie wyobrazić, że w Polsce może jednak zmienić się coś na lepsze? Że polska nauka może się rozwijać bez tych wszystkich komisji, komitetów, rad, ram, systemów? Tych narośli będących żerowiskiem dla różnych podleców? Bez tych obłudników gomułkowsko-gierkowskiego miotu? I pozostawionych przez nich, niczym pocałunek Almanzora, następców? W najlepszym wypadku, europejskich średniaków, najczęściej jednak przeciętniaków, a czasami, po prostu: miernot. Agresywnych, w dodatku.

Czyżby pomysł, żeby z tymi, którzy krzywdzili, łamali kariery, wyrzucali z pracy za bezdurno, postąpić dokładnie tak jak na to zasłużyli, jakby zrobiono to z nimi w każdym przeciętnie cywilizowanym kraju, miał być snem idioty śnionym nieprzytomnie?

Przypomnijmy co dzielny oficer robił z funkcjonariuszami, którzy dopuszczali się czynów nagannych, a przecież poza tym, mogli to być dobrzy, a nawet bardzo dobrzy, specjaliści w swym fachu: „Takie osoby były karane, odebraniem dodatków, brakiem awansów, czy wręcz wydaleniem ze służby”.

Dla ludzi, którzy stworzyli patologiczny system, są jego beneficjentami i kontynuatorami, nie może być miejsca w środowisku akademickim. Niezależnie ile mają cytowań i gdzie, kogo znają, kogo mają zamiar poznać i gdzie już zdołali się zapisać albo załapać (np. do partii antysystemowej). Bo dla kraju i środowiska naukowego nic z tego nie wynika i wynikać nie będzie. Natomiast ich nieobecność w środowisku, może wzbudzić wiele dobrego.

Tylko, żeby doszło do zmian trzeba politycznej woli, a o nią z kolei trzeba się samemu postarać, bo na posłów antysystemowych liczyć nie można. Zresztą – jacy tam oni antysystemowi! Kto nie wierzy niech wejdzie na stronę sejmu i wyszuka tych „antysystemowych” przedstawicieli narodu, zasiadających w podkomisji ds. nauki i szkolnictwa wyższego. Tam też znajdzie ich wypowiedzi. Jeżeli któraś z nich piętnuje to, o czym jest mowa na stronie NFA to proszę o informację. Choć jestem pewien, że takiej nie otrzymam, bo trudno informować o czymś co nie miało i nie ma miejsca.

Jedni piszą to, drudzy robią tamto, a trzeci myślą owamto

Dziwne to wszystko, bo gdy człowiek zapozna się z tym co publicyści, trzeźwo oceniający stan interesującego nas środowiska, piszą o akademikach i mechanizmach awansu naukowego, to widzi, że tenor tych wypowiedzi nie odbiega od cytowanych wyżej słów Wandy Zwinogrodzkiej. Wielu z nich sympatyzuje z PiS-em, albo wręcz – wywodzi się, z tego środowiska. I co ? I nic. Nic z tego nie wynika. Bo jak przyjdzie co do czego, to mamy wypowiedzi panów posłów z PiS, nieróżniące się niczym od wypowiedzi tych, którzy uważają, że III RP to najlepsze co wydarzyło się nam w ciągu ostatniego tysiąca lat.

Albo mamy program PiS-u, a w nim zapowiedź takich „rewolucyjnych” zmian, jak odejście od systemu bolońskiego, zamiast dwustopniowych studiów, powrót do systemu pięcioletniego. „Bezpłatny” drugi kierunek studiów. No dobrze, ale czy partię antysystemową stać tylko na tyle, żeby tworząc taką górę zarzutów wobec postpeerelowskiej rzeczywistości, zrodzić w rezultacie jedynie mysz? Bo przecież zmiany jakie obiecują w systemie akademickim pisowscy doradcy i eksperci, to w gruncie rzeczy powrót do … Peerelu. Wtedy nie było, ani systemu bolońskiego, ani dwustopniowych studiów. A za drugi kierunek się nie płaciło. Rzeczywiście, jest w czym i kim pokładać nadzieję na lepsze jutro!

Ciekawe czy Prezes o tym wie?

Podczas wystąpienia przed Pałacem Prezydenckim w pierwszą rocznicę katastrofy smoleńskiej, 10 kwietnia 2011 r. Jarosław Kaczyński powiedział, jaka według niego i jego formacji powinna być Polska:Po pierwsze, musi to być Polska sprawiedliwa. Polska życzliwa, życzliwa jako państwo dla swoich obywateli. Musi zwracać się ku najsłabszym, ku tym, którym źle. Musi potrafić wyciągnąć do nich rękę”.

Ciekawe czy Pan Prezes wie do kogo wyciągają rękę jego posłowie? No i po co? jeden z nich np. po socjał z kasy sejmu. Czyje interesy zdają się tam reprezentować: czy wspólnotę, a zwłaszcza tych „którym źle” czy kolesiów i akademicką sitwę?

 

Niszczenie kreatywności. O wynagrodzeniu profesora i ograniczeniu uprawnień doktora habilitowanego

Roman Maciej Kalina

Niszczenie kreatywności.

O wynagrodzeniu profesora i ograniczeniu uprawnień doktora habilitowanego

Kreatywność – (postawa twórcza; od łac.creatus czyli twórczy), to proces umysłowy pociągający za sobą powstawanie nowych idei, koncepcji, lub nowych skojarzeń, powiązań z istniejącymi już ideami i koncepcjami (…) Alternatywna, bardziej codzienna definicja kreatywności mówi, że jest to po prostu zdolność tworzenia czegoś nowego (tyle Wikipedia).

Dla naszych celów definicja alternatywna wystarczy i jest wygodna, jednakże po przyjęciu założenia o dodatniej konotacji słowa „tworzenie”. Nie wchodzi więc w rachubę rozumienie tworzenia jako synonimu „zrobienia czegokolwiek, czego przedtem nie było”. Tworzenie, to zatem spowodowanie powstania czegoś, co ma służyć utrzymaniu lub poszerzaniu Dobra. Zaś twórca to inaczej kreator.

Kreatywności, czyli postawy twórczej w przyjętym tu rozumieniu, nie sposób przypisać jednej lub kilku zaledwie grupom zawodowym. Przeciwnie, świadomi eskalacji Zła na wszystkich poziomach relacji interpersonalnych i relacji człowieka z otoczeniem pozapodmiotowym, za kreatywnego uznamy każdego człowieka rzeczywiście dobrego. Dobrym – najkrócej – jest ten, kto realizuje naczelne kryteria wartości.

Pojęcie „kreatywność” pojawia się w zasadniczych kontekstach uzasadniania misji współczesnej nauki: rozwoju kadr naukowych, powiązań nauki z gospodarką, ewaluacji nauki etc. Kreatywność jest podstawą innowacyjności – tak stanowczo eksponowanej w dyrektywach Unii Europejskiej. Nauka, gospodarka, innowacyjność, kreatywność, to słowa kluczowe retoryki agend rządowych Rzeczypospolitej, kiedy mowa o postępie (rzadziej o rozwoju) i dobrobycie. Najbardziej elementarną konkluzję sprowadzimy do stwierdzenia – próżno oczekiwać rozwoju i dobrobytu bez kreatywności.

Bądźmy przy tym precyzyjni: w pojęciu „rozwój” zawiera się zawsze jakiś postęp, ale nie odwrotnie – nie każdy postęp jest rozwojem.

W Polsce formalnym potwierdzeniem kreatywności na najwyższym poziomie jest tytuł bądź profesora danej dziedziny (dyscypliny) nauki, bądź profesora sztuki. Należałoby oczekiwać, że w tych profesjach podstawowym warunkiem awansu są dzieła będące świadectwem ponadprzeciętnej kreatywności. Jeżeli uznamy, że w społeczeństwie rynkowym takie są oczekiwania wobec twórców, to kreator o formalnie najwyższych kwalifikacjach powinien doświadczać także satysfakcji materialnej, adekwatnej do poszerzania rozwoju i dobrobytu. Status profesora utożsamiany z elementarnymi kategoriami ładu społecznego (sprawiedliwością, uzasadnionym prestiżem, zasłużonym awansem, godziwym wynagrodzeniem) powinien motywować najzdolniejszą młodzież do takiego modelu kariery. Jeżeli jest inaczej, to stoimy na krawędzi niestabilności graniczącej z absurdem – profesorowie mają marginalny wpływ na rozwój i dobrobyt i dlatego nie zasługują na godziwe i oparte na kryteriach sprawiedliwości wynagrodzenie (???).

Łatwo dowieść, że do tak z pozoru absurdalnego wniosku dojdzie każdy, kto potrafi skojarzyć kilka podstawowych faktów. To właśnie te fakty dowodzą, że uprawnione jest przypisanie tak sformułowanemu wnioskowi pozorną absurdalność. Skoro tak, to implikacje wykraczają poza kąśliwą publicystykę kojarzoną z katharsis niepokornych autorów (wrażliwych na nieprawości i marnotrawstwo) i tych, którzy ich teksty czytają ze zrozumieniem.

Niszczenie kreatywności polskich uczonych (przyjmijmy, że jest to osoba posiadająca co najmniej stopień naukowy doktora) rozpoczęło się po 1989 roku, kiedy został uwolniony prymat państwa w obszarze kształcenia na poziomie wyższym. Możliwość wielokrotnego zatrudnienia uczonych wydatnie przyczyniła się do powstania wielu szkół niepublicznych i państwowych wyższych szkół zawodowych, a także przekształcenia różnego typu szkół wyższych bądź w regionalne uniwersytety, bądź „uniwersytety przymiotnikowe”. W konsekwencji zwielokrotniła się liczba studentów. Kolejne rządy aprobowały wieloetatowość nauczycieli akademickich, albowiem wydłużenie okresu kształcenia młodzieży po maturze jest jakimś sposobem przeciwdziałania bezrobociu. Skutki rozczarowania przeżywają najdotkliwiej nie ci, którzy rządzą (jakoś nie widać reakcji sumieniowych), ale magistrowie „na zmywaku” i plantacjach.

Praktyka bezlitośnie obnażyła to, co politolog nazwałby krótkowzrocznością takiej polityki,zaś prakseolog – działaniem przeciwskutecznym (przeciwskutecznie działa ten, kto zamiast celu osiąga jego negację). Czas wybudowania kampusu akademickiego jest dziś znacznie krótszy, aniżeli okres upływający od momentu obrony pracy doktorskiej, do uzyskania samodzielności naukowej, czyli stopnia doktora habilitowanego, a co dopiero tytułu profesora. Szlif akademicki wymaga czasu. Czym kandydat bardziej wgłębia się w zagadnienia szczegółowe, tym większa konieczność równoległego studiowania logiki, metodologii nauk i etyki, a gdy jego zainteresowania badawcze nie dotyczą obszarów wiedzy nauk humanistycznych i nauk społecznych, nieodzowna jest dbałość o wypełnienie także tymi treściami edukacji ustawicznej. Odwrotność nie jest tak jednoznaczna. Trudniej humanistom zgłębiać matematykę, medycynę etc. Stąd ważna, lecz niedoceniana część misji uczonych – popularyzowanie wiedzy (!). Do tego nie wystarczą poczucie misji i talent. Potrzebny jest czas, a wybór trudny – napisać dzieło popularnonaukowe, które formalnie nie przekłada się na punkty świadczące o dorobku naukowym (kwestię honorarium, czyli opłacalności takiego wysiłku, przemilczam), czy podjąć drugi etat w szkole wyższej.

Obecny model studiów trzeciego stopnia (doktoranckich) nie sprawdza się. Na mozolnej drodze rozwoju naukowego młodych kadr nic nie zastąpi relacji Mistrz – uczeń. Jeden i drugi potrzebują jednak czasu i poczucia bezpieczeństwa ekonomicznego. Inaczej nie wypełnią swej społecznej misji. W czasach epatowania nas dobrobytem i postępem (kojarzonym przez wielu, którzy ulegają magii reklam, z wymianą nowych gadżetów na coraz nowsze) kierownicy życia publicznego nie potrafią zadbać o zrównoważony rozwój. Rozwój nie toleruje pośpiechu, zaś brak środków na godne życie jest najkrótszą drogą do ubóstwa. Mędrcom to nie przeszkadza. Jak zawsze, skupieni na rozwoju wewnętrznym, jedni chronią się w zaciszu klasztorów, inni potrafią osiągnąć ten stan nawet w najbardziej gwarnym blokowisku. Współczesny mędrzec o rozbudzonym instynkcie społecznym (czyt. kreatywny nauczyciel akademicki wiodący szczęśliwe życie rodzinne) potrzebuje środków, by zapewnić godny byt rodzinie i pokonać niekiedy setki kilometrów, by dotrzeć do łaknących wiedzy w dwóch uczelniach. Ilu jej łaknie (???) – odsyłam do tekstu w NFA Zdrowie na sprzedaż…).

Pomysł limitowanych „Diamentowych Grantów” dla geniuszy z licencjatem wprawdzie nie jest wart poważnej debaty, ale jest wdrożony. To nie może być skuteczna metoda zmniejszania dysproporcji między przyrostem liczby studentów i niedoborem nauczycieli akademickich, zwłaszcza o najwyższych kwalifikacjach. Tym bardziej racjonalnym zaczynem kariery akademickiej.

Doktorat po licencjacie, zniesienie habilitacji, po co tytuł profesora (?), to najgłówniejsze z populistycznych haseł ostatniego piętnastolecia. Znamienne, że pomysłodawcą pierwszego (przedwczesnego doktoratu) jest strona rządowa. Pozostałych – grupy interesów nauczycieli akademickich.

Czas na dwie kwestie zasadnicze. Wydobycie kilku, niekoniecznie najważniejszych przyczyn, które są impulsem generowania tego rodzaju postulatów. Sformułowanie najważniejszych implikacji, które wykażą z jednej strony możliwość pogrążenia kreatywności (uzasadniona jest obawa, że w wspólnocie pragmatycznych uczonych kreatywność będzie niebawem czymś wstydliwym), z drugiej – że kreatywność można uczynić skutecznym środkiem przezwyciężenia kryzysu w nauce i w szkolnictwie wyższym.

Wszystkie przykłady (choćby jednostkowe) dotyczące przyczyn i skutków, do których odsyłam niżej, zweryfikowałem empirycznie. Wyraźnie zastrzegam przy tym, że uwagi krytyczne nie dotyczą tych samodzielnych pracowników nauki, którzy niezmiennie pozostają wierni ideałom nauki, dla których kolejne stopnie naukowe i tytuł profesora (nauki lub sztuki) to tylko etapy rozwoju (cele pośrednie) – nigdy cele główne. Nie dotyczą kreatywnych nauczycieli akademickich, gdyż tym wiek i inne okoliczności bynajmniej nie przeszkadzają w kontynuowaniu twórczej pasji i poszerzaniu Dobra. Co więcej. Nie dotyczą tych, którzy za kreatywność doświadczyli różnych nieprzyjemności.

Pokoleniu profesorów, którzy w latach dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku kończyli 70 lat, a doktorów habilitowanych 65, jeszcze przed przejściem na emeryturę otworzyła się możliwość zatrudnienia na wielu etatach. Niejeden korzystający z tej możliwości nie miał wewnętrznego oporu pobierania uposażenia (w szkołach prywatnych często w wysokości uwłaczającej kwalifikacjom) tylko dlatego, że deklarował swe uprawnienia, by jednostka uczelni mogła kształcić na danym kierunku studiów. Nie przypuszczam, że nie mieli świadomości, że legalizują sytuację, w której największy udział w edukacji licencjatów mają magistrowie i doktorzy, których niejednokrotnie jedynym udokumentowanym dorobkiem naukowym była (być może nadal jest) praca promocyjna. Po wielu latach ustawodawca obwarował zaliczenie do minimum kadrowego tych, którzy prowadzą 60 godzin zajęć. Dopiero w 2011 roku zostało ograniczone zatrudnienie do dwóch pracodawców.

Nihil novi – kupczenie dyplomami szkół wyższych, których absolwenci w minimalnym stopniu obcują z uczonymi o najwyższych kwalifikacjach trwa nadal(!). Zelżały natomiast ataki doktorów przeciwnych habilitacji, a doktorów habilitowanych podważających sens tytułu profesora. Wsparci prawem umocnili bowiem swą pozycję i możliwości wpływania na własne wynagrodzenie bez konieczności udokumentowania kreatywności. A profesorowie? Zostali upokorzeni w stopniu jeszcze wyższym i poddani pogłębionej demoralizacji.

Po kolei – kilka przykładów. Przejście na emeryturę profesora było momentem wyjęcia z sejfu manuskryptu habilitacji (złożonego dwa lata wcześniej) potencjalnego następcy (1999). Kiedy w tej samej uczelni podwładny innego uczonego uzyskał w wieku 42 lat habilitację (2003) do uczonego dotarł zarzut: jak mógł dopuścić do tej promocji oraz, że: wychodzi przed szereg, albowiem na 4 (słownie: czterech) wypromowanych w wydziale doktorów, jego stanowili 50%. Kiedy dla wydziału innej uczelni, w której był zatrudniony, wypromował 1/3 doktorów zaliczonych do minimum kadrowego, jego udział w kształceniu został natychmiast zredukowany do 2,45% ogólnej liczby godzin dydaktycznych (2005/2006). Wcześniej, przez większość semestrów miał bezpośredni wpływ na edukowanie studentów. Pragmatyczni uczeni z jego podstawowego miejsca zatrudnienia dobrze wiedzieli, co mówią. Jemu pozostała rola mało praktycznego idealisty.

Najbardziej twarde argumenty mają związek z regulacją płac w szkolnictwie wyższym (2003-2004). Rząd przekazał środki pozostawiając władzom uczelni kryteria ich dystrybucji. W wielowydziałowej uczelni „branżowej” z oporem środowiska wdrożono zasadę wiązania wynagrodzenia z kreatywnością mierzoną osiągnięciami naukowymi, dydaktycznymi i organizacyjnymi. Te trzy czynniki są ustawowymi kryteriami okresowej oceny nauczycieli akademickich kwalifikowanych do grupy naukowo-dydaktycznych. To ważne wdrożenie ujawniło możliwość zręcznego wpływania na własne wynagrodzenie z pominięciem osiągnięć świadczących o pełnej przydatności akademickiej (naukowej, dydaktycznej, organizacyjnej).

Liderami maksymalnego wynagrodzenia byli tylko nauczyciele akademiccy pełniący w przeszłości lub aktualnie funkcje kierownicze – od stanowiska prodziekana. Tę grupę wśród samodzielnych pracowników nauki reprezentowało 24%, a kolejnych 11% wynagrodzenie przekraczało 95% maksymalnej stawki. Liderzy obu kwalifikacji (maksymalnego wynagrodzenia i osiągnięć akademickich) – jeden ogółu osiągnięć, drugi osiągnięć naukowych pełnili jedne z najwyższych funkcji w uczelni. To dowód, że łączenie odpowiedzialności kierowniczej nie stoi w sprzeczności z kreatywnością w obszarach nauki i dydaktyki. Osiągnięcia naukowe pozostałych uczonych maksymalnie wynagradzanych zawierały się już w przedziale 11% do 56% (średnia kreatywność 38%). Wskaźnik kreatywności ogółu osiągnięć był w tej grupie zdecydowanie niższy. Wynagrodzenie najbardziej kreatywnych uczonych (średni wskaźnik kreatywności 92%), lecz nie pełniących funkcji (miejsca 2 – 5 w rankingu osiągnięć naukowych) zawierało się od 63% do 87% stawki maksymalnej (średnia 77%).

Słyszałem deklarację młodego akademika: jak najszybciej habilitacja, a potem władza. Nie wierzę w odosobniony przypadek. Niedawno w postępowaniu uczonego, który zaledwie kilkanaście miesięcy wcześniej przebrnął kolokwium habilitacyjne, trudno było dopatrzeć się, że kandydowanie na stanowisko prorektora ds. nauki wielowydziałowej uczelni, jest konsekwencją presji środowiska, by właśnie on tę funkcję pełnił. Dorobek naukowy kandydata nie świadczył, że jest liderem tej wspólnoty akademickiej – więc co?

Nie dziwią mnie takie zachowania na tle przytoczonej już argumentacji. Zdeterminowany pragmatyk, świadom tych uwarunkowań, za pewniejszy od trudu budowania własnej kariery akademickiej na zdefiniowanych tu kryteriach kreatywności przyjmuje następujący model: habilitacja w 40 roku życia (14% naukowców habilituje się przed 40 rokiem życia) – dwie kadencje jako dziekan (48 lat) – dwie jako prorektor (56 lat) – dwie jako rektor (64 lat). Kolejność stanowisk nie jest najistotniejsza w karierze obliczonej na ćwierć wieku. Istota tkwi w metodzie – tytuł profesora nie jest potrzebny (niech więc sobie pozostanie), skoro habilitacja gwarantuje najważniejsze uprawnienia akademickie.

Ponownie podkreślam, że nie twierdzę bynajmniej, iż ten model jest powszechnie akceptowany przez doktorów habilitowanych. Znam wielu skupionych na rozwoju. Ponieważ władza jest pociągająca a twarde prawa ekonomii uwodzą na inne sposoby, więc brak gwarancji, że grupa najbardziej zagorzałych kreatorów nie zacznie się radykalnie zmniejszać.

Profesor ma w Polsce prawo pracować do 70 roku życia, być recenzentem w postępowaniu promocyjnym kandydata do tytułu profesora, być wybranym na członka Centralnej Komisji ds. Stopni i Tytułów i to w zasadzie wszystko, co różni go uprawnieniami od doktora habilitowanego.

W tym miejscu trudno wyrazić mi większą satysfakcję z tego, że część moich wcześniejszych postulatów znalazło odwzorowanie w ostatnich modyfikacjach prawa reformującego polską naukę i szkolnictwo wyższe. Odsyłam do eseju: Jak uprościć awans naukowy, cz. II (Forum Akademickie, 05/ 2008).

Zacytuję fragment dotyczący postulatów, które zbagatelizowano: Miesięczna stawka wynagrodzenia zasadniczego nauczyciela akademickiego powinna być wyłącznie i ściśle skorelowana z jego osiągnięciami naukowymi i dydaktycznymi (!). Aktywność organizacyjna (…) powinna się przekładać (…) na wysokie dodatki funkcyjne (…) Rozdzielenie tych elementów w strukturze wynagrodzeń nauczycieli akademickich umożliwi z jednej strony ograniczenie działań degradujących naukę i status nauczyciela akademickiego, z drugiej – stymulowanie rozwoju naukowego kadry i uczelni, innowacyjności i postaw kreatywnych. Owe ograniczenia łączę m.in. z rezygnacją z ubiegania się o wysokie funkcje choćby przez część tych osób, dla których jest to główna sposobność zwiększenia wynagrodzenia zasadniczego (…) Skoro państwo dotuje wyższe uczelnie i ustaliło stawki wynagrodzenia w szerokich przedziałach (…), to powinno mieć realny wpływ na strukturę wynagrodzeń w poszczególnych uczelniach publicznych, a więc prawo do kontroli, ale także obowiązek dotacji adekwatnej do potencjału naukowo-dydaktycznego nauczycieli akademickich (…) Przykład: jeżeli rozstęp wynagrodzenia adiunkta (doktora) wynosi 2210 zł, a ustalony okres na obronę habilitacji po doktoracie statut uczelni ustala na 10 lat, to przy jasnych kryteriach awansowych co roku (…) wynagrodzenie zasadnicze adiunkta powinno zwiększać się o 221 zł.

Zadziwia mnie swoista nonszalancja stanowiących prawo. Czy tak trudnym jest wyprowadzenie elementarnych implikacji z zapisów, które – co widać gołym okiem – mają decydujący wpływ na rozwój. Rozwój jest rdzeniem misji nauki i kształcenia na poziomie wyższym. Złe prawo demoralizuje. Demoralizacja generuje różne patologie. Nawarstwianie patologii prowadzi do degeneracji – ta jest przeciwieństwem rozwoju. Jeden z moich Wielkich Nauczycieli mówił: człowiek nie jest ani dobry, ani zły, człowiek w jednych okolicznościach jest dobry, w innych skłonny do zła.

Prawo, dotyczące poruszanych tu kwestii, nie sprzyja poszerzaniu Dobra. Przeciwnie. Otwiera możliwości demoralizowania nawet najbardziej nieugiętych. Ostatnia regulacja wynagrodzeń nauczycieli akademickich demoralizuje – chcąc nie chcąc – tych, którzy nie dali świadectwa kreatywności co najmniej od 2004 roku, wielu od zatrudnienia jeszcze w poprzednim wieku. Doktorowi, starszemu wykładowcy z taką reputacją, państwo gwarantuje w tym roku zasadnicze wynagrodzenie 2325 zł. Państwo, dbając o jego status „nietykalności” za brak kreatywności i zwiększając co roku dotacje, w styczniu 2015 podwyższy mu wynagrodzenie ostatecznie do 3025 zł. Widać państwo ma poczucie impasu, skoro wyżej ceni magistra z 15-letnim stażem, nauczyciela dyplomowanego w szkole nie wyższej, gwarantując mu od września tego roku wynagrodzenie 5000,38 zł. Nie na tym koniec. Państwo nauczyciela dyplomowanego wyżej ceni od profesora zwyczajnego (4145 zł). Profesor za trzy lata (2015) ma szansę przewyższyć go wynagrodzeniem (5390 zł). „Ma szansę” – to nie jest przejęzyczenie. Profesor nie strajkuje. Profesora się upokarza. Jaką podwyżkę wywalczą do tego czasu nauczyciele – trudno dziś przewidzieć.

Jeszcze dwie implikacje są nader istotne. Jeżeli w roku 2015 profesor przejdzie na emeryturę (70 lat), to tak czy inaczej doczeka gratyfikacji za akademicką kreatywność (choćby po uzyskaniu tytułu zredukował ją do minimum) – dwa gwarantowane zatrudnienia po 5390 zł plus emerytura i tylko po 60 godzin zajęć w dwóch uczelniach. Jeżeli kreatywny, 40-letni doktor habilitowany jest świadomy takiej perspektywy, to kiedy zrealizuje model zrównoważonego pragmatyka, w 70 roku życia pewnie będzie cieszył się dobrobytem i ustawicznie rozwijał z pożytkiem dla siebie, rodziny, nauki i wspólnoty akademickiej, która jego liderowanie aprobowała i wspierała.

Kierując się prakseologiczną zasadą „pomagania przez przeszkadzanie”, by doktorom habilitowanym o takiej mentalności ułatwić warunki rozwijania się, a skrajnie zdeterminowanym pragmatykom utrudnić ekspansję władzy, należy rychło ograniczyć prawo nie posiadającym tytułu profesora do reelekcji na okres do uzyskania tego awansu.

To pierwszy postulat. Realny i kreatywny. Drugi jest rozwinięciem tego, co wyartykułowałem w części pierwszej cytowanego eseju (FA 04/2008): zlikwidowanie w szkolnictwie wyższym stanowisk wykładowców i starszych wykładowców, albowiem brak obowiązku udokumentowania przez nich efektów badań naukowych jest bodaj najsilniejszym z czynników degradujących status nauczyciela akademickiego. Trzeci jest skorygowanym wnioskiem, którego fragmenty cytuję wyżej: wprowadzenie „sztywnych” progów wynagrodzenia zasadniczego (w miejsce tzw. widełek), okresowo korygowanego, dla poszczególnych stanowisk nauczycieli akademickich uniemożliwi zwiększanie wynagrodzenia w sposób uznaniowy. Drugą składową wynagrodzenia powinien być dodatek za kreatywność, ustalany według jednolitych kryteriów opartych na ewaluacji osiągnięć twórczych (naukowych – w tym uwzględniających popularyzowanie wiedzy – oraz dydaktycznych) w cyklach rocznych. Kto, przykładowo, opublikuje w danym roku kilka prac w Science, w kolejnym roku zapewni sobie wzrost wynagrodzenia nawet o kilkaset procent. Za brak kreatywności w roku następnym będzie miał gwarantowaną stawkę wynagrodzenia dla zajmowanego stanowiska. Trzecią składową wynagrodzenia – dodatek za pełnioną funkcję.

Stronię od frazeologii kiepskiego dziennikarstwa i obrażania innych. Proszę mi wybaczyć, że w kontekście sensu przedostatniego zdania kończącego powyższy akapit stwierdzę: każdy, ale na własne życzenie, będzie mógł poczuć się jak miernota, której państwo funduje stypendium za lenistwo na poziomie wyższym. Jeżeli udało mi się zawstydzić choć jednego, cel osiągnięty. Gdyby tym jedynym był choć jeden z rządzących – brak mi słów.

Jeżeli ta argumentacja i konkretne liczby nie przemawiają i nie rokują koniecznych zmian, to jako patriota nie rekomenduję kreatywnym nauczycielom akademickim emigracji. Pod rozwagę stawiam natomiast możliwość samo zatrudnienia w sferze edukacji lub innej. Nauczycieli akademickich o najwyższych kwalifikacjach zachęcam do zadeklarowania uprawnień do kształcenia na danym kierunku tylko w jednej uczelni, która spełnia najwyższe standardy akademickie i która jest otwarta na wdrażanie autorskich programów (wyłanianych w rzetelnych konkursach), a twórcom tych programów zapewni nadgodziny godziwie opłacane.

Młodszym, z doktoratami, by zatrudniali się w szkołach nie wyższych. Rychło osiągną status nauczyciela dyplomowanego. Póki co, prawo nie zabrania, by w weekend pracowali w szkole wyższej. Skutek może być zadziwiający – zwiększony poziom nauczania w szkołach nie wyższych; naturalna redukcja liczby szkół wyższych, przez zmniejszenie liczby nauczycieli akademickich; ograniczenie naboru do szkół wyższych młodzieży, dla której studia są zbyt trudnym wyzwaniem. O wykształconego Polaka będą zabiegać pracodawcy całej rzeczywistości globalnej.

Jednostki naukowe, które funkcjonują w oparciu o demokratycznie obieralne władze, nie uleczą się same z choroby.

 

Stan letalny nauki w Polsce 

Mariusz-Orion Jędrysek , Nasz Dziennik, 10-11 września 2011

…..wielkie marnotrawstwo ma miejsce głównie dlatego, że o dystrybucji środków finansowych decydują osoby należące do marnej naukowo, ale niestety liczebnie dominującej większości

…..najgorszy i najlepszy naukowiec mają zwykle takie same dochody – przy czym często ten najlepszy oceniany jest przez gorszych, którzy decydują o przyznaniu finansowania. Najlepszy, nie mając pieniędzy, a mimo to ciągnąc własną jednostkę w rankingach do góry, staje się wrogiem zawistnej większości (a jakże – to też dotyczy uczelni, bo tu się skupiają ludzie pracujący dla spełnienia naturalnych ambicji). W tej sytuacji kuszeni otwartymi granicami i dużymi pieniędzmi ze smutkiem, ale często już bez żalu, opuszczają Ojczyznę i wyjeżdżają najpierw na rok czy dwa, a potem na stałe. Bez natychmiastowej gruntownej reformy organizacji nauki, a następnie szybkiego zwielokrotnienia finansowania będzie następować nieodwracalna tendencja obniżania poziomu naukowego i edukacji w Polsce.   

Aspekty polityczne… niestety
Bolszewicki system zatrudniania na uczelniach i w jednostkach naukowych w latach 1945-1989 polegał na zastosowaniu trzech głównych kryteriów: wierności systemowi i władzy (w najlepszym wypadku nieszkodliwości i oportunizmu), koneksji/nepotyzmu oraz wyjątkowych uzdolnień. Połączenie tych trzech cech w jednym kandydacie na naukowca było niezwykle rzadkie. W związku z powyższym na uczelniach i w jednostkach naukowych zatrudniano w dużym stopniu mizerotę intelektualną. Każdy z nowo zatrudnionych w miarę rozwoju kariery promował – i nadal niestety promuje – utytułowanych pracowników naukowych, niemających pojęcia, na czym polegają badania naukowe, niewiedzących, co się dzieje na świecie w jego dziedzinie….

Jak wspomniałem, profesorowie, lecz nie naukowcy, którzy rozpoczęli swoją karierę naukową w oparciu o wspomniane trzy kryteria, stanowią liczebną większość na wielu wydziałach i w radach naukowych. Mając większość, wybierają spośród siebie władze, rządzą, trzymając w garści finanse, etaty, pomieszczenia itd., ograniczając i niszcząc będących w mniejszości faktycznych naukowców na światowym poziomie. Osoby te wybierają się wzajemnie do władz kreujących naukę, przyznających środki z funduszy europejskich na badania i infrastrukturę, ale kryteria przyznawania tych środków są karykaturalnie deformowane przez skrojone przez siebie i dla siebie kryteria ocen….

Lustracja merytoryczna
Jest jasne, że jednostki naukowe, które funkcjonują w oparciu o demokratycznie obieralne władze, nie uleczą się same z tej choroby. Choroba ta musiałaby się zakończyć wraz ze śmiercią pacjenta, a tego nie chcemy. Nie mamy też pieniędzy na zmiany. Należy więc najpierw doprowadzić do tego, aby władze jednostek naukowych były w rękach naukowców o wysokim dorobku naukowym. Najważniejszymi władzami decydującymi w praktyce o finansach i polityce naukowo-dydaktycznej na uczelniach są wydziały. Dlatego w skład rad wydziałów powinna wchodzić co najwyżej połowa naukowców kwalifikowanych według kryteriów rankingu dorobku naukowego. Ci powinni spośród siebie wybrać władze dziekańskie i jako rada wydziału pełnić funkcję ciała kontrolnego i „ustawodawczego”. Nie ma bowiem powodu, aby o wewnętrznej polityce naukowej jednostek decydowały osoby niemające o nauce pojęcia i tej nauce szkodzące.

Patologiczna polityka kadrowa na Śląskim Uniwersytecie Medycznym

Z inspektora NIK-u na dyrektora kliniki

Gazeta Wyborcza, Judyta Watoła, 2010-03-02, 

Inspektor NIK, który kontrolował Szpital Kliniczny nr 5 w Katowicach, został właśnie jego dyrektorem. – Świetnie się zna na zarządzaniu szpitalami, bo wcześniej wiele ich kontrolował – chwalą go władze Śląskiego Uniwersytetu Medycznego. Skoro tak, to czemu powierzyły mu najmniejszy ze sprawdzanych szpitali?…..

..dwóch dyrektorów, którym inspektor Dariusz Jorg wytknął błędy, a nawet możliwość popełnienia przestępstwa, straciło swoje stanowiska, a on właśnie zajął miejsce jednego z nich……

…17 września zbiera się rada społeczna szpitala, by głosować nad wnioskiem rektora o odwołanie Świetlińskiego. Na posiedzenie przychodzi przedstawicielka urzędu marszałkowskiego – Kuraszewska. Nikt z rady się nawet nie zająknie, czy to w porządku, skoro teraz pracuje gdzie indziej. Siadają i głosują zgodnie z życzeniem rektora, popierając jego wniosek.

Trzy tygodnie później rektor odwołuje Świetlińskiego, a na jego miejsce powołuje, a jakże, Kuraszewską! Ta od razu wpada w konflikt ze Świetlińskim, który w centrum kieruje Kliniką Intensywnej Terapii. Ten nie wytrzymuje i wynosi się do Warszawy….(itd)