Kulisy kariery naukowej Jakuba Urbanika

Aktywista habilitowany

Sieci, nr.23/2021

Kulisy kariery naukowej Jakuba Urbanika odsłania na łamach tygodnika „Sieci” Marek Pyza.

Jest jednym z najbardziej znanych zdeklarowanych homoseksualistów w świecie polskiej nauki. Procesuje się z Kają Godek, ministrem Czarnkiem, skarży państwo polskie w Strasburgu. Uniwersytet Warszawski nadał mu tytuł profesora mimo poważnych wątpliwości dotyczących procesu habilitacyjnego i niezrealizowania naukowego grantu – kulisy kariery naukowej Jakuba Urbanika odsłania na łamach tygodnika „Sieci” Marek Pyza.

Dziennikarz podejmuje temat kariery i działalności Jakuba Urbanika, kierownika Katedry Prawa Rzymskiego i Antycznego na Wydziale Prawa i Administracji Uniwersytetu Warszawskiego, który znany jest szerzej ze swej aktywności pod tęczowym sztandarem LGBT……

Kilka słów o dysfunkcyjności systemu akademickiego w kraju – Robert Kościelny

Robert Kościelny

Kilka słów o dysfunkcyjności systemu akademickiego w kraju.

System akademicki w Polsce jest dysfunkcyjny i nie sprawdza się we współczesnym świecie. Środowiskowe reguły i prawa rządzące awansem naukowym nie służą najlepszym, tylko najbardziej dostosowanym do tego systemu.

Stawiam tezę, że w Polsce może zostać profesorem człowiek, który w normalnym systemie akademickim – tzn. tam gdzie panuje wolna i nieskrępowana lękiem przed sankcjami uczelnianych decydentów konkurencja, wyrażająca się w swobodnej merytorycznej dyskusji, w której liczy się to co się mówi, a nie kto mówi – nie przeszedłby szczebla asystentury.

Wśród etatowych pracowników polskich uniwersytetów są osoby, które w ogóle nie powinni były zaczynać kariery akademickiej, bo się do tego po prostu nie nadawały i nie nadają. Są niczym te ryby, żaby i raki z wiersza Brzechwy, które wpadły na pomysł taki, żeby opuścić staw, usiąść pod drzewem i zacząć zarabiać śpiewem. Jaki był finał tego innowacyjnego pomysłu? – wiemy. Problem w tym, że o ile w bajce Jana Brzechwy rybia bezmyślność i strojenie się w cudze pióra zostały ukarane, o tyle w realu III RP są sowicie nagradzane. Etatem, a nawet kilkoma etatami.

Pseudonaukowcy, uważający się za elity są takim samym ciężarem dla społeczeństwa jak bezproduktywny menel. A nawet większym, bo w odróżnieniu od kloszarda oni byle czego nie zjedzą i nie wypiją. A nade wszystko, w odróżnieniu od ludzi z marginesu, oszukują społeczeństwo odnośnie do swojej przodującej w nim roli. I co gorsza, dzięki choremu systemowi, robią to skutecznie.

Tu czas na istotne zastrzeżenie. Nie wszyscy polscy akademicy są rodem z naukowej Nibylandii. Mamy mądrych badaczy, uczonych, którzy byliby, i czasami są, ozdobą najlepszych światowych centrów akademickich. Jak zawsze w tego typu wypowiedziach chodzi o nakreślenie dominującego obrazu. Trendu kształtującego środowisko. A jest on fatalny.

Na polskiej uczelni dominuje wydygana miernota – habilitowana i belwederska. O której można powiedzieć to samo co o całej polskiej administracji (bo to przecież urzędnicy, z tym że – habilitowani ) – są drodzy i wrodzy. Drodzy w utrzymaniu i wrodzy wobec zdolniejszej od siebie konkurencji. W takich warunkach trudno mówić o innowacyjności nauki polskiej, bowiem, jak ktoś trafnie zauważył, w feudalizmie nie da się zbudować systemu Hi-Tech.

Tylko w strukturze przenicowanej przez patologie, kolesiostwo, sitwiarstwo, korupcję, bierność i strach decydent może z dezynwolturą powiedzieć, że w zarządzanej przez niego instytucji, istotnej dla polskiej nauki rządzą prawa silniejszego, bardziej wpływowego, a nie obiektywne, merytoryczne procedury.

Tylko w takim systemie posłowie opozycji – której zwycięski kandydat na prezydenta mówi, że chce zmienić Polskę – zasiadający w sejmowej podkomisji ds. nauki, mają na liczne przejawy dysfunkcyjności omawianego mechanizmu, jak mówią młodzi – „wywalone”. Tylko w takim – przepraszam za słowo – bajzlu oni sami również mogą być przykładem funkcjonowania nieprawidłowości – są wieloetatowcami.

Tylko w takim świecie odwróconym, członkowie Komisji ds. etyki, powołanej przez środowisko w celu zwalczania zachowań nieetycznych wśród pracowników uniwersytetów, sami zachowują się wysoce nieetycznie, kłamiąc jak z nut. Nie wspomnę już o uwikłaniu niektórych z nich we współpracę z komunistyczną policją polityczną.

Od uprzątnięcia stajni Augiasza jest prezydent, premier, posłowie – mają mocny mandat od obywateli, do tego żeby babrać się w excusez le mot gnoju. To poprzez odpowiednie regulacje prawne winno się stworzyć możliwość oczyszczenia struktur nauki polskiej z gomułkowsko-gierkowskich złogów, z postsowieckiej mentalności tzw. „starej profesury”. Oraz z klonów tejże.

Dla naukowców, którzy brali udział w weryfikacji pracowników uniwersytetów po stanie wojennym, donoszących na kolegów, robiących karierę pod pezetpeerowską kryszą, dla piszących recenzje na zamówienie, szukających w opiniowanych pracach „haków” na autora, a nie prezentowanych tam tez, pomysłów, pytań czy propozycji badawczych – więc dla takich ludzi nie może być miejsca w nowym systemie. Niech szukają sobie zatrudnienia – w końcu wielu z nich to „wybitni” badacze, więc na pewno je znajdą. Oxford, Harvard, Sorbona, albo Wyższa Szkoła Gotowania na Gazie w Budzie Ruskiej, przyjmą ich z otwartymi ramionami.

Ale będzie huczek! – jak powiedziałby mecenas Krzepicki. W rzeczy samej, nie trzeba być Sybillą, żeby przewidzieć, iż wycie niebios sięgnie. Represjonowani przez faszystowski reżim – tak zapewne będą mówić o sobie „poszkodowani”: ludzie, którzy nie tylko nie mają honoru, ale i poczucia wstydu – poruszą wszystkie swoje znajomości, łącznie z zagranicznymi, aby umknąć przed sprawiedliwością.

Ale poważne państwo nie powinno się przejmować ich skamleniem. Po drugie, można nieco uśnieżyć jazgot „represjonowanych” wysyłając do zagranicznych ośrodków akademickich egzempla recenzji „naukowych”, w których dają oni upust swym kompleksom, fobiom, niebotycznej pysze z krzywdą osób recenzowanych. Przykłady takich pseudonaukowych opinii, za pomocą których niszczyli dorobek wieloletniej pracy, znajdują się w piwnicach archiwum Centralnej komisji ds. stopni naukowych, w teczkach spraw załatwionych odmownie. Również perspektywa upowszechnienia w zagranicznych ośrodkach akademickich informacji na temat działalności jednego czy drugiego „niezależnego badacza” w okresie puczu Jaruzelskiego, mogłaby uspokoić co bardziej „pokrzywdzonych” przez IV RP, odwołujących się dziś do „standardów europejskich”, których sami ani myśleli przestrzegać, w czasie gdy czuli się bezkarni.

I dopiero wtedy, gdy wiatr przemian wywietrzy zaduch na uniwersytetach i placówkach naukowych, środowisko intelektualne kraju winno rozpocząć budowanie nowego systemu akademickiego. Celowo mówię – „środowisko intelektualne”, a nie akademickie, bo to pierwsze pojęcie lepiej oddaje mą intencję.

Wbrew naiwnej wierze, w tym zwłaszcza samych akademików, nie każdy tzw. naukowiec jest intelektualistą. Najczęściej jest rzemieślnikiem, lepszym lub gorszym fachowcem w swej dziedzinie.

Są w Polsce redakcje czy wydawnictwa, które mają w swych szeregach więcej osób myślących twórczo, inspirująco, ciekawie, mających szerokie horyzonty poznawcze – a to przecież określa intelektualistę, a nie ogonek tytułów naukowych i administracyjnych – niż niejedna uczelniana rada wydziału, nie mówiąc o instytutach czy zakładach naukowym. Dlatego powinny one wziąć udział w tworzeniu „nowego otwarcia” na tych samych prawach co ośrodki sensu stricte akademickie.

Ale dysputę na ten temat winniśmy rozpocząć już dziś. Gorąco wierzę, iż fale eteru Niepoprawnego Radia, nie uśpią, ale pobudzą dyskutantów.

Karykaturalny model kariery naukowej

Uniwersytet nie dla mądrości

W. Bernacki  – niezalezna.pl, 14.11.2012

Warunkiem podstawowym kształcenia młodego pokolenia na poziomie wyższym jest kadra naukowo-dydaktyczna, a tej z czasem, niestety, będzie ubywało. Dlaczego? Z każdym rokiem szkoły wyższe otrzymują mniejszą ilość środków finansowych na działalność nie tylko naukową, ale i dydaktyczną…

..Obecny system jest dysfunkcjonalny również ze względu na wykreowanie karykaturalnego modelu kariery naukowej. Z jednej bowiem strony mamy do czynienia z luzactwem. Brak tytułu magistra nie pozbawia prawa ubiegania się o stopień doktora, brak habilitacji nie uniemożliwia ubiegania się o tytuł profesora.

Z drugiej zaś strony stworzono mechanizmy mogące blokować ścieżkę kariery….

…Zrozumiałe jest dążenie do umiędzynarodowienia nauki, mającej wszak charakter uniwersalny. Jednak nie tłumaczy to serwilizmu wobec tego, co zachodnie; uderzający jest natomiast „szczególny” stosunek do polskich uczonych. Oto bowiem wystarczy, mając stopień doktora, przepracować pięć lat poza granicami kraju, aby w Polsce uzyskać status równy samodzielnemu pracownikowi naukowemu, czyli doktorowi habilitowanemu oraz profesorowi. Cóż jest takiego w nauce Słowacji, Czech, Węgier, Rumunii etc., co sprawia, że tamtejszy doktor równy jest naszemu profesorowi? Jedynym wyróżnikiem jest ten, że zarobki w wymienionych krajach są zdecydowanie wyższe od naszych krajowych. Z tego też względu nie musimy obawiać się inwazji europejskich uczonych. Jeśli już, to raczej ucieczki z Polski najbardziej zdolnych i najlepiej wykształconych młodych ludzi, dla których droga dalszej kariery naukowej w świetnie wyposażonych laboratoriach może stać się o wiele bardziej pociągająca niźli siermiężne warunki polskiej uczelni.