Wojnie kulturowej na uczelniach, towarzyszy również wojna klasowa – walka o byt

Robert Kościelny

Warszawska Gazeta, 21 luty 2020

Pars pro toto, czyli jest taka sprawa…

Niedawno europoseł Patryk Jaki z Solidarnej Polski  odniósł się dość krytycznie do wicepremiera Jarosława Gowina. Chodziło o to, że dr Gowin, obecny wicepremier i minister szkolnictwa wyższego, stwierdził, że mimo reformy, sytuacja w sądach się nie poprawiła. Patryk Jaki nie tylko wytknął byłemu ministrowi sprawiedliwości w rządzie PO-PSL, że jako reformator sądów za czasów PO poszedł na układ z kastą sędziowską, co skutkowało załamaniem próby zmian, nawet tak niewielkich jak te, które proponował, ale też stwierdził, że podobny manewr zastosował w przypadku obecnej reformy w szkolnictwie wyższym. „Jakie mamy teraz efekty na uczelniach wyższych tej reformy robionej z układem III RP? Wielu pracowników naukowych, z którymi współpracuję na uczelni, głośno mówi, że środowiska konserwatywne są tam niszczone, a lewactwo i gender są tam tak silne jak nigdy i stanowią główny punkt oporu przeciwko nawet nie rządom PiS, ale całemu państwu”, mówił w wywiadzie pan Jaki.

Z życiorysu zamieszczonego w Wikipedii wynika, że uczelnię, Uniwersytet Wrocławski kończył  europoseł w 2010 r. Poza tym prowadził zajęcia ze studentami w dwu szkołach wyższych. Ma też doktorat. Stąd należy sądzić, że  dr Patryk Jaki posiada własne doświadczenia w zakresie tego co dzieje się na uczelniach i jakie siły są tam przewodnie. Jeśli dodamy do tego, że ma też porównanie z innymi, zachodnimi wszechnicami, jako stypendysta ARGO – Top Public Executive oraz uczestnik szkolenia na Sam Houston State University w Huntsville, to możemy spokojnie przyjąć, że może i potrafi porównać środowiska akademickie po obu stronach Łaby, mówiąc obrazowo.

Powoływanie się jedynie na słowa współpracujących z nim akademików o poglądach konserwatywnych na temat sytuacji na uczelniach, przy braku chociażby nawiązania do własnych doświadczeń należy uznać za przejaw nieśmiałości dr. Jakiego. Podobnej do tej z którą wystąpiła przed laty w reklamie pani Katarzyna Niekrasz („z pewną taką nieśmiałością”).

Wprawdzie byli i są ludzie nauki dobrze znający realia uniwersyteckie, którzy od dawna mówili to o czym obecnie mówi pan Jaki, natchniony przez „wielu pracowników naukowych”, ale nie są oni beneficjentami systemu akademickiego – zresztą najczęściej nie są beneficjentami żadnego systemu – i funkcjonują poza nim.  A z takimi to nie tylko Patrykowi Jakiemu nie po drodze, ale  każdemu, komu święty spokój i życie w jakim takim dostatku miłe. I pewnie dlatego panu europosłowi nawet do głowy nie przyszło, żeby badając sytuację na uczelniach wyjść poza opinie beneficjentów.

Kiedy w comiesięcznych audycjach nadawanych w internetowym Niepoprawnym Radiu  dr Józef Wieczorek, twórca Niezależnego Forum Akademickiego, komentował na bieżąco mankamenty dyskutowanego wówczas projektu reformy akademickiej Gowina, zwracając właśnie uwagę na to, że robiona jest wraz z układem i dla układu III RP, to żaden z  akademików pomstujących teraz na wicepremiera nie uznał za stosowne dołączyć do dyskusji radiowej, mimo że będąc na antenie prosiliśmy (miałem w tym cyklu audycji swój skromny udział)  ich o to.

Pracom nad reformą szkolnictwa wyższego w wydaniu Jarosława Gowina,  jednego nie można zarzucić – tajności. Wprost przeciwnie, można nawet  powiedzieć że pan dr Gowin zrobił ze swego przedsięwzięcia show, na który nie szczędził ani pieniędzy, ani też czasu. Trwał on przez rok! Nie ma w kraju człowieka związanego w taki czy inny sposób z nauką, który nie słyszałby o tym.

To co było wiadome ludziom spoza systemu akademickiego, przejawiającym obywatelską troskę o skutki społeczne i cywilizacyjne jego daleko posuniętej dysfunkcyjności, jest doskonale znane tym, którzy w systemie funkcjonują, jako etatowcy, a nawet multietatowcy. Niech więc nie grają dziś pierwszych naiwnych; doskonale wiedzieli, bo przeprowadzający zmiany z tym się przecież nie kryli, że reforma była od początku – co tam od początku, z założenia  – robiona z układem!

Czy wśród zaproszonych do prac nad zmianami w szkolnictwie wyższym znaleźli się Polacy pracujący od lat na uniwersytetach w USA, Wielkiej Brytanii, Hong Kongu, Singapurze – czyli wiodących ośrodkach naukowych na świecie?  Czy zaproszono czynnych badaczy mieszkających i pracujących w Polsce, ale spoza obecnego systemu akademickiego?  Oczywiście, nic z tych rzeczy! Dlaczego?

Na wideorelacji z kuluarowego spotkania podczas konferencji poświęconej zmianom systemu szkolnictwa wyższego, zamieszczonej na stronie MNiSW, jeden z „reformatorów” mówi: nie potrzebne są nam osoby z zewnątrz, my [czyli beneficjenci systemu –R.K.] najlepiej wiemy jak go naprawić. Słowom cwaniaczka towarzyszy rechot obecnych tam przedstawicieli elity intelektualnej naszego kraju. Ta bezczelna wypowiedź jest przejawem mentalności wiecznych reformatorów systemu socjalistycznego w tzw. Polsce Ludowej. Reformowaliby go, dla własnej korzyści, do dziś, gdyby nie wybuch społecznego buntu latem 1980 r. Gdyby wylewająca się lawa nie zaczęła zatapiać ruin gnijącej cywilizacji.

Między bajki należy włożyć część wypowiedzi pana europosła, sugerującą zaskoczenie prawicowej profesury, że na uczelniach „środowiska konserwatywne są niszczone”. Bowiem ona doskonale wie, co się dzieje na polskich uczelniach i to nie od czasu pogrożenia palcem prof. Nalaskowskiemu, nieprzyznania profesury Andrzejowi Zybertowiczowi czy ostatniego przypadku na Uniwersytecie Śląskim, tylko od dekad – polskim systemem akademickim zarządzają, a właściwiej „zawiadują” typy sowieckie! Kiedyś wielbiące Stalina, później optujące za jego następcami, a po upadku realnego socjalizmu,  „Słońca Narodów” upatrujące w  ideologach marksizmu kulturowego oraz w Adamie Michniku.

I o tym doskonale wiedzą i Nalaskowski i Zybertowicz, a także profesorowie Ryszard Terlecki oraz Włodzimierz Bernacki. Dwaj ostatni zasiadali w sejmowej komisji ds. szkolnictwa wyższego, ale nic z tego dla naprawy systemu, a chociażby nagłaśniania licznych jego patologii, nie wyniknęło. Bo wyniknąć nie mogło. Przecież nie mieli w tym żadnego interesu; jaki normalny, tzn. sprawny społecznie, układ pozwoliłby im grzać pośladki na kilku dobrze płatnych posadach, w tym co najmniej dwu w szkołach wyższych? Żaden, dlatego żadnego normalnego nie chcieli wprowadzać. Zresztą na temat faryzeizmu obu dygnitarzy z partii PiS  już się wypowiadałem, zarówno na tych, jak innych łamach.

Nie chcę się czepiać najwyższego dostojnika w państwie, zwłaszcza w okresie wyborczym, ale nie dostrzegłbym słonia w oranżerii, gdybym nie wspomniał, że i on wie co się dzieje na uczelniach, w cywilu jest przecież pracownikiem naukowym. Wie również o tym jego ojciec, również pracownik akademicki. I co? I pstro!

Profesura „konserwatywna” wylewając obecnie swoje żale, byłaby żałosna, gdyby nie jeden zasadniczy fakt. Otóż ludzie ci, aby podnieść w oczach społeczeństwa znaczenie swojej „martyrologii” sugerują, że są ofiarami walki o pluralizm oraz wolność nauki i wypowiedzi. Podobni są w tym do tych pieszczochów systemu komunistycznego, którzy osobiście lub będąc potomstwem dobrze usadowionych w słojach władzy rodziców, wylecieli z układu  jako „Przedwczesna ofiara zakrętu historii czy jakiejś kolejnej partyjnej dintojry”.

Dla nich również okres „błędów i wypaczeń” zaczął się dopiero w chwili ich „męczeństwa”, czyli około 1968 r., ewentualnie „Listu otwartego do Partii Kuronia i Modzelewskiego”, w 1965 r.,  i od tego też momentu rozpoczęła się walka o wolność w Polsce. W której oczywiście przodowali. I wtedy dopiero zaczęły mnożyć się represje, bo wcześniej żadnych ofiar panującego systemu nie było, podobnie jak nie było żołnierzy wyklętych, tylko bandy.

Podobnie uważają dzisiejsi profesorowie niezłomni i wyklęci: wcześniej o szykanach z powodów politycznych na uczelniach mogli mówić co najwyżej frustraci, miernoty, które się „nie załapały” i teraz wykrzykują swój ból, zwykłe oszołomy. Bo wcześniej ofiar systemu akademickiego nie było, dopiero teraz się pojawiły. W ich szlachetnych osobach.

Innymi słowy dzisiejsze utytułowane płaczki – którym, bądźmy szczerzy, wielka krzywda się nie dzieje, ot przyjacielski kuksaniec w porównaniu z tymi ciosami, którymi w ciszy i spokoju, przez nikogo nie niepokojony,  poststalinowski system akademicki glebił i glebi tych, którzy stanęli sztorcem , samotnie, a może naiwnie wierząc, że sami nie są – więc owi fałszywcy zakłamują historię tak, jak robią to „resortowe dzieci”.  Kreując się na „ofiary” grzebią, już i tak głęboko pochowane, prawdziwe ofiary bezprawia, w obliczu którego nie śmieli nawet szczeknąć, w czasach, jak mówi red. Michalkiewicz, swego dobrego fartu.

Dlaczego zatem dziś nieśmiało, choć bez wdzięku, popuszczają? Bo kryzys na polskich uczelniach, zwłaszcza na wydziałach humanistycznych, skąd pochodzi większość  obecnych „ofiar” i broniących ich profesorów niezłomnych, zaczyna dosięgać miejsc najbardziej wrażliwych – kieszeni. Nie od rzeczy będzie przypomnieć, że wojnie kulturowej, jaką rzekomo toczą z lewactwem na uczelniach, towarzyszy również wojna klasowa – walka o byt. W tym wypadku – zasobny byt. Jak długo jest się czym dzielić, tak długo „waśnie ideowe” mogą przebiegać z gracją, jak na ludzi nauki i kultury przystało. Kiedy zasoby materialne się kurczą, wtedy już nie ma żartów, lakierki zmieniają na adidasy, fraki na dresy. Następuje walka klas, czyli ludzie z klasą walczą o kasę. Normalna rzecz, tylko po co mieszać do tego Boga, Honor i Ojczyznę?

Kurcząca się liczba studentów na wydziałach humanistycznych, coraz niższe notowania w rankingach, dysfunkcyjność systemu, który niczym kamień młyński u szyi ciąży gospodarce, czyli społeczeństwu, wszystko to sprawia, że państwo polskie, nawet gdyby tego bardzo nie chciało, musi zmniejszać kurek z pieniędzmi. Kurczy się też liczba wyższych szkół gotowania na gazie, zasobnego źródła dodatkowych dochodów dla profesury obu opcji ideowych – postępowej i konserwatywnej. Chudnie przeto nie tylko sakiewka, ale liczba etatów i stanowisk uczelnianych. „Jest taka sprawa d..a szeroka a wąska ława”, mówią w tej sytuacji wybitni przedstawiciele nauki polskiej. Nic też dziwnego, że akademicy obdarzeni większymi sempiternami, a jak się już rzekło, są to uczelniani lewacy, zaczynają naciskać swym „dorobkiem naukowym” tych z mniejszymi – konserwatystów. Stąd czasami jakiś prawilniak znajdzie się na samym skraju ławy, a czasami to nawet z niej wypadnie. Ponieważ zachodzi uzasadniona obawa, że takie sytuacje mogą się powtarzać, stąd to popuszczanie. Nagłe olśnienie, że na uczelniach źle się dzieje i niech ktoś coś z tym zrobi, niechby nawet skromny doktor, ale za to ważna figura w politycznej układance – Patryk Jaki.

Bo gdyby było inaczej, gdyby nie obawy, że zasada „róbmy sobie na rękę” przestanie działać , ale rzeczywiste pragnienia przewietrzenia zatęchłej atmosfery na uniwersytetach leżały u podłoża obecnej krytyki systemu, to prawicowa profesura nie przyszłaby smarkać w rękaw dr. Jakiego tylko naciskałaby kilka lat wcześniej na kolegów profesorów: Terleckiego i Bernackiego, aby zaczęli przynajmniej nagłaśniać wady i ordynarne patologie dziejące się w zacisznych wnętrzach polskich wszechnic. Ale wtedy najwyraźniej jeszcze było za wcześnie, jeszcze można się było dobrze pożywić u akademickiego koryta, tym, którzy sądzili, że  pełna micha słusznie się im należy. Jak łańcuchowemu burkowi miska zupy.

No dobrze, powie ktoś, autor wytłumaczył skąd druga część tytułu tekstu, ale co oznacza  pierwsza? Pars pro toto oznacza „część za całość”. Figurę tę stosujemy wówczas, gdy chcemy na konkretnym, wycinkowym przykładzie ukazać całość zjawiska. Autor artykułu posłużył się tą odmianą synekdochy, aby uświadomić czytelnikowi, że tak jak w przypadku systemu akademickiego, „dobra zmiana” będzie robić wszystko, aby tylko nic tak naprawdę się nie zmieniło w układzie, na którym zbudowano III RP. W tym kontekście fakt, że prezes Kaczyński uczynił z Ryszarda Terleckiego tak ważną figurę na swej szachownicy politycznej, jest wielce wymowny.

Chyba, że pchnie ją do tego interes własny. Podkreślam – własny, a nie społeczeństwa i kraju. Chyba, że się zorientuje, iż „słodkich pierniczków” zaczyna brakować również dla „konserwatywnej” kamaryli, czyli prawej stronie tej żarłocznej hybrydy, która opanowała kraj na wszystkich jego administracyjnych szczeblach i na wszystkich polach społecznej aktywności, zwłaszcza tam, gdzie są pieniądze i prestiż.

Dopiero wtedy „dobra zmiana” zacznie gardłować, z ugrzecznionym Jarosławem Gowinem włącznie, że coś tu jest nie tak, że zmiany są zbyt płytkie i że trzeba łagodnej, ale jednak rewolucji. I wtedy ją zrobią – dla własnych korzyści, nigdy dla naszych. I nie będą mówić, że zbyt gwałtowne ruchy na scenie politycznej mogą uaktywnić ruskich szpionów, rozochocić totalną opozycję i w ogóle – „podpalić Polskę”,  tak jak towarzysze partyjni wysokiego szczebla, decydując się pod koniec lat 80. XX w. na transformację, mało przejmowali się wcześniejszymi zapewnieniami, że realnego socjalizmu bronić będą jak niepodległości, gdy zobaczyli, że nawet za żółtymi firankami zabrakło smakowitych kąsków.

Agenci transformacji – ważna przyczyna obecnych patologii akademickich

Agenci transformacji 2.PNG

cd.PNG

Profesorskie Imperium Niegodziwości

1.PNG

4

2

3

5

cały tekst pod adresem

 http://archbudo.journalstube.com/page/display/id/34/title/archbudo-book-series 

Profesorskie Imperium Niegodziwości

Rektor UŁ i Dziekan Wydziału Prawa i Administracji UŁ ponad prawem

Rektor UŁ i Dziekan Wydziału Prawa i Administracji UŁ ponad prawem

Państwowa Inspekcja Pracy – Okręgowy Inspektorat Pracy w Łodzi potwierdziła nielegalność pełnienia funkcji kierowniczych przez 12 osób na Wydziale Prawa i Administracji Uniwersytetu Łódzkiego (o sprawie pisała m.in. Gazeta Polska w artykułach z 3.04., 11 i 17.08.2017 r.)

Niektóre z tych osób pełnią nielegalnie funkcje kierownicze nawet od kadencji 2012-2016 (jak p. B. Jaworska-Dębska) lub też kilka jednocześnie – kierownika katedry i kierownika zakładu (jak p. R. Dębski).

Mimo wystąpienia PIP w sprawie usunięcia naruszeń prawa Rektor UŁ p. prof. Antoni Różalski nie ma jednak zamiaru odwołać osób niezgodnie z prawem pełniących funkcje kierownicze. Powołuje się na „specjalne zezwolenie od Ministra na łamanie prawa”.

Poczucie bezkarności Rektora i Dziekana Wydziału PiA prof. Agnieszki Liszewskiej kierującej wnioski w sprawie obsady stanowisk kierowniczych jest tym bardziej zadziwiające, że nielegalne kierowanie katedrami i zakładami wiąże się z co miesięcznym pobieraniem nienależnych środków publicznych. Te nie tylko że wciąż nie zostają zwracane, ale i są nadal bezkarnie pobierane. Są to środki z naszych podatków.

Skala już wykrytych nadużyć finansowych władz uczelni może sięgać co najmniej kilkaset tysięcy złotych, z tym że kontrola PIP była przeprowadzana na razie tylko na jednym wydziale UŁ.

Dziekan Wydziału Prawa A. Liszewska ze strachu przed nagłośnieniem afery już w czerwcu ub. r. rozpoczęła procedurę zwolnienia pracownika, który na piśmie zgłosił nielegalne pełnienie funkcji kierowniczej przez jedną z osób.

Zarówno Rektor, jak i Dziekan od ponad roku mieli pełną świadomość tego, że naruszają prawo. Wielokrotnie byli o tym napominani na piśmie.

Powołując na nową kadencję już wiedzieli, że czynią to z naruszeniem prawa.

Jest to ta sama Dziekan, która pouczała Prezydenta RP i PiS, że łamią przepisy Konstytucji w sporze wokół TK, a niedawno wypowiadała się na łamach Gazety Wyborczej co do za szybko przeprowadzanej reformy sądownictwa.

Takie uwagi zgłasza osoba, która wraz z Rektorem dopuszcza się naruszania prawa na ogromne straty finansowe, świadomie działając na szkodę państwa.

W dniu 24 sierpnia 2017 r. Rektor p. prof. Antoni Różalski osobiście poinformował mnie, że nie będzie przestrzegał przepisów ustawy Prawo o szkolnictwie wyższym i Statutu UŁ odnoszących się do zasad powoływania na funkcje kierownicze, w szczególności bezwzględnego wymogu powoływania kierowników katedr i zakładów na 4-letnią kadencję władz UŁ.

Rektor ma pełną świadomość tego, że niektóre osoby zostały powołane na stanowiska kierownicze na rok, 2 lub 3 lata (bo na taki okres zawarto z nimi umowy o pracę po przejściu na emeryturę), ale „idzie w zaparte” i nie zmienia lekceważącego stosunku zarówno do obowiązującego prawa, jak i do wyników kontroli i wystąpień PIP. Na moje pytanie o dalsze zatrudnianie w UŁ p. prof. Małgorzaty Stahl – zarejestrowanej jako TW i także nielegalnie powołanej na funkcję kierownika katedry – odpowiedział, że nie zamierza zapoznawać się z teczkami p. Stahl w IPN, a w ogóle to tajni współpracownicy nie tylko mogą pracować na uczelni, ale są tam wręcz pożądani!!!

Wnioski z tej patologii pozostawiam Czytelnikom.

Ryszard Małecki

Chamstwo pracowników nauki i szkolnictwa wyższego

Chamstwo pracowników nauki i szkolnictwa wyższego

Waldemar Korczyński

Ciekawe przykłady chamstwa znaleźć można wśród – będących w Polsce opłacanymi przez Państwo – pracowników nauki i szkolnictwa wyższego. Jak na elitę elit przystało chamstwo to jest na ogół bardziej subtelne niż wśród przedstawicieli, innych, mniej elitarnych profesji. I bardzo często jest ono mylone ze zwykłą pazernością czy walką o stołki co trudno uznać za działalność bezinteresowną.

Generalnie chodzi o to, że klasa uczonych dba o to, by nikt nie mógł się dowiedzieć za co konkretnie bierze raczej grubą (warto zajrzeć do artykułu „Ile zarabia profesor?” w Forum Akademickim z grudnia 2009) forsę. Wartość normalnego pracownika ocenia się na ogół po jakości tego co produkuje. Piekarz jest więc dobry, gdy robi chleb bez zakalca, a budowlaniec gdy postawiony przezeń most się nie wali. Naukowcy produkować mają odkrycia i artykułować je w możliwy do przetwarzania sposób.

Pytanie „Co Pan odkrył, Panie profesorze” uznane będzie jednak prawdopodobnie za nietakt, bo tak bezpośrednio się uczonych nie ocenia. Można wprawdzie zapytać „Co Pan opublikował”, ale odpowiedź niekoniecznie musi mieć związek z pierwszym pytaniem, bo może się okazać, że wymienione w długiej liście publikacje są „przyczynkowe” i nie zawierają opisu żadnego odkrycia. Zdobywanie stopni i tytułów bez wytworzenia jakiegokolwiek produktu naukowego (odkrycia) może i jest np. oszustwem, ale chamstwem już nie, bo nie ma waloru bezinteresowności.

Chcę więc jasno powiedzieć, że tak ostatnio popularne wynalazki uczonych jak:

  • Ukrywanie rzeczywistych dokonań naukowych pod tzw. wykazem publikacji. Niektórzy uczeni nawet nie mają się za co schować i powiadają, że są uczonymi nie na podstawie jakichś tam „wyników”, ale łaski stosownej grupy innych uczonych (np. Rady Wydziału), która ich za uczonych uznała. Podobnie bywało w średniowieczu, gdzie można było zostać kimś ważnym z łaski np., króla. W przypadku naukowców może się jednak zdarzyć, że łaskodawcy nie są dużo lepsi od łaskobiorcy.
  • Kradzież dorobku kolegów po fachu czyli tzw. plagiaty.
  • Minima kadrowe. Jest to przepis warunkujący istnienie tzw. kierunku studiów zatrudnieniem przez uczelnię określonej liczby tzw. pracowników samodzielnych. Płaci się więc często nierobom, którzy wykorzystują swe stopnie i tytuły do pobierania ca 8 – 10 tys/mies za ok. 4 – 6 godzin pracy tygodniowo. Opowieści o rzekomej pracy naukowej całej ogromnej rzeszy wykładowców można skonfrontować z ilością polskich Nobli, a gadanie o pracy organizacyjnej uczonych ze stanem naszych uczelni, koordynacją nauczanych przedmiotów czy innymi „duperelami”. Ubaw gwarantowany.
  • Praca na wielu etatach. Rekordzista pracował podobno na kilkunastu, ja znam takich co mieli po kilka.
  • Nauczanie przedmiotów, o których ma się pojęcie raczej mętne lub nie ma się kwalifikacji formalnych do ich nauczania. Mimo podobieństwa do chamstwa polityka wciskającego ludziom brednie nie jest to chamstwo, bo za godzinę wykładu uczony bierze od 100 do 1000 PLN, więc bezinteresownie bzdur nie gada.
  • Spanie wykładowcy na zajęciach ze studentami.
  • Fałszowanie dyplomów.
  • Przepracowywanie jednego dnia więcej niż 24 godzin dydaktycznych.
  • Bredzenie o „bezpłatnej” edukacji, gdzie Państwo płaci wykładowcom, którzy mogą zupełnie nie odpowiadać zainteresowanym, tj. studentom. Za to płacimy wszyscy. Bezpłatnej edukacji nie ma, ale zamiast uczelniom można dać forsę (np. poprzez stosownie skonstruowany bon edukacyjny) studentowi, który wybierze komu i ile zachce zapłacić. A ewentualnie zaoszczędzone pieniążki z bonu wyda np., na piwo.

Są to typowe przykłady pomawiania uczonych o chamstwo. I te i wiele innych, powszechnie uważanych za nietypowe, zachowań elity narodu chamstwem nie są, bo nie są bezinteresowne, a korzyści z nich nie są w stosunku do strat studenta małe. Najczęstszym w tym środowisku typem chamstwa są rozmaite formy zarozumialstwa, przecenianie swojej wartości, „parcie na szkło” i tytuły i – co też się zdarza – nadwrażliwość na najmniejsze nawet przejawy krytyki czy pytania o bardziej lub mniej naukową przeszłość.

Tę ostatnią cechę łatwo jednak pomylić z obawą o to, że ujawnienie rzeczywistej wartości uczonego może narazić go na utratę części lub wszystkich (np., w przypadku plagiatu) dochodów. Nie wiadomo więc, czy taki „wrażliwiec” to matołowaty chamciuch czy ostrożny cwaniak.

A może też być i tak, że jest to człowiek uczciwy, który po prostu zna swoją wartość. Tu trzeba mieć naprawdę sporą wiedzę o człowieku, by orzec czy jest on naukowym chamem czy nie.

Dlatego też chamstwo naukowe ma charakter bardziej statystyczny niż indywidualny. Trudno jest orzec czy profesor X jest czy nie jest chamem, ale można stwierdzić, że klasa ludzi wciskających nam kit pt. wyższość realnego socjalizmu nad kapitalizmem, która do dziś za ten kit nie przeprosiła chamowata jednak jest. Nie oznacza to, że wiemy kto jest konkretnie „winny”, ale faktem pozostaje to, że robiono nas w bolo i nie przeproszono.

A ponieważ wspomniana klasa niczego by na tych przeprosinach nie straciła, więc jest to zaniechanie bezinteresowne, czyli chamstwo.

Zainteresowanych opisami naukowych chamów-indywidualistów odsyłam do poświęconych kondycji nauki i szkolnictwa wyższego portali, gdzie znajdą sporo zabawnych często przykładów. Zarówno w przypadku naukowego chamstwa indywidualnego jak i statystycznego akceptacja społeczna jest znacznie większa niż w jakimkolwiek innym przypadku. Być może jest to konsekwencją przerośniętego nad miarę wyobrażenia przeciętnego Polaka o wkładzie naukowców w życie gospodarcze i (a może przede wszystkim) kulturalne naszej Ojczyzny.

Polska to kraj gdzie można w oparciu o widzimisię recenzentów CK inspirowanych słuchawką telefoniczną degradować,można też na takiej samej podstawie awansować

 

Polska jest jak stara służąca…

To kraj  gdzie   można w oparciu o widzimisię recenzentów CK inspirowanych słuchawką telefoniczną degradować,

można też na takiej samej podstawie awansować 

Robert Kościelny

O tym, że państwo polskie wisi na belce, i przez to jest praktycznie tworem martwym, truchłem: po prostu („istnieje teoretycznie”), wie każdy w III RP. Kto miał jeszcze jakieś wątpliwości, to pozbył się ich po konferencji prasowej (nazywanej dalej konferansjerką, zapowiadającą w intencjach kolejne niezmącone lata rządów sitw pod parasolem PO) premiera rządu Donalda Tuska. Pomijam oczywiście funkcjonariuszy systemu, ci idą za swym pryncypałem w zaparte, czy też „na rympał”. To drugie określenie, wzięte z gwary więziennej (w więzieniach PO ma największą ilość zwolenników, nieodmiennie głoszą komunikaty powyborcze leśnych dziadków), szczególnie stosowne jest do opisu zachowań reżimowych dziennikarzy i jednego posła z PO, których łączy mentalność knajacka.

W funkcjonującym normalnie państwie, dymisja rządu byłaby oczywista, jak amen w pacierzu, ale kto twierdzi, że żyjemy w normalnie funkcjonującym państwie prawa”, pyta retorycznie Piotr Cywiński na portalu wpolityce. Cywiński zadał je dzień po konferansjerce Tuska.

Zgniłe korzenie III RP.

Cytowany publicysta jakżeż słusznie zauważył, że ten stan rzeczy ma swoje źródła w nierozliczeniu, nie tak znów dawnej, peerelowskiej przeszłości. Stąd za Stefanem Kisielewskim należałoby powiedzieć, „to nie kryzys, to rezultat”. Bo przecież III RP od chwili poczęcia przy (a może słuszniej:pod) okrągłym stole istnieje w warunkach permanentnego kryzysu. Mówiąc górnolotnie – etycznego. Przekłada się on na zachowania Polaków. Tyle razy oszukanych, rozczarowanych, w których zabijano raz po raz nadzieje. A od kilku lat karmionych pedagogiką wstydu. W takich warunkach żaden naród nie jest w stanie zachować godności, czy poczucia własnej wartości. W takich warunkach po prostu zatraca się moralny instynkt, na rzecz hasła: ratuj się kto może.

A jedni mogą bardziej (członkowie sitw: zarówno ci z lewicy jak prawicy), a inni mniej – więc toną („takie są odwieczne prawa natury pani kierowniczko”). Napoleon, który rozpoznał w zachowaniach Francuzów podobne do wzmiankowanych symptomy, miał powiedzieć o Francji, że jest jak stara służąca przywykła do tego, że gwałci ją kto chce.

Wiem, ale nie powiem…

Wiem jak to się wszystko skończy i kto wygra, a kto przegra z kretesem. Ale nie powiem. Niech partyjni doradcy kombinują, biorą za to grubą kasę. Niech rezonują publicyści mediów niezależnych i tych niepokornych – inkasują za to sute wierszówki.

Na razie widzimy, że skandal, który w wolnym i pewnym swych walorów narodzie skończyłby się przepędzeniem łotrów, którzy łżą w żywe oczy, na cztery wiatry, a później zamknięciem ich w lochu na cztery spusty, nie wywołał przesadnego rezonansu. W czasie, gdy to piszę młodzież z Ruchu Narodowego, chcąca wyrazić swą dezaprobatę, została spałowana i rozpędzona przez ZOMO III RP. Dostało się nawet dziewczynom z RN. Ach gdzież są feministki ze swym jazgotem!

Nie dziwi nic.

Dziwne to? Nie bardzo. Jeszcze większym powodem (tak: o wiele większym!), żeby przepędzić rządzące Polską sitwy i ich reprezentantów w osobach członków rady ministrów z PO (dawne KLD i UW) i PSL (byłego ZSL), była Tragedia Smoleńska. Przepędzić, a po przepędzeniu i wytarzaniu w smole i pierzu osadzić w lochu na długie lata. I co? Każdy wie co, więc po co się wyrażać.

Polacy są od 25 lat przyzwyczajeni do łgarstw w żywe oczy, do łajdactw na które nie ma kary, do bezczelnych, dufnych w swą absolutną bezkarność ludzi władzy.I do tego, że są wobec tego zjawiska bezsilni. Wypuszczono z nas powietrze. Ktoś napisał, że konferansjerka Tuska to naplucie Polakom w twarz. Nie po raz pierwszy i zapewne nie ostatni. Polakom raz po raz zalewają oczy swoją śliną więksi i pomniejsi decydenci.

Zaplute elity.

Przypomnijmy chociażby sprawę dobrze znaną czytelnikom tekstów zamieszczanych na stronie NFA. Skandaliczną wypowiedź prof. Tadeusza Kaczorka, który z dezynwolturą mówił w czasie gdy jeszcze był szefem Centralnej Komisji ds. stopni i tytułów naukowych, iż w zarządzanej przez niego instytucji dochodzi do przewał – uwalaniu kandydatów do stopni i tytułów naukowych na telefon.

Przecież w tym momencie magnificencja raczyła charknąć w twarz nie tyle tym, których CK uwaliła, ile tym, których ta przyjemność ominęła.

Prosta sprawa: jeśli można w oparciu o widzimisię recenzentów CK inspirowanych słuchawką telefoniczną degradować, można też na takiej samej podstawie awansować. Jak się poczuły osoby, na które pan Kaczorek rzucił, chcąc nie chcąc, cień podejrzenia, że nie własnej pracy, ale temu że działają telefony, zawdzięczają honory? Nijak, otarli plwocinę z twarzy („widocznie deszcz pada”) i poszli ściskać rękę panu prezydentowi (temu, dla którego przyczyna śmierci Pary Prezydenckiej i innych osób, w tym młodych dziewcząt-stewardess i chłopców z BOR jest „arcyboleśnie prosta”) – bo nie sądzę, żeby podsuwali do uścisku inną część ciała. Byłoby o tym bez wątpienia głośno.

Bantustan.

Gdybyśmy mieli państwo, które istnieje praktycznie, a nie teoretycznie i antysystemową opozycję, która istnieje realnie, a nie tylko w teorii i odważną elitę antysystemową, która nie tylko mówi o dobru wspólnoty (bo przecież likwidacja źródeł takiego bezprawia i krzyczącej niesprawiedliwości byłaby w interesie wspólnoty), ale i w jej interesie działa, to wypowiedź szefa CK byłaby początkiem końca jego tyleż długiej co niewątpliwie błyskotliwej kariery.

Zresztą nie tylko jego, ale również innych świętych krów. W tym zwłaszcza ulegających wdziękom aparatu telefonicznego. Ale takiej opozycji i elity nie mamy, więc Kaczorek tak jak Donald mogą być z siebie zadowoleni, a nade wszystko siebie i swej pozycji pewni. Takich „Kaczorków” i takich „Donaldów” jest oczywiście więcej. Są w każdej dziedzinie naszego życia. I siedzącej cicho, bo mającej usta zakneblowane górnolotnymi frazesami i świadomością własnych interesów, opozycji, również.

Tak więc skoro ci, którzy mówią o sobie „elity”, nie są w stanie zareagować na dyshonor, na pomiatanie nimi („jak bezwolne manekiny przewracane i kopane”), natomiast chętnie odreagują na słabszych, którzy śmieją im to wypomnieć, to dlaczego dziwią się ludziom, którzy nie mieli, nie mają i mieć nie chcą ambicji tworzenia socjety? A dziwią się, jakie to polactwo wydygane i beznadziejne, skoro nie chce się bić i zmieniać Polski. A niby dlaczego mają to robić? Żeby później, ponosząc wielkie ofiary, doczekać się Wielkiego Zbratania Dwu Stron Historycznego Podziału? Jakiegoś wariantu grubej kreski? Jakie ludzie mają gwarancje, że znów zamiast szansy na rozwój w sprawiedliwym i przyjaznym obywatelom państwie nie otrzymają przysłowiowego gie w zęby? Przy takich „elitach antysystemowych”. I takiej opozycji. No jakie?

 

Robert Kościelny pyta: Kto z profesorów rzuci w twarz wyzwanie systemowi nauki i jego oligarchom ?

Robert Kościelny pyta: Kto  z profesorów rzuci w twarz wyzwanie systemowi nauki  i jego oligarchom  ?

 

Polska musi być wyspą wolności
Jarosław Kaczyński

30 kwietnia 2014 odbyło się posiedzenie Rady Programowej PiS, w której uznano: „Żeby zrealizować program PiS, trzeba nowego państwa”. Przewodniczący Rady, profesor Piotr Gliński stwierdził, że zadanie zbudowania nowego państwa choć trudne nie jest niewykonalne: „w sytuacji innej komunikacji pomiędzy elitami i masami można państwo z większą nadzieją próbować zmieniać”.

Frontem do mas…

To, że przyczyna kryzysu państwa leży w utracie kontaktu z masami nie jest, zwłaszcza dla starszych czytelników, żadną niespodzianką i doprawdy nie trzeba socjologa, a w dodatku męża stanu, żeby móc takie zdanie – będące lejtmotywem referatu każdego nowego I sekretarza KC PZPR, który wyłaniał się z dymem pożarów, z kurzem krwi bratniej tzw. polskich miesięcy czasów Peerelu – wpleść między frazy swych propaństwowych przemyśleń. Nie wiem w jaki sposób prof. Gliński będzie chciał poprawić komunikację z masami. Ale to w końcu problem techniczny. Zawsze jakiegoś machera można wytrzepać z rękawa. Gorzej z elitami.

Bo wprawdzie historia III RP pokazuje, że je również można wytrzepać – tak z rękawa jak z innych części garderoby – np. nogawki, a dzieje Peerelu dopowiadają, że także z walonek (iluż jeszcze przedstawicieli takich walonkowych elit tumani i przestrasza, mogliśmy się przekonać przy okazji sprawy prof. dr. mjr. hab. Zygmunta Baumana) – ale problem w tym, czy ludzie zechcą uznać za przewodników te – wytrząśnięte z różnych, czasem niezbyt reprezentacyjnych, zakamarków – przezacności (Cała rzecz stanęła na tem, jak pogodzić de z batem).

Kto, kogo, kiedy i z kim zdradzał.

Kilkanaście dni wcześniej Piotr Gliński powiedział: „25 lat III RP to historia zdrady elit”, a poza tym stwierdził, że „demokracja w Polsce jest tłamszona”. To wszystko święta prawda, tylko czemu smiejoties? nad soboju smiejoties! Bo demokracja to wolność. W tym wolność wypowiedzi. A według naszych przodków to nawet przede wszystkim; bo wolne mówienie […] jest Matką i Duchem Wolności, jest niekonającej Ojczyzny status i znak, gdy jeszcze gada.

Czy zasady wolnego mówienia przestrzega tzw. „prawa strona”? Casus ks. Isakowicza-Zalewskiego, którego zbanowała niezależna.pl jest wymowny (sic!). Ale mniejsza z niezależną pl. – w końcu jest to prywatna inicjatywa i naczelny GP i GPC może sobie dobierać do grona autorów, kogo tam chce. W poruszanym przypadku, szkoda tylko, że na pożegnanie naubliżał tak szlachetnej postaci, jaką jest ks. Tadeusz Isakowicz – Zalewski. A później – o obłudo do nieba śmierdząca! – jeszcze zapewnił, że będzie się modlił za sponiewieranego przez siebie, insynuowaniem ukraińskiej krwi na rękach, kapłana.

Tak więc już samo to wystarczy, by stwierdzić, że również po tzw. antysystemowych elitach cudów raczej nie należy się spodziewać. Wolność tak, ale bez przesady!

Tym bardziej, że już w 1999 w wywiadzie udzielonym portalowi ekologów pracownia.org.pl. zatytułowanym W ruchu ekologicznym jest mniej g…. niż w całym świecie, Piotr Gliński dał specyficzny popis elitarności, mówiąc o „obecnej rzeczywistości społeczno-kulturalnej”, która jak wynikało z kontekstu wypowiedzi powoduje, że niektóre radykalne, choć tak w ogóle słuszne, działania ekologów, nie mogą być podejmowane, bo spotkają się z niezrozumieniem tubylców – „tego kraju”. Pan profesor mówił też o g…e, które zalega w świecie, „ale w ruchu ekologicznym jest [go] mniej”. A skoro tam jest go mniej, to gdzieś musi być go więcej. Ciekawe gdzie ?

Zielono mam w głowie i fiołki w niej kwitną…

Poza tym prof. Gliński mówił o „przysłowiowych babciach słuchających Radia Maryja”, obsadzając je w zaszczytnej roli użytecznych idiotek. Konserwatystek, które jako nieposiadające samochodów, a zapewne w dodatku darzące pierwotną czcią przyrodę, będącą niewysychającym źródłem ziół tak potrzebnych w guślarskich praktykach, nieświadomie popierają zmagania ekooświeconych, walczących o integralność ekosystemu góry św. Anny, przez którą to (górę) planowano w tym czasie przeprowadzić drogę szybkiego ruchu.

W owych latach prof. Gliński musiał chyba uważać, że jego wierność, jako bez wątpienia przedstawiciela elity należy się raczej głuszcom, paprociom i rzadkim okazom robaków płaskich lub obłych. W tych czasach babciom słuchającym Radia Maryja wierności dochowywali co najwyżej mnisi z zakonu redemptorystów. Wobec których każdy przyzwoity i na pewnym poziomie człowiek mógł zająć tylko jedno stanowisko – takie jakie nakazuje aktualna linia redakcji „GW” i Unii Wolności. Z listy tej ostatniej prof. Gliński startował w 1997 r. do sejmu III RP, co zauważmy z kronikarskiego obowiązku. Podobnie jako to, że w 2003 zakładał partię Zieloni 2004, której program polityczny zawierał i zawiera wszystko co zarówno wówczas jak i dziś uchodzi za najmodniejsze. Europejskie.

Laureat zasłużonej nagrody.

„Jaka władza, tacy odznaczeni”, tak na konferencji prasowej 10 maja 2014 r., skomentował Jarosław Kaczyński fakt obwieszenia przez Bronisława Komorowskiego odznaczeniami za zasługi redaktorów i dziennikarzy „GW” …

Ale, jak to się mówi: revenons à nos moutons.

Piętnaście lat temu pan Gliński był młodym, zdolnym profesorem socjologii, więc nie wypadało mu nucić inaczej niż nakazywała nowa świecka tradycja, której kanon obmyślano przy ulicy Czerskiej. To zrozumiałe: gdy się ma profesurkę i synekurkę (uczelnianą), to głupotą byłoby iść pod wiatr historii, który potrafi strącić korony z głów, a nawet wraz z głowami, a co dopiero profesorski biret.

Być może coś podobnego myślał pan profesor, choć już nie tak młody jak dawniej, gdy w 2011 r. udawał się do Pałacu Namiestnikowskiego po order za zasługi. Ciekawe kto wówczas wnioskował o Krzyż Oficerski Orderu Odrodzenia Polski dla prof. Glińskiego? Może głuszce, którym profesor dochował wierności? Na stronie internetowej prof. Glińskiego czytamy: „o odznaczenie wnioskowali organizatorzy VI Ogólnopolskiego Forum Inicjatyw Pozarządowych”. Czyli miałem rację. To były głuszce!

Radość bezkręgowców, albo śmierć frajerom!

Wielu osobom w Polsce należą się splendory za ich niezłomność w czasach trudnych , znamy takich, którzy jednak po 10 kwietnia 2010 r., odmówili udania się do przybytku na Krakowskim Przedmieściu, gdzie rozdają różne aureole, obawiając się spotkania z jego głównym lokatorem. Media co jakiś czas piszą o dawnych działaczach opozycji, niemających najmniejszej ochoty na uścisk ręki człowieka, który kilka godzin po wydarzeniu z 10 kwietnia 2010 r., przejął władzę w państwie na mocy informacji zawartej na czerwonym pasku, któreś z „zaprzyjaźnionych stacji”. Pan Gliński rok po Tragedii Smoleńskiej, chyba nie miał takich skrupułów. Ten przejaw wierności ekosystemowi w jakim tkwią polskie elity został nagrodzony, bo dziś jest bardzo ważną osobą, która jeśli zwycięży „antysystem” będzie personą jeszcze ważniejszą. Pokazując młodym jak można i cnoty nie stracić i dolara zarobić. Obleńce już się cieszą!

Vivat akademia, vivant professores!

Podobnie „antysystemowi” uczeni, którzy pobiegli po odebranie tytułów profesorskich do palikotowego kolesia, komentującego wraz z towarzyszami największą – po zniszczeniu oporu żołnierzy wyklętych oraz masakrach i rozwianych nadziejach: Grudnia ’70 i stanu wojennego – tragedię Polski, tymi oto skrzydlatymi (nomen omen) słowami: „prawda jest boleśnie prosta – jakby nie polecieli, to by się nie rozbili”.

A przecież niczym nie groziłoby niepójście na fetę, to wcale nie wymagało wielkiego charakteru, jak mówił Poeta. Tych całych profesur dożywotnich by im nie odebrali. Dyplomy przysłaliby pocztą. Chodziło o gest, na który stać przedstawicieli mas, ale przedstawiciele elit uznali, że im nie wypada. W końcu oni, jako reprezentanci mas, a nawet ich najbardziej świadoma awangarda, i tak będą musieli kontaktować się z gospodarzem domu przy Krakowskim Przedmieściu. Czego przecież nie da się powiedzieć o takim np. dawnym opozycjoniście, któremu szczęście przekroczenia wysokich progów trafiło się jak ślepej kurze ziarno i który, co najwyżej, może reprezentować swą nieelitarną rodzinę. Oczywiście pod warunkiem, że żona mu pozwoli.

Potęga smaku.

Powiedzmy to sobie otwarcie: tym, którzy pretendują do roli przewodników narodu, do Pałacu Namiestnikowskiego nie wolno wchodzić pod żadnym pozorem. Zwłaszcza pod pozorem odebrania „honorów”. I nie jest to sprawa odwagi, ale smaku, który każe wyjść skrzywić się wycedzić szyderstwo choćby za to miał spaść bezcenny kapitel ciała – głowa.

Bo to elity mają się poświęcać, a nie masy. Bo elity są od tego, żeby pójść na pierwszą linię ognia. Natomiast nasze establiszmenciaki, wychowane w Peerelu i III RP, uważają że od zaściełania ciałami bitewnych pól są masy, oni zaś stworzeni są do plądrowania zdobytych taborów. I do rządzenia. Nażreć się i być bezpiecznym jak obozowy ciura, ale żyć w chwale pierwszego do walki, to cel elit, który zamierzają osiągnąć poprzez poprawienie kontaktu z masami. Na pewno się im to uda (Cała rzecz… ale o tym już wspominałem).

Wszyscy chorzy, ale z garów jak powymiatał…

Niby tacy prześladowani, niby pokrzywdzeni, mówiący prawdę całą dobę, ale gdy spojrzy się na ich życiorysy z ostatniego ćwierćwiecza, nie zapuszczając żurawia głębiej, bo to często kończyłoby się wielkim wstydem (dla nich), to jakoś nie widać w nich przerwy. Kolejne szczeble takiej czy innej kariery w państwowych strukturach i instytucjach pokonywali lekko i bez zadyszki, (nie mówiąc już o zawale), będącej nieuchronnym skutkiem narażenia się establishmentowi III RP, oligarchom grup antyrozwojowych, czyli – rządzących Polską sitw, w ramach których budowane są wsobne struktury i hierarchie, przekładające się na sukces, awans, zasobność materialną lub jej brak. Niestety koszty na to się składające nie są już wsobne, ale ogólne, społeczne (Pan płaci… Pani płaci… My płacimy… To są nasze pieniądze proszę pana…).

Łatwo sobie wyobrazić, jak po zwycięstwie partii antysystemowej (?) ci wieloletni dyrektorzy, naczelnicy czy też, jak się zaraz okaże, postponowani przez system profesorowie, bez przerw w życiorysie, będą użalać się jakie to sankcje ich dotykały, jak to patrzyli na nich krzywo szanowni koledzy na zebraniu instytutu, rady wydziału czy senatu. Jakie uszczypliwości musieli od nich znosić za swą nieprawomyślność. Zupełnie jak Mieczysław F. Rakowski. Kto nie wierzy, jak prześladowanym człowiekiem w czasach Peerelu były naczelny Polityki, późniejszy wicepremier, premier Peerel i ostatni I sekretarz KC, niech sięgnie po jego pamiętniki.
… A później będą się bratać w geście chrześcijańskiego miłosierdzia, ze swymi „oprawcami”. Pokazując masom, jak należy wybaczać nieprzyjaciołom swoim…

Faryzeizm do potęgi…

Kilka lat temu opublikowałem w, redagowanym przez ś. p. Michała Bieniasza, czasopiśmie szwedzkiej Polonii Słowo Kongresu tekst, w którym zwracałem uwagę na to, że nasze elity lubią mówić o sitwach, układach, sieciach powiązań, ale nie swego światka. Czy ktoś z przedstawicieli elit, naszych elit, stanął na czele ruchu odnowy swego środowiska – naukowego, artystycznego, kulturalnego, aby w ten sposób przyczynić się do rozcięcia jednej z nici sieci oplatającej nasz kraj? Zaczął punktować patologie i domagać się głębokich reform? Pociągnięcia do odpowiedzialności osób winnych, np. złego stanu nauki w Polsce – w końcu ktoś odpowiada za to, iż nasze najlepsze uniwersytety gnieżdżą się w czwartej setce światowych rankingów, obok uczelni krajów dotkniętych kataklizmami bądź niepokojami społecznymi, że niczego istotnego dla świata nie produkujemy, że jedynymi profesorami, którzy od razu podjęli od strony naukowej wątek tragedii smoleńskiej, byli nasi badacze z Zachodu, wyuczeni w tym, że naukowca czyni nie coraz dłuższy ogonek tytułów, ale buzująca w nim ciekawość poznawcza.

Mnóstwo młodych zdolnych zasila szeregi bezrobotnych, bądź gastarbeiterów, podczas gdy ukształtowana w czasach Peerelu tzw. stara profesura zasiada na kilku urzędach i etatach.

Czy znalazł się choć jeden profesor o znanym nazwisku z naszej strony, który o tym wspomniał?

Rzucił w twarz wyzwanie systemowi nauki i jego oligarchom?

Stworzył, bądź uczestniczy w ruchu odnowy środowiska naukowego w Polsce?

Walczy z patologiami, wyniszczającymi – niczym komórki rakowe organizm – system akademicki?

Jeszcze czego! Sam jest wieloetatowcem, więc nie będzie podcinał gałęzi, na której wygodnie się rozsiadł.

 

Znów o (p)osłach

 

Gdzie są posłowie „antysystemowi”, których psim obowiązkiem (płacimy im za to!) jest lobbowanie na rzecz interesów wspólnoty, a nie sitwy, pisałem w innym miejscu: w kolejce do trzech kas, a jeden to nawet do czterech (zapomogowej). A jeden poseł-profesor (albo profesor-poseł) z PiS (ten sam co to do trzech kas w kolejce stoi) wsławił się ostatnio lobbowaniem na rzecz specjalnych emerytur dla… profesorów, bo inaczej odchodząc na emeryturę wpadną w… „otchłań nędzy”. Z kim się na łby pozamieniali, mówiąc gospodarzem domu przy Alternatyw 4, ci „antysystemowi” posłowie, jeśli sądzą że taki przekręt, taki tupet, taka pruska buta, nie zostaną zauważone przez wyborców? Że nie odejmie to głosów ich partii. A głosy profesorskiej sitwy, której służą, raczej nie wystarczą do zwycięstwa w kolejnych wyborach.

Tydzień przed eurowyborami, wspomniana niezależna pl. cieszyła się, że akademicy z AKO ogłosili poparcie dla kandydatów PiS, który „udowodnił, że jest najbliższy naszemu systemowi wartości”. Mowa! Taka kiełbasa wyborcza, którą temu środowisku zafundował PiS swoim programem oraz złotymi ustami profesora-posła, udobrucha i przekona każdą magnificencję – niezależnie z jakiej strony historycznego podziału przybędzie do wyborczej urny w tym i przyszłym roku.

Medicae cura te ipsum!

Oczywiście nasi akademicy to tylko przykład, przywołany tu, gdyż dość dobrze mi znany. W innych sferach jest zapewne podobnie. Czy słyszał ktoś, aby nasi lekarze, aktorzy, notariusze, widząc jak młodzi, wykształceni, ale niestety niedoszli medycy, artyści, prawnicy wyjeżdżają za chlebem na Zachód – w końcu przypatrzyli się krytycznie mechanizmom doboru kadr i ścieżek awansu, jakie panują w ich branżach (podkreślmy: w ich, a nie cudzych!) i stwierdzili – dosyć tego, trzeba zmienić niesprawiedliwe reguły gry, mimo iż nas osobiście nie skrzywdziły? Czy nasze elity: swoich pożytków zapomniawszy – jak mówił Piotr Skarga w Modlitwie za Ojczyznę – zaryzykowały i stanęły na czele głębokich, doniosłych zmian w swoim środowisku? Ja o czymś takim nie słyszałem.

Co najwyżej puste użalanie się nad ludźmi, którzy wyjechali na Zachód, gdzie znaleźli szklane domy – obiecywane przez tych co raili im i raj, i deszcz pieniędzy, i życie jak za Gierka, jak wejdziemy do UE – które po bliższym przyjrzeniu okazały się… szklarniami bauera. Tylko, że nie tuby propagandowe wejścia Polski do UE tam pracują, dla nich są inne etaty: przewodniczących, komisarzy czy europosłów.
(Ekologiczne?) walenie w bambus.

Piotr Gliński oskarża tzw. „zamrażalkę” sejmową, w której grzęzną postulaty opozycji o to, że ogranicza możliwości działania posłów PiS.

Czy są tam również projekty dotyczące gruntownych zmian w szkolnictwie wyższym, których autorami byliby pisowscy akademicy zasiadający w komisji ds. nauki i szkolnictwa wyższego?

Albo w innych zawodach: prestiżowych i dobrze płatnych? Zmian gwarantujących że nie przychylność sitwy, ale pracowitość, talent i kompetencje otworzą przed fatygantem niebo spełnienia się w wybranym zawodzie?

Z drugiej strony „zamrażalka” jakoś nie przeszkodziła PiS-owi w zdecydowanych ruchach w/s wydarzeń na Ukrainie, w zmobilizowaniu do działania całego parlamentu. Tu okazało się, że życie polityczne istnieje również poza „zamrażalką”. Bo w jednych sprawach chce się i można działać, a w innych jakby mniej. A w jeszcze innych – w ogóle się nie chce. A nie chce się bo się broni wygodnego status quo. I tak jest również z systemem akademickim.
Zagorzałymi obrońcami tej poststalinowskiej struktury, na której co najwyżej mogą wyrosnąć takie kwiaty intelektu jak ów profesor z Białegostoku, co kazał się całować w d…. pracownikom IPN, są posłowie PiS. Jakoby „nasi” profesorowie. Którzy – oceniam to jak wyborca ocenia posłów – nie służą interesom wspólnym, wspólnoty akademickiej, ale sitwy akademickiej, mającej w nich dość wysoko postawionych, w hierarchii akademicko-urzędniczej i państwowej, protektorów.

Nie ma elit są uzurpatorzy.

W Polsce nie ma elity, więc ci, którzy się pod nią podszywają są uzurpatorami. Są za to odpowiedzialni za sytuację, o której w Trzeciomajowe święto przypomniał na Jasnej Górze ks. abp Stanisław Gądecki: 2, 5 mln ekonomicznych egzulantów, 2 mln bezrobotnych, 4 mln na skraju ubóstwa. Poza tym pogłębia się kastowość naszego społeczeństwa – czyli mówiąc inaczej: pogłębia się rozbicie sitwowe (kiedyś Polska rozbita była na dzielnice, teraz na korporacje) naszego kraju. Oczywiście za to, że prawie każda polska rodzina dotknięta jest co najmniej jedną z wymienionych przez księdza arcybiskupa bied, opozycja odpowiada najmniej. Ale umacnianiu ustroju sitwowo-korporacyjnego, jest współwinna. Bo jej posłowie bezwolni, zamknięci w korporacyjnych i środowiskowych gettach deklamując przywiązanie do wartości, takich jak: wolność, uczciwość, pomocniczość, praca dla wspólnoty – w praktyce drwią z nich.

W Polsce nie ma elit, są za to sitwy i stojący na ich czele oligarchowie. Obecny rząd jest dlatego tak mierny i godny najwyższej pogardy, bo wynajęty został do obsługi koterii kłębiących się na umierającym ciele Rzeczypospolitej oraz obrony wygodnego dla padlinożerców status quo. PiS, mający w swych szeregach takich niezłomnych mężów stanu oraz wspomagany przez „elity”, które poczucia smaku uczyły się chyba w kołchozowej garkuchni, też nie daje zbytnich nadziei na to, że będzie chciał, a jeżeli będzie, to – że zdoła podskoczyć capo di tutti capi i ich licznym fagasom. Tym bardziej, że takich fagasów ma w swoich szeregach.

A na koniec coś z gender…

Wybory dokonywane przez ludzi bez charakteru zawsze będą gnidzie. Niezależnie czy są oni z prawicy, z lewicy czy skądinąd. I zawsze będą przewidywalne. I zawsze będą zgodne z ich, a nie wspólnym, interesem. Człowiek bez kręgosłupa podobny jest w tym do homoseksualisty: wprawdzie nie wiadomo czy gustuje on w brunetach czy blondynach, szatynach czy rudych. A może kręcą go łysi? Ale jedno jest pewne: kobiety to on nie wybierze.

Robert Kościelny