Góra lodowa nieuczciwości naukowych. Oprócz plagiatów ta góra jest zbudowana z nepotyzmu, fałszowania wyników badań, mobbingu i dyskryminacji.

KTO STOI ZA PRZECIEKIEM Z CK?

FA 10/2020

Ktoś z CK – a tylko niewielki krąg osób miał dostęp do ekspertyzy – przekazał ją Jerzemu Gwizdale w sposób nieuprawniony, łamiąc zasady obowiązującego prawa. Teraz problem ma Centralna Komisja, powinna bowiem znaleźć źródło nieuprawnionego ujawnienia dokumentu. Osoba, która zdecydowała się to zrobić, powinna ponieść konsekwencje….

..30 września br. pojawiły się dwa apele naukowców wywołane gdańskim skandalem naukowym…..W apelu napisano m.in.: „Jak możliwe było wybranie recenzentów, którzy swoim dorobkiem i postawą nie gwarantowali właściwego przeprowadzenia procedury profesorskiej? Jak to możliwe, że dopiero szerokie upublicznienie nieprawidłowości i zarzutów wobec Rektora w Forum Akademickim doprowadziło do jego dymisji? Najwyraźniej zarówno system wykrywania i piętnowania nierzetelności, jak i wyczulenie środowiska naukowego na nieuczciwość po raz kolejny zawiodły. Jednocześnie coraz większa liczba ujawnianych przypadków nieuczciwości w nauce wskazuje, że przypadek byłego Rektora UG to przysłowiowy wierzchołek góry lodowej. Oprócz plagiatów ta góra jest zbudowana z nepotyzmu, fałszowania wyników badań, mobbingu i dyskryminacji. My, niżej podpisani, apelujemy, by przypadek dr. hab. Jerzego Gwizdały stał się momentem przełomowym w walce z nierzetelnościami i nieuczciwością w nauce w Polsce – by ani stanowisko, ani koneksje nie dawały nieuczciwym naukowcom gwarancji bezkarności”.

Problemy, jakie napotykają whistleblowerzy

Problemy, jakie napotykają whistleblowerzy  

Z: Tomasz Witkowski:Zakazana psychologia, t. I, Biblioteka Moderatora, Taszów 2009

Problemy, jakie napotykają whistleblowerzy doprowadziły do tego, że coraz częściej w środowisku naukowym mówi się o konieczności wypracowania zasad ochrony osób zgłaszających nieprawidłowości, a niektóre kraje czy instytucje wprowadziły już pewne reguły. W USA, Niemczech i Anglii przyjęto podobne, zdecentralizowane systemy, gdzie rozpatrywanie spraw związanych z nierzetelnością należy do kompetencji instytucji naukowych z instancją odwoławczą i monitorującą na poziomie rządowych agencji finansujących badania. Oczywiście, pozostaje pytanie, na ile komisje działające na uczelniach czy w instytucjach naukowych są merytorycznie przygotowane do prowadzenia tego typu spraw. Co by jednak nie mówić o tych rozwiązaniach i jakby ich nie krytykować, są one lepsze niż stanowisko większości krajów świata, gdzie zakłada się ponadprzeciętną uczciwość naukowców, istnienie samooczyszczającego się mechanizmu w nauce i sprawę ochrony whistleblowerów bagatelizuje się. Nie muszę chyba dodawać, że Polska mieści się w tej ostatniej grupie.

 

Pewną modyfikację systemu amerykańskiego, zwiększającą skuteczność systemu, wprowadzili Niemcy. Ustanowili oni mianowicie instytucję rzecznika (ombudsmana) jako trzeciej strony w postępowaniu. Osoby, które znają przypadki nierzetelnych zachowań naukowych mogą zwracać się do takiego rzecznika z pełnym zaufaniem, prosząc o radę i pomoc. Jeśli rzecznik uzna sprawę za poważną, sam występuje do danej instytucji z wnioskiem o wszczęcie postępowania. W ten sposób whistleblower jest odpowiednio chroniony.

Prawdopodobnie źle pojęta solidarność zawodowa jest nie tylko przyczyną ukrywania wielu nieprawidłowości, ale również odpowiada za ogólny spadek zaufania do nauki i naukowców, który w owych nieprawidłowościach bierze swój początek. Aby podkreślić, jak ważny jest problem ochrony whistleblowerów i pokazać, jak trudne jest to zadanie oddajmy głos raz jeszcze Robertowi Sprague:

Z przypadku Breuninga musimy zapamiętać jeden istotny aspekt sprawy. W przeciwieństwie do większości podobnych zdarzeń, kiedy ja dmuchnąłem w gwizdek, byłem pełnoetatowym profesorem z dożywotnią nominacją na uniwersytecie stanowym ze znaczącym dorobkiem naukowym. Wskazywałem natomiast na nowo zatrudnionego profesora – asystenta bez dożywotniego zatrudnienia na zupełnie innym uniwersytecie. Biorąc pod uwagę wszystkie te istotne czynniki, które powinny mi sprzyjać, z ledwością uzyskałem pozytywny efekt odgwizdując wykroczenie. Zrealizowanie tego zadania nie obyło się bez trwającej kilka lat emocjonalnej traumy (Sprague, 1987), poniesienia osobistych kosztów finansowych, setek godzin czasu (Subcommittee of the Committee on Government Operations, 1988) i osamotnienia zawodowego doprawionego odrobiną otwartego wsparcia ze strony kolegów. Do potencjalnych whistleblowerów, rozważcie poważnie następujące rady:

1. Dokumentujcie tak wiele zdarzeń i faktów, jak tylko jest to w ludzkiej mocy.

2. Szukajcie wsparcia ze strony rodziny i zaufanych przyjaciół w swojej profesji. 3. Bądźcie tak prawdomówni, jak na to pozwala wasza wiedza.

4. Róbcie właściwe rzeczy, pomimo że takie działanie może doprowadzić was do poważnego niebezpieczeństwa98.

Aby potencjalny whistleblower miał do dyspozycji nie tylko owe rady, komisje naukowe w wielu krajach, w tym w Polsce, tworzą kodeksy etyczne, kodeksy dobrych praktyk. Niestety, na razie stanowią one raczej zapis deklaracji, nie ma w nich zapisów o sankcjach, nie ma całej sfery wyko­nawczej. Miejmy nadzieję jednak, że jest to dobry początek na drodze do doskonalenia naukowego systemu kontroli. Postulaty uszczelnienia społecznego systemu wykrywania nadużyć w nauce warto wzmocnić taką oto analogią, przywoływaną przez Grabskiego:

‚Potrzebę istnienia takich kodeksów dobrej praktyki można uzasadnić posługując się przykładem motoryzacji. Gdy samochodów było mało, wystarczyło ogłosić, że kierowca musi zachowywać się ostrożnie i przyzwoicie, zgodnie z ogólnymi zasadami etyki, czy dekalogu. Jednak gdy natężenie ruchu wzrosło, te ogólne zasady przestały wystarczać, w związku z czym pojawiła się konieczność wprowadzenia kodeksu ruchu drogowego, zawierającego precyzyjnie zdefiniowane nakazy i zakazy, procedury niezbędne dla zapewnienia jego skutecz­ności oraz przewidującego sankcje, bo inaczej prawdopodobieństwo wypadków, w tym również z udziałem tych ostrożnych i przyzwoitych, zagroziłaby możliwości ruchu’.

Na koniec tych rozważań poświęćmy chwilę uwagi trzeciemu czynnikowi – etyce naukowców. Cytowana na początku tego podrozdziału Deena Weinstein założyła, że etyka naukowców nie różni się specjalnie od etyki przeciętnych ludzi. Na pierwszy rzut oka może się to wydawać dość krzywdzące, wszak przyzwyczailiśmy się spostrzegać tych pierwszych jako kapłanów powołanych do służenia prawdzie.

Niestety, rzeczywistość jest prozaiczna. Współczesny naukowiec – psycholog to obecnie zawód, nie powołanie, jak było to jeszcze kilkadziesiąt lat temu. Nie ma on wiele wspólnego ze stereotypem roztargnionego, potarganego i wychudzonego entuzjasty nauki, dla którego rozwiązywanie zagadek natury stanowi największy sens istnienia, a odnajdywanie odpowiedzi jest najwyższą nagro­dą. Współcześni naukowcy niewiele różnią się od yuppies, którzy w wyścigu szczurów osiągają kolejne etapy na drodze kariery. Szybki, najlepiej błyskotliwy doktorat, artykuły w renomowanych czasopismach, międzynarodowe konferencje, udział w badaniach prowadzonych przez co sławniejszych luminarzy nauki, potem habilitacja, profesura otrzymana w odpowiednio młodym wieku… Do tego dochodzą zwykłe marzenia – dobry samochód, mieszkanie, dom. To najczęstsze cele stawiane przez współczesnych naukowców. Jeżeli te cele można osiągnąć na skróty, tak jak próbowali tego sir Cyril Burt, Stephen Breuning czy Karen Ruggiero, to dlaczego by tego nie spróbować? I próbują…

Założenie Deeny Weinstein o równych standardach etycznych naukowców i przeciętnych ludzi jest, moim zdaniem, nieco zbyt optymistyczne. Choć nie mam całkowitej pewności, to jednak mam podstawy sądzić, że naukowcy dopuszczają się większej liczby nadużyć niż przeciętny człowiek. I to nie tylko dlatego, że poruszają się oni po terenie daleko mniej czujnie strzeżonym niż banki, urzędy skarbo­we, supermarkety i tym podobne miejsca, gdzie przeciętny człowiek mógłby nadużyć dokonać. Tym, co może sprzyjać nadużyciom jest wysoka inteligencja naukowców. Prostą ilustracją tego stwierdzenia mogą być badania przeprowadzone przez Bellę DePaulo, profesora psychologii z Uniwersytetu Wirginijskiego. Wykazały one, że ludzie z wyższym wykształceniem częściej „mijają się z prawdą”. Jak twierdzi uczona, statystycznie biorąc, 20% ludzi dopuszcza się kłam­stwa (zwykle niewinnego) w trakcie 10-minutowej rozmowy. Wśród ludzi z wyższym wykształceniem proporcja ta wynosi 33%. DePaulo próbuje wyjaśniać to zjawisko większym zasobem słów i pewnością siebie ludzi wykształconych. Znaczyłoby to, że inteligencja nie tylko ułatwia nam kłamanie, ale również popycha nas do niego. A jeśli tak, to dlaczego naukowcy mieliby być wyjątkiem? Coś, czego im z pewnością nie zbywa, to właśnie inteligencja.

Oczywiście nie chciałbym tutaj rysować prostoliniowej zależności inteligencja = skłonność do oszustw. Znam mnóstwo ludzi bardzo inteligentnych i krystalicznie uczciwych, podobnie jak znam sporo nierozgarniętych łajdaków. A jednak, kiedy śledzę życiorysy ludzi, takich jak Burt czy Breuning, to nieodmiennie pojawia się przekonanie, że to właśnie pewność siebie, wynikająca z własnej sprawności intelektualnej, popychała ich na drogę oszustwa. Myślę, że nie są oni wyjątkami, że takie pokusy zdarzają się również innym, mniej znanym. Być może nigdy o nich nie usłyszymy, pomimo tego, że odeszli od ścieżki prawdy równie daleko, jak ci, o których było głośno.