PAN powinien zostać rozwiązany i zawiązany na nowo po pozbyciu się tak ok. 60% członków, którzy kompromitują polską naukę brakiem osiągnięć naukowych!

Nauka polska w głębokim kryzysie. 

S.Karpiński – https://www.facebook.com/Prof.SM.Karpinski

PAN powinien zostać rozwiązany i zawiązany na nowo po pozbyciu się tak ok. 60% członków, którzy kompromitują polską naukę brakiem osiągnięć naukowych! 

….. Obecne zasady finansowania nie wiele się zmieniły od czasów PRL. Pisałem o tym wcześniej w kilku wywiadach m. in. w (http://www.rp.pl/artykul/1018956-Krotka-rozprawa-o-nauce-i-pilce.html). Nadal ponad 70% środków jest przyznawanych na zasadach z PRL (przepisywanych z roku na rok). Tylko około 10-15 % przyznawanych środków zależy od jakości uprawianej nauki……. U nas w Polsce pieniądze na tworzenie takich konkurencyjnych ośrodków od 15 lat trafiają do tych samych ludzi i ośrodków i co? i nic, Polska konkurencyjność od ponad 14 lat ani drgnie i nie zmienia się. Bo te pieniądze dostają emerytowani rektorzy i członkowie PAN! I tak PO dyrektorem Wielkopolskiego Centrum Zaawansowanych Technologii jest Prof. Marciniec (ponad 70 lat, członek rzecz. PAN, były rektor UAM), Małopolskiego Centrum Technologii, Prof. Strzałka (67 lat, członek kor. PAN, były dziekan WBBB UJ), w Warszawie Prof. Węgleński (70 lat, członek rzecz. PAN, były rektor UW). Nie tylko dostają olbrzymie dotacje ale dostają też 5 letnie granty Maestro z NCN. Ponad 60% tych prestiżowych pięcioletnich grantów (do 3 mln PLN) jest przyznanych członom i emerytom z PAN np.: Profesorowie Marciniec, Twardowski, Krzyżosiak, itd., którzy w trakcie realizacji grantu przekroczą lub już przekroczyli wiek 70 lat. Dla kontrastu podam, że dyrektorem VIB został w wieku 43 lat Prof. Dirck Inze (doktorant van Montagu) a UPSC w wieku 39 lat Prof. Ove Nilsson. Jedynym emerytem zatrudnionym w VIB w Gencie na 25% jest Prof. Marc Van Montagu, kandydat do nagrody Nobla. Na zachodzie jest taka zasada, że jak prof. jest w wieku emerytalnym (65-67 lat) to nie ma prawa dostać projektu i dotacji z państwowych agencji, nie ma prawa pobierać emerytury i pensji! Co jest nagminne dla członków PAN. Np. członek korespondent i profesor w wieku 65 lat dostaje dotacje ok 2 tys. PLN z PAN, dostaje emeryturę (3-5 tys. PLN) i dostaje pensję z macierzystej jednostki tak 6-10 tys PLN). Niech dostaje emeryturę i dodatek, ale pensje niech zostawi dla młodych!…

Reklamy

Konkurs na pracownika, który ma tak zdefiniowane kryteria, że może go wygrać tylko Igrekowski.

Za biedni, by skąpić na naukę

GW

Polska nauka jest jednak dopiero na 22. miejscu na świecie – mówił w wywiadzie dla „Wyborczej” prof. Maciej Żylicz, prezes Fundacji na rzecz Nauki Polskiej. Dlaczego? Bo mamy problem z „kulturą jakości”. „Znam dziesiątki przypadków, kiedy świetny naukowiec chce wrócić do Polski po latach zdobywania doświadczeń na świecie. I nie ma dokąd” – mówi prof. Żylicz.

…. Dr Małgorzata Mazurek, znakomita historyczka, wygrała właśnie międzynarodowy konkurs (z setkami kandydatów!) na kierowanie Katedrą Studiów Polskich na Uniwersytecie Columbia w Nowym Jorku. „Łatwiej mi poszło znalezienie pracy poza Polską” – mówiła dr Mazurek. I opowiedziała o tym, jak szukała pracy w Polsce: „Wydawało mi się, że łatwiej jest wyjechać za granicę i tam zmierzyć się z prawdziwą konkurencją. W Polsce liczyły się pozamerytoryczne kwestie. (…) Będąc w Berlinie, otrzymałam propozycję pracy na pół etatu w Polskiej Akademii Nauk, niecałe tysiąc złotych miesięcznie”………
Przeplatają się tu dwa problemy: fatalnie niskie płace, które sprawiają, że z nauki w Polsce bardzo trudno się utrzymać, oraz zła kultura instytucji, która każe zatrudniać „swoich”.

To drugie często nie wynika ze złej woli. Wyobraźmy sobie, że profesor Iksiński ma świetnego doktoranta Igrekowskiego. Wie, że jeżeli nie załatwi pracy Igrekowskiemu w swoim zakładzie, Igrekowski nigdzie w Polsce jej nie znajdzie, choćby był Einsteinem. Co więc robi prof. Iksiński? Wspólnie z kolegami z władz uczelni rozpisuje konkurs na pracownika, który ma tak zdefiniowane kryteria, że może go wygrać tylko Igrekowski. Kolesiostwo i nepotyzm są konsekwencją rywalizacji o bardzo ograniczone zasoby.

Dopóki się to nie zmieni, będziemy mieli świetnych młodych naukowców, którzy swoją pracą będą wzbogacać USA czy Wielką Brytanię. Polska najpierw wydała miliony na ich wykształcenie, a potem beztrosko wyrzuca te pieniądze za okno (a raczej za ocean)….

Duże pieniądze na badania dostają 
w Polsce emerytowani byli rektorzy, dziekani i członkowie PAN,

Polska nauka na emeryturze

Rzeczpospolita

Duże pieniądze na badania dostają 
w Polsce emerytowani byli rektorzy, dziekani i członkowie PAN, a średnia wieku dyrektorów z trzech centrów naukowych z Poznania, Krakowa 
i Warszawy jest powyżej 70 lat! 
– pisze naukowiec.

Szkolnictwo wyższe i nauka w Polsce są permanentnie chore i niewydolne. Reformy szkolnictwa wyższego i PAN wprowadzone przez byłą minister nauki i szkolnictwa wyższego prof. Barbarę Kudrycką, które miały być antidotum na ten stan, niewiele tutaj pomagają.

SPRAWA „PROFESORA” ROSENKRANZA

Co ma wisieć, nie utonie…


Marek Wroński
, FA
 

Sprawa „profesora” Rosenkranza

Prawie rok temu (patrz: Oszust w prawniczej todze , FA 11/2013) opisałem dalsze koleje losu „Dyzmy nauki polskiej”, czyli „profesora” Noaha Rosenkranza (patrz: Fałszywy profesor , FA 06/2011). Opierając się na nieudolnie sfałszowanym dyplomie doktorskim prawa z Uniwersytetu w Berlinie oraz dyplomie habilitacyjnym z Izraela (gdzie nie ma habilitacji!), zatrudnił się jako profesor prawa w pięciu warszawskich uczelniach. Przez ponad rok wyłudził ok. 130 tys. złotych. Kiedy sprawa się wydała, Rosenkranz zbiegł. Po dwóch latach ukrywania się przed wymiarem sprawiedliwości i poszukiwania listem gończym, został aresztowany 17 października 2013 r. w Instytucie Judaistyki Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie. Okazało się, że pod swoim polskim nazwiskiem (Mariusz Korniłowicz) zapisał się na I rok dziennych studiów judaistycznych. Rozpoznali go koledzy studenci. Po aresztowaniu Noah Rosenkranz spędził ponad pół roku w areszcie w Warszawie. Na początku stycznia 2014 r. akt oskarżenia trafił do Sądu Rejonowego Warszawa–Mokotów, gdzie 4 marca br. zaczął się proces karny.

Jak podało „Życie Warszawy”, w artykule z 5 marca br. Rosenkrantz, były sędzia, przyznał się w śledztwie do większości zarzutów, ale uważa, że nie były to przestępstwa. W pierwszym dniu rozprawy, z długą brodą i pejsami, ubrany w strój chasyda, złożył krótkie wyjaśnienie. Nie zaprzeczył posługiwaniu się sfałszowanymi dokumentami, ale stwierdził, że działał w interesie społecznym, chcąc obnażyć fatalną sytuację w szkołach wyższych. Nie pracował z chęci zysku, stąd to, co zrobił, nie powinno być traktowane jako przestępstwo. Jego celem nie było dokonanie oszustwa. Prowadził wykłady dobrze oceniane i przyjmowane przez studentów, „więc pieniądze zostały zarobione uczciwie”. Powiedział: „Szkoły zatrudniają wykładowców z zagranicy, aby wypełnić wymogi odpowiedniej liczby pracowników naukowych. W rozmowie z urzędnikiem ministerstwa dowiedziałem się, że resort nie kontroluje autentyczności przedkładanych dyplomów. Jedyne co interesowało uczelnie, to kiedy rozpocznę pracę. Nikt nie kontrolował przedmiotów, które prowadziłem. Prawo europejskie, cywilne, egzekucja administracyjna, prawo międzynarodowe. W jednej ze szkół byłem nawet zastępcą dyrektora instytutu prawa”. Zapytany przez sąd o dochody oświadczył, że nie ma majątku, a przed aresztowaniem utrzymywał się z pisania artykułów do prasy zagranicznej, z czego przeciętnie osiągał 6 tys. euro miesięcznie [kompletnie niewiarygodne! – MW]. Wyjaśnień przed sądem nie chciał składać – podtrzymał jedynie te ze śledztwa. Podczas kolejnych rozpraw zeznawali liczni świadkowie.

Na początku maja br. sąd zezwolił na wyjście oskarżonego na wolność (skarżył się, że nie może w więzieniu przestrzegać religijnych wymogów koszernego jedzenia) i odpowiadanie przed sądem z wolnej stopy. Zatrzymano mu paszport i nakazano stałe meldowanie się na policji. Najbliższa rozprawa – 15 lipca.

 

Profesorowie daja wyraz swojemu zażenowaniu

Triumf i porażka doktoranta


Marek Wroński
, FA
 

Połowa czerwca 2011 roku była przyjemnym czasem dla Macieja Tumulca, obecnego doktoranta Wydziału Dziennikarstwa i Nauk Politycznych UW, absolwenta Uniwersytetu Warszawskiego z 2010 roku. Wtedy bowiem ogłoszono wyniki konkursu ministra spraw zagranicznych na najlepszą pracę magisterską z zakresu współczesnych stosunków międzynarodowych obronioną w 2010 roku. Chociaż mgr Tumulec nie zajął miejsca „na podium”, to jednak wyróżniono go upominkiem książkowym za pracę zatytułowaną Historia stosunków polsko-indyjskich XVI-XXI wieku , napisaną pod kierunkiem prof. dr. hab. Edwarda Haliżaka z Instytutu Spraw Międzynarodowych (ISM) Wydziału Dziennikarstwa i Nauk Politycznych UW.

Sama praca została w I połowie 2013 r. elegancko wydana w twardej oprawie przez warszawskie Wydawnictwo DiG (Dąbrowski i Górzyński), ze wsparciem Towarzystwa Miłośników Historii, które na ten cel otrzymało dotację w wysokości 9600 zł od ministra nauki i szkolnictwa wyższego. Recenzentami wydawniczymi książki byli: prof. dr hab. Jan Rowiński (emerytowany profesor Instytutu Stosunków Międzynarodowych UW) oraz prof. dr hab. M. Krzysztof Byrski (emerytowany profesor Katedry Stosunków Międzynarodowych Collegium Civitas).

Należy dodać, że od października 2013 r. mgr Tumulec został zatrudniony w Biurze Rzecznika Prasowego MSZ na stanowisku specjalisty ds. kontaktu z mediami. Pod koniec roku 2013, w numerze 2, vol. 48, str. 264-268 czasopisma „Stosunki Międzynarodowe – International Relations” ukazała się pozytywna recenzja jego książki napisana przez dr. Jakuba Zajączkowskiego, kierownika Centrum Badań nad Współczesnymi Indiami ISM UW. Podkreślił on, że publikacja „wypełnia próżnię badawczą”.

Problemy zaczęły się we wrześniu 2013, kiedy książkę nabył dr Krzysztof Iwanek, absolwent historii i indologii na Uniwersytecie Warszawskim, ekspert Centrum Studiów Polska-Azja oraz wykładowca historii Indii w Collegium Civitas. Jak stwierdził: „Bardzo zainteresowany książką zacząłem ją czytać i w pewnym momencie ze zdumieniem uświadomiłem sobie, że czytam własne słowa, ale był pod nimi przypis do innego tekstu. A potem już zacząłem sprawdzać, o ile miałem czas i o ile potrafiłem”. Odkrył, że technika pisania polegała na przejęciu z innej publikacji wybranego akapitu, wprowadzania w nim zazwyczaj minimalnych zmian (np. zmieniono jedno, kilka słów czy interpunkcję, ale też części zdań nie przekształcano w ogóle), nie używając cudzysłowu ani żadnego innego oznaczenia cytowania, dodając (lub nie dodając) przypis z właściwym źródłem, bardzo często z dodaniem sformułowań: „Zob. więcej” lub „Na podstawie”.

Do połowy stycznia 2014 r. dr Iwanek sporządził listę kilkudziesięciu fragmentów, które jego zdaniem naruszały prawa autorskie innych osób. Skontaktował się z recenzentami, promotorem pracy magisterskiej oraz wydawcą. Promotor przekazał uwagi i zastrzeżenia Iwanka Maciejowi Tumulcowi, który początkowo je zbagatelizował, usprawiedliwiając się zapomnieniem. Jednak po kilku tygodniach, podczas kolejnego spotkania, w obecności recenzentów i promotora, prof. Edwarda Haliżaka, zobowiązał się do publicznego przeproszenia za naruszenie dobrych praktyk naukowych…..

….Z kolei profesorowie Jan Rowiński oraz Maria Krzysztof Byrski oświadczyli: „Jako recenzenci wydawniczy książki Pana Macieja Tumulca pragniemy dać wyraz naszemu zażenowaniu wynikającemu z faktu, że oceniając przede wszystkim wartość merytoryczną tekstu tego opracowania dla Wydawnictwa, nie zwróciliśmy uwagi na istotny mankament edytorski, polegający na licznych, nieoznaczonych odpowiednio zapożyczeniach z prac innych autorów, umieszczonych czy to w Internecie, czy w prasie, które pojawiają się na kartach książki Pana Macieja Tumulca zdecydowanie nazbyt często. Dopiero jeden z autorów tak niewłaściwie wyzyskanych tekstów, Pan Doktor Krzysztof Iwanek, zwrócił nam uwagę na to poważne uchybienie autora wspomnianego opracowania. Nasza pozytywna opinia co do wartości całego opracowania w tej sytuacji musi być uzupełniona o stwierdzenie, że jest to po części kompilacja opinii innych autorów, co naszym zdaniem nie umniejsza jej wartości informacyjnej, ale co stawia pod znakiem zapytania wiarygodność samego autora i solidność jego warsztatu naukowego”….

 

Nieistniejące publikacje habilitanta


Nieistniejące publikacje habilitanta


Marek Wroński
, FA
 
Chciałbym zwrócić uwagę na wzorowe załatwienie tej bulwersującej sprawy zarówno przez Komisję Habilitacyjną, jak i dziekana oraz Radę Wydziału Pedagogiki i Psychologii UMCS.
….Przedstawione fakty zaskoczyły wszystkich recenzentów. Wyrażono duży żal, że habilitant wprowadził w błąd członków komisji, dlatego – mimo że jego pozostały dorobek przedstawiony do oceny można uznać za wystarczający – z moralnego punktu widzenia, w świetle odkrytych nowych okoliczności, trzeba zamknąć postępowanie. Uznano, że o odkrytych nierzetelnościach winne być powiadomione władze uczelni. W głosowaniu jawnym komisja jednogłośnie (7:0) zadecydowała o skierowaniu do Rady Wydziału wniosku o nienadanie stopnia doktora habilitowanego. Przewodniczący, prof. Bogusław Śliwerski, na zakończenie stwierdził, że wniosek do rady wydziału powinien zawierać zobowiązanie dziekana, aby poinformował władze uczelni o sfałszowaniu danych i naruszeniu dobrych obyczajów w nauce przez dr. Andrzeja Cwera……
 

Przewodniczący Uczelnianej Komisji Dyscyplinarnej przepuścił „kiks prawny”

Nowości z grodu Kopernika


FA, Marek Wroński

Przewodniczący Uczelnianej Komisji Dyscyplinarnej jest profesorem prawa, mimo to przepuścił taki „kiks prawny”, jakim było oddalenie wniosku Rzecznika Dyscyplinarnego o otwarcie postępowania dyscyplinarnego bez jakiejkolwiek podstawy prawnej.

…..

Zdziwienie budzi fakt, że minęło właśnie dwa lata od kiedy zaczęto postępowanie wyjaśniające i dotąd nie otwarto postępowania dyscyplinarnego. O ile przez półtora roku sprawa była w rękach rzecznika, który czekał na formalne opinie powołanych biegłych, to od połowy czerwca 2013 r., kiedy prof. Sygit sporządził wniosek dyscyplinarny, rozważenie i ocena zarzutów nie powinny sprawiać problemów. Zdziwiło mnie, że przewodniczący Uczelnianej Komisji Dyscyplinarnej, mimo że jest profesorem prawa, przepuścił taki „kiks prawny”, jakim było oddalenie wniosku rzecznika dyscyplinarnego o otwarcie postępowania dyscyplinarnego bez podania jakiejkolwiek podstawy prawnej i uzasadnienia.

Chciałbym też zauważyć, że prof. Marek Kalinowski, przewodniczący Uczelnianej Komisji Dyscyplinarnej, który obecnie prowadzi całą sprawę, pracując na Wydziale Prawa i Administracji UMK, jest formalnie podwładnym dziekana prawa, który ma stanąć przed komisją dyscyplinarną. Jest też jego wydziałowym kolegą. Z tego powodu pozostaje w konflikcie interesów i powinien sam wyłączyć się z tego postępowania, podobnie jak pozostali dwaj członkowie komisji, delegowani przez Wydział Prawa. Na to wcześniej powinien również zwrócić uwagę rzecznik dyscyplinarny, który ma prawo składać wniosek o wyłączenie członka komisji.