Chamstwo pracowników nauki i szkolnictwa wyższego

Chamstwo pracowników nauki i szkolnictwa wyższego

Waldemar Korczyński

Ciekawe przykłady chamstwa znaleźć można wśród – będących w Polsce opłacanymi przez Państwo – pracowników nauki i szkolnictwa wyższego. Jak na elitę elit przystało chamstwo to jest na ogół bardziej subtelne niż wśród przedstawicieli, innych, mniej elitarnych profesji. I bardzo często jest ono mylone ze zwykłą pazernością czy walką o stołki co trudno uznać za działalność bezinteresowną.

Generalnie chodzi o to, że klasa uczonych dba o to, by nikt nie mógł się dowiedzieć za co konkretnie bierze raczej grubą (warto zajrzeć do artykułu „Ile zarabia profesor?” w Forum Akademickim z grudnia 2009) forsę. Wartość normalnego pracownika ocenia się na ogół po jakości tego co produkuje. Piekarz jest więc dobry, gdy robi chleb bez zakalca, a budowlaniec gdy postawiony przezeń most się nie wali. Naukowcy produkować mają odkrycia i artykułować je w możliwy do przetwarzania sposób.

Pytanie „Co Pan odkrył, Panie profesorze” uznane będzie jednak prawdopodobnie za nietakt, bo tak bezpośrednio się uczonych nie ocenia. Można wprawdzie zapytać „Co Pan opublikował”, ale odpowiedź niekoniecznie musi mieć związek z pierwszym pytaniem, bo może się okazać, że wymienione w długiej liście publikacje są „przyczynkowe” i nie zawierają opisu żadnego odkrycia. Zdobywanie stopni i tytułów bez wytworzenia jakiegokolwiek produktu naukowego (odkrycia) może i jest np. oszustwem, ale chamstwem już nie, bo nie ma waloru bezinteresowności.

Chcę więc jasno powiedzieć, że tak ostatnio popularne wynalazki uczonych jak:

  • Ukrywanie rzeczywistych dokonań naukowych pod tzw. wykazem publikacji. Niektórzy uczeni nawet nie mają się za co schować i powiadają, że są uczonymi nie na podstawie jakichś tam „wyników”, ale łaski stosownej grupy innych uczonych (np. Rady Wydziału), która ich za uczonych uznała. Podobnie bywało w średniowieczu, gdzie można było zostać kimś ważnym z łaski np., króla. W przypadku naukowców może się jednak zdarzyć, że łaskodawcy nie są dużo lepsi od łaskobiorcy.
  • Kradzież dorobku kolegów po fachu czyli tzw. plagiaty.
  • Minima kadrowe. Jest to przepis warunkujący istnienie tzw. kierunku studiów zatrudnieniem przez uczelnię określonej liczby tzw. pracowników samodzielnych. Płaci się więc często nierobom, którzy wykorzystują swe stopnie i tytuły do pobierania ca 8 – 10 tys/mies za ok. 4 – 6 godzin pracy tygodniowo. Opowieści o rzekomej pracy naukowej całej ogromnej rzeszy wykładowców można skonfrontować z ilością polskich Nobli, a gadanie o pracy organizacyjnej uczonych ze stanem naszych uczelni, koordynacją nauczanych przedmiotów czy innymi „duperelami”. Ubaw gwarantowany.
  • Praca na wielu etatach. Rekordzista pracował podobno na kilkunastu, ja znam takich co mieli po kilka.
  • Nauczanie przedmiotów, o których ma się pojęcie raczej mętne lub nie ma się kwalifikacji formalnych do ich nauczania. Mimo podobieństwa do chamstwa polityka wciskającego ludziom brednie nie jest to chamstwo, bo za godzinę wykładu uczony bierze od 100 do 1000 PLN, więc bezinteresownie bzdur nie gada.
  • Spanie wykładowcy na zajęciach ze studentami.
  • Fałszowanie dyplomów.
  • Przepracowywanie jednego dnia więcej niż 24 godzin dydaktycznych.
  • Bredzenie o „bezpłatnej” edukacji, gdzie Państwo płaci wykładowcom, którzy mogą zupełnie nie odpowiadać zainteresowanym, tj. studentom. Za to płacimy wszyscy. Bezpłatnej edukacji nie ma, ale zamiast uczelniom można dać forsę (np. poprzez stosownie skonstruowany bon edukacyjny) studentowi, który wybierze komu i ile zachce zapłacić. A ewentualnie zaoszczędzone pieniążki z bonu wyda np., na piwo.

Są to typowe przykłady pomawiania uczonych o chamstwo. I te i wiele innych, powszechnie uważanych za nietypowe, zachowań elity narodu chamstwem nie są, bo nie są bezinteresowne, a korzyści z nich nie są w stosunku do strat studenta małe. Najczęstszym w tym środowisku typem chamstwa są rozmaite formy zarozumialstwa, przecenianie swojej wartości, „parcie na szkło” i tytuły i – co też się zdarza – nadwrażliwość na najmniejsze nawet przejawy krytyki czy pytania o bardziej lub mniej naukową przeszłość.

Tę ostatnią cechę łatwo jednak pomylić z obawą o to, że ujawnienie rzeczywistej wartości uczonego może narazić go na utratę części lub wszystkich (np., w przypadku plagiatu) dochodów. Nie wiadomo więc, czy taki „wrażliwiec” to matołowaty chamciuch czy ostrożny cwaniak.

A może też być i tak, że jest to człowiek uczciwy, który po prostu zna swoją wartość. Tu trzeba mieć naprawdę sporą wiedzę o człowieku, by orzec czy jest on naukowym chamem czy nie.

Dlatego też chamstwo naukowe ma charakter bardziej statystyczny niż indywidualny. Trudno jest orzec czy profesor X jest czy nie jest chamem, ale można stwierdzić, że klasa ludzi wciskających nam kit pt. wyższość realnego socjalizmu nad kapitalizmem, która do dziś za ten kit nie przeprosiła chamowata jednak jest. Nie oznacza to, że wiemy kto jest konkretnie „winny”, ale faktem pozostaje to, że robiono nas w bolo i nie przeproszono.

A ponieważ wspomniana klasa niczego by na tych przeprosinach nie straciła, więc jest to zaniechanie bezinteresowne, czyli chamstwo.

Zainteresowanych opisami naukowych chamów-indywidualistów odsyłam do poświęconych kondycji nauki i szkolnictwa wyższego portali, gdzie znajdą sporo zabawnych często przykładów. Zarówno w przypadku naukowego chamstwa indywidualnego jak i statystycznego akceptacja społeczna jest znacznie większa niż w jakimkolwiek innym przypadku. Być może jest to konsekwencją przerośniętego nad miarę wyobrażenia przeciętnego Polaka o wkładzie naukowców w życie gospodarcze i (a może przede wszystkim) kulturalne naszej Ojczyzny.

Polska to kraj gdzie można w oparciu o widzimisię recenzentów CK inspirowanych słuchawką telefoniczną degradować,można też na takiej samej podstawie awansować

 

Polska jest jak stara służąca…

To kraj  gdzie   można w oparciu o widzimisię recenzentów CK inspirowanych słuchawką telefoniczną degradować,

można też na takiej samej podstawie awansować 

Robert Kościelny

O tym, że państwo polskie wisi na belce, i przez to jest praktycznie tworem martwym, truchłem: po prostu („istnieje teoretycznie”), wie każdy w III RP. Kto miał jeszcze jakieś wątpliwości, to pozbył się ich po konferencji prasowej (nazywanej dalej konferansjerką, zapowiadającą w intencjach kolejne niezmącone lata rządów sitw pod parasolem PO) premiera rządu Donalda Tuska. Pomijam oczywiście funkcjonariuszy systemu, ci idą za swym pryncypałem w zaparte, czy też „na rympał”. To drugie określenie, wzięte z gwary więziennej (w więzieniach PO ma największą ilość zwolenników, nieodmiennie głoszą komunikaty powyborcze leśnych dziadków), szczególnie stosowne jest do opisu zachowań reżimowych dziennikarzy i jednego posła z PO, których łączy mentalność knajacka.

W funkcjonującym normalnie państwie, dymisja rządu byłaby oczywista, jak amen w pacierzu, ale kto twierdzi, że żyjemy w normalnie funkcjonującym państwie prawa”, pyta retorycznie Piotr Cywiński na portalu wpolityce. Cywiński zadał je dzień po konferansjerce Tuska.

Zgniłe korzenie III RP.

Cytowany publicysta jakżeż słusznie zauważył, że ten stan rzeczy ma swoje źródła w nierozliczeniu, nie tak znów dawnej, peerelowskiej przeszłości. Stąd za Stefanem Kisielewskim należałoby powiedzieć, „to nie kryzys, to rezultat”. Bo przecież III RP od chwili poczęcia przy (a może słuszniej:pod) okrągłym stole istnieje w warunkach permanentnego kryzysu. Mówiąc górnolotnie – etycznego. Przekłada się on na zachowania Polaków. Tyle razy oszukanych, rozczarowanych, w których zabijano raz po raz nadzieje. A od kilku lat karmionych pedagogiką wstydu. W takich warunkach żaden naród nie jest w stanie zachować godności, czy poczucia własnej wartości. W takich warunkach po prostu zatraca się moralny instynkt, na rzecz hasła: ratuj się kto może.

A jedni mogą bardziej (członkowie sitw: zarówno ci z lewicy jak prawicy), a inni mniej – więc toną („takie są odwieczne prawa natury pani kierowniczko”). Napoleon, który rozpoznał w zachowaniach Francuzów podobne do wzmiankowanych symptomy, miał powiedzieć o Francji, że jest jak stara służąca przywykła do tego, że gwałci ją kto chce.

Wiem, ale nie powiem…

Wiem jak to się wszystko skończy i kto wygra, a kto przegra z kretesem. Ale nie powiem. Niech partyjni doradcy kombinują, biorą za to grubą kasę. Niech rezonują publicyści mediów niezależnych i tych niepokornych – inkasują za to sute wierszówki.

Na razie widzimy, że skandal, który w wolnym i pewnym swych walorów narodzie skończyłby się przepędzeniem łotrów, którzy łżą w żywe oczy, na cztery wiatry, a później zamknięciem ich w lochu na cztery spusty, nie wywołał przesadnego rezonansu. W czasie, gdy to piszę młodzież z Ruchu Narodowego, chcąca wyrazić swą dezaprobatę, została spałowana i rozpędzona przez ZOMO III RP. Dostało się nawet dziewczynom z RN. Ach gdzież są feministki ze swym jazgotem!

Nie dziwi nic.

Dziwne to? Nie bardzo. Jeszcze większym powodem (tak: o wiele większym!), żeby przepędzić rządzące Polską sitwy i ich reprezentantów w osobach członków rady ministrów z PO (dawne KLD i UW) i PSL (byłego ZSL), była Tragedia Smoleńska. Przepędzić, a po przepędzeniu i wytarzaniu w smole i pierzu osadzić w lochu na długie lata. I co? Każdy wie co, więc po co się wyrażać.

Polacy są od 25 lat przyzwyczajeni do łgarstw w żywe oczy, do łajdactw na które nie ma kary, do bezczelnych, dufnych w swą absolutną bezkarność ludzi władzy.I do tego, że są wobec tego zjawiska bezsilni. Wypuszczono z nas powietrze. Ktoś napisał, że konferansjerka Tuska to naplucie Polakom w twarz. Nie po raz pierwszy i zapewne nie ostatni. Polakom raz po raz zalewają oczy swoją śliną więksi i pomniejsi decydenci.

Zaplute elity.

Przypomnijmy chociażby sprawę dobrze znaną czytelnikom tekstów zamieszczanych na stronie NFA. Skandaliczną wypowiedź prof. Tadeusza Kaczorka, który z dezynwolturą mówił w czasie gdy jeszcze był szefem Centralnej Komisji ds. stopni i tytułów naukowych, iż w zarządzanej przez niego instytucji dochodzi do przewał – uwalaniu kandydatów do stopni i tytułów naukowych na telefon.

Przecież w tym momencie magnificencja raczyła charknąć w twarz nie tyle tym, których CK uwaliła, ile tym, których ta przyjemność ominęła.

Prosta sprawa: jeśli można w oparciu o widzimisię recenzentów CK inspirowanych słuchawką telefoniczną degradować, można też na takiej samej podstawie awansować. Jak się poczuły osoby, na które pan Kaczorek rzucił, chcąc nie chcąc, cień podejrzenia, że nie własnej pracy, ale temu że działają telefony, zawdzięczają honory? Nijak, otarli plwocinę z twarzy („widocznie deszcz pada”) i poszli ściskać rękę panu prezydentowi (temu, dla którego przyczyna śmierci Pary Prezydenckiej i innych osób, w tym młodych dziewcząt-stewardess i chłopców z BOR jest „arcyboleśnie prosta”) – bo nie sądzę, żeby podsuwali do uścisku inną część ciała. Byłoby o tym bez wątpienia głośno.

Bantustan.

Gdybyśmy mieli państwo, które istnieje praktycznie, a nie teoretycznie i antysystemową opozycję, która istnieje realnie, a nie tylko w teorii i odważną elitę antysystemową, która nie tylko mówi o dobru wspólnoty (bo przecież likwidacja źródeł takiego bezprawia i krzyczącej niesprawiedliwości byłaby w interesie wspólnoty), ale i w jej interesie działa, to wypowiedź szefa CK byłaby początkiem końca jego tyleż długiej co niewątpliwie błyskotliwej kariery.

Zresztą nie tylko jego, ale również innych świętych krów. W tym zwłaszcza ulegających wdziękom aparatu telefonicznego. Ale takiej opozycji i elity nie mamy, więc Kaczorek tak jak Donald mogą być z siebie zadowoleni, a nade wszystko siebie i swej pozycji pewni. Takich „Kaczorków” i takich „Donaldów” jest oczywiście więcej. Są w każdej dziedzinie naszego życia. I siedzącej cicho, bo mającej usta zakneblowane górnolotnymi frazesami i świadomością własnych interesów, opozycji, również.

Tak więc skoro ci, którzy mówią o sobie „elity”, nie są w stanie zareagować na dyshonor, na pomiatanie nimi („jak bezwolne manekiny przewracane i kopane”), natomiast chętnie odreagują na słabszych, którzy śmieją im to wypomnieć, to dlaczego dziwią się ludziom, którzy nie mieli, nie mają i mieć nie chcą ambicji tworzenia socjety? A dziwią się, jakie to polactwo wydygane i beznadziejne, skoro nie chce się bić i zmieniać Polski. A niby dlaczego mają to robić? Żeby później, ponosząc wielkie ofiary, doczekać się Wielkiego Zbratania Dwu Stron Historycznego Podziału? Jakiegoś wariantu grubej kreski? Jakie ludzie mają gwarancje, że znów zamiast szansy na rozwój w sprawiedliwym i przyjaznym obywatelom państwie nie otrzymają przysłowiowego gie w zęby? Przy takich „elitach antysystemowych”. I takiej opozycji. No jakie?

 

Robert Kościelny pyta: Kto z profesorów rzuci w twarz wyzwanie systemowi nauki i jego oligarchom ?

Robert Kościelny pyta: Kto  z profesorów rzuci w twarz wyzwanie systemowi nauki  i jego oligarchom  ?

 

Polska musi być wyspą wolności
Jarosław Kaczyński

30 kwietnia 2014 odbyło się posiedzenie Rady Programowej PiS, w której uznano: „Żeby zrealizować program PiS, trzeba nowego państwa”. Przewodniczący Rady, profesor Piotr Gliński stwierdził, że zadanie zbudowania nowego państwa choć trudne nie jest niewykonalne: „w sytuacji innej komunikacji pomiędzy elitami i masami można państwo z większą nadzieją próbować zmieniać”.

Frontem do mas…

To, że przyczyna kryzysu państwa leży w utracie kontaktu z masami nie jest, zwłaszcza dla starszych czytelników, żadną niespodzianką i doprawdy nie trzeba socjologa, a w dodatku męża stanu, żeby móc takie zdanie – będące lejtmotywem referatu każdego nowego I sekretarza KC PZPR, który wyłaniał się z dymem pożarów, z kurzem krwi bratniej tzw. polskich miesięcy czasów Peerelu – wpleść między frazy swych propaństwowych przemyśleń. Nie wiem w jaki sposób prof. Gliński będzie chciał poprawić komunikację z masami. Ale to w końcu problem techniczny. Zawsze jakiegoś machera można wytrzepać z rękawa. Gorzej z elitami.

Bo wprawdzie historia III RP pokazuje, że je również można wytrzepać – tak z rękawa jak z innych części garderoby – np. nogawki, a dzieje Peerelu dopowiadają, że także z walonek (iluż jeszcze przedstawicieli takich walonkowych elit tumani i przestrasza, mogliśmy się przekonać przy okazji sprawy prof. dr. mjr. hab. Zygmunta Baumana) – ale problem w tym, czy ludzie zechcą uznać za przewodników te – wytrząśnięte z różnych, czasem niezbyt reprezentacyjnych, zakamarków – przezacności (Cała rzecz stanęła na tem, jak pogodzić de z batem).

Kto, kogo, kiedy i z kim zdradzał.

Kilkanaście dni wcześniej Piotr Gliński powiedział: „25 lat III RP to historia zdrady elit”, a poza tym stwierdził, że „demokracja w Polsce jest tłamszona”. To wszystko święta prawda, tylko czemu smiejoties? nad soboju smiejoties! Bo demokracja to wolność. W tym wolność wypowiedzi. A według naszych przodków to nawet przede wszystkim; bo wolne mówienie […] jest Matką i Duchem Wolności, jest niekonającej Ojczyzny status i znak, gdy jeszcze gada.

Czy zasady wolnego mówienia przestrzega tzw. „prawa strona”? Casus ks. Isakowicza-Zalewskiego, którego zbanowała niezależna.pl jest wymowny (sic!). Ale mniejsza z niezależną pl. – w końcu jest to prywatna inicjatywa i naczelny GP i GPC może sobie dobierać do grona autorów, kogo tam chce. W poruszanym przypadku, szkoda tylko, że na pożegnanie naubliżał tak szlachetnej postaci, jaką jest ks. Tadeusz Isakowicz – Zalewski. A później – o obłudo do nieba śmierdząca! – jeszcze zapewnił, że będzie się modlił za sponiewieranego przez siebie, insynuowaniem ukraińskiej krwi na rękach, kapłana.

Tak więc już samo to wystarczy, by stwierdzić, że również po tzw. antysystemowych elitach cudów raczej nie należy się spodziewać. Wolność tak, ale bez przesady!

Tym bardziej, że już w 1999 w wywiadzie udzielonym portalowi ekologów pracownia.org.pl. zatytułowanym W ruchu ekologicznym jest mniej g…. niż w całym świecie, Piotr Gliński dał specyficzny popis elitarności, mówiąc o „obecnej rzeczywistości społeczno-kulturalnej”, która jak wynikało z kontekstu wypowiedzi powoduje, że niektóre radykalne, choć tak w ogóle słuszne, działania ekologów, nie mogą być podejmowane, bo spotkają się z niezrozumieniem tubylców – „tego kraju”. Pan profesor mówił też o g…e, które zalega w świecie, „ale w ruchu ekologicznym jest [go] mniej”. A skoro tam jest go mniej, to gdzieś musi być go więcej. Ciekawe gdzie ?

Zielono mam w głowie i fiołki w niej kwitną…

Poza tym prof. Gliński mówił o „przysłowiowych babciach słuchających Radia Maryja”, obsadzając je w zaszczytnej roli użytecznych idiotek. Konserwatystek, które jako nieposiadające samochodów, a zapewne w dodatku darzące pierwotną czcią przyrodę, będącą niewysychającym źródłem ziół tak potrzebnych w guślarskich praktykach, nieświadomie popierają zmagania ekooświeconych, walczących o integralność ekosystemu góry św. Anny, przez którą to (górę) planowano w tym czasie przeprowadzić drogę szybkiego ruchu.

W owych latach prof. Gliński musiał chyba uważać, że jego wierność, jako bez wątpienia przedstawiciela elity należy się raczej głuszcom, paprociom i rzadkim okazom robaków płaskich lub obłych. W tych czasach babciom słuchającym Radia Maryja wierności dochowywali co najwyżej mnisi z zakonu redemptorystów. Wobec których każdy przyzwoity i na pewnym poziomie człowiek mógł zająć tylko jedno stanowisko – takie jakie nakazuje aktualna linia redakcji „GW” i Unii Wolności. Z listy tej ostatniej prof. Gliński startował w 1997 r. do sejmu III RP, co zauważmy z kronikarskiego obowiązku. Podobnie jako to, że w 2003 zakładał partię Zieloni 2004, której program polityczny zawierał i zawiera wszystko co zarówno wówczas jak i dziś uchodzi za najmodniejsze. Europejskie.

Laureat zasłużonej nagrody.

„Jaka władza, tacy odznaczeni”, tak na konferencji prasowej 10 maja 2014 r., skomentował Jarosław Kaczyński fakt obwieszenia przez Bronisława Komorowskiego odznaczeniami za zasługi redaktorów i dziennikarzy „GW” …

Ale, jak to się mówi: revenons à nos moutons.

Piętnaście lat temu pan Gliński był młodym, zdolnym profesorem socjologii, więc nie wypadało mu nucić inaczej niż nakazywała nowa świecka tradycja, której kanon obmyślano przy ulicy Czerskiej. To zrozumiałe: gdy się ma profesurkę i synekurkę (uczelnianą), to głupotą byłoby iść pod wiatr historii, który potrafi strącić korony z głów, a nawet wraz z głowami, a co dopiero profesorski biret.

Być może coś podobnego myślał pan profesor, choć już nie tak młody jak dawniej, gdy w 2011 r. udawał się do Pałacu Namiestnikowskiego po order za zasługi. Ciekawe kto wówczas wnioskował o Krzyż Oficerski Orderu Odrodzenia Polski dla prof. Glińskiego? Może głuszce, którym profesor dochował wierności? Na stronie internetowej prof. Glińskiego czytamy: „o odznaczenie wnioskowali organizatorzy VI Ogólnopolskiego Forum Inicjatyw Pozarządowych”. Czyli miałem rację. To były głuszce!

Radość bezkręgowców, albo śmierć frajerom!

Wielu osobom w Polsce należą się splendory za ich niezłomność w czasach trudnych , znamy takich, którzy jednak po 10 kwietnia 2010 r., odmówili udania się do przybytku na Krakowskim Przedmieściu, gdzie rozdają różne aureole, obawiając się spotkania z jego głównym lokatorem. Media co jakiś czas piszą o dawnych działaczach opozycji, niemających najmniejszej ochoty na uścisk ręki człowieka, który kilka godzin po wydarzeniu z 10 kwietnia 2010 r., przejął władzę w państwie na mocy informacji zawartej na czerwonym pasku, któreś z „zaprzyjaźnionych stacji”. Pan Gliński rok po Tragedii Smoleńskiej, chyba nie miał takich skrupułów. Ten przejaw wierności ekosystemowi w jakim tkwią polskie elity został nagrodzony, bo dziś jest bardzo ważną osobą, która jeśli zwycięży „antysystem” będzie personą jeszcze ważniejszą. Pokazując młodym jak można i cnoty nie stracić i dolara zarobić. Obleńce już się cieszą!

Vivat akademia, vivant professores!

Podobnie „antysystemowi” uczeni, którzy pobiegli po odebranie tytułów profesorskich do palikotowego kolesia, komentującego wraz z towarzyszami największą – po zniszczeniu oporu żołnierzy wyklętych oraz masakrach i rozwianych nadziejach: Grudnia ’70 i stanu wojennego – tragedię Polski, tymi oto skrzydlatymi (nomen omen) słowami: „prawda jest boleśnie prosta – jakby nie polecieli, to by się nie rozbili”.

A przecież niczym nie groziłoby niepójście na fetę, to wcale nie wymagało wielkiego charakteru, jak mówił Poeta. Tych całych profesur dożywotnich by im nie odebrali. Dyplomy przysłaliby pocztą. Chodziło o gest, na który stać przedstawicieli mas, ale przedstawiciele elit uznali, że im nie wypada. W końcu oni, jako reprezentanci mas, a nawet ich najbardziej świadoma awangarda, i tak będą musieli kontaktować się z gospodarzem domu przy Krakowskim Przedmieściu. Czego przecież nie da się powiedzieć o takim np. dawnym opozycjoniście, któremu szczęście przekroczenia wysokich progów trafiło się jak ślepej kurze ziarno i który, co najwyżej, może reprezentować swą nieelitarną rodzinę. Oczywiście pod warunkiem, że żona mu pozwoli.

Potęga smaku.

Powiedzmy to sobie otwarcie: tym, którzy pretendują do roli przewodników narodu, do Pałacu Namiestnikowskiego nie wolno wchodzić pod żadnym pozorem. Zwłaszcza pod pozorem odebrania „honorów”. I nie jest to sprawa odwagi, ale smaku, który każe wyjść skrzywić się wycedzić szyderstwo choćby za to miał spaść bezcenny kapitel ciała – głowa.

Bo to elity mają się poświęcać, a nie masy. Bo elity są od tego, żeby pójść na pierwszą linię ognia. Natomiast nasze establiszmenciaki, wychowane w Peerelu i III RP, uważają że od zaściełania ciałami bitewnych pól są masy, oni zaś stworzeni są do plądrowania zdobytych taborów. I do rządzenia. Nażreć się i być bezpiecznym jak obozowy ciura, ale żyć w chwale pierwszego do walki, to cel elit, który zamierzają osiągnąć poprzez poprawienie kontaktu z masami. Na pewno się im to uda (Cała rzecz… ale o tym już wspominałem).

Wszyscy chorzy, ale z garów jak powymiatał…

Niby tacy prześladowani, niby pokrzywdzeni, mówiący prawdę całą dobę, ale gdy spojrzy się na ich życiorysy z ostatniego ćwierćwiecza, nie zapuszczając żurawia głębiej, bo to często kończyłoby się wielkim wstydem (dla nich), to jakoś nie widać w nich przerwy. Kolejne szczeble takiej czy innej kariery w państwowych strukturach i instytucjach pokonywali lekko i bez zadyszki, (nie mówiąc już o zawale), będącej nieuchronnym skutkiem narażenia się establishmentowi III RP, oligarchom grup antyrozwojowych, czyli – rządzących Polską sitw, w ramach których budowane są wsobne struktury i hierarchie, przekładające się na sukces, awans, zasobność materialną lub jej brak. Niestety koszty na to się składające nie są już wsobne, ale ogólne, społeczne (Pan płaci… Pani płaci… My płacimy… To są nasze pieniądze proszę pana…).

Łatwo sobie wyobrazić, jak po zwycięstwie partii antysystemowej (?) ci wieloletni dyrektorzy, naczelnicy czy też, jak się zaraz okaże, postponowani przez system profesorowie, bez przerw w życiorysie, będą użalać się jakie to sankcje ich dotykały, jak to patrzyli na nich krzywo szanowni koledzy na zebraniu instytutu, rady wydziału czy senatu. Jakie uszczypliwości musieli od nich znosić za swą nieprawomyślność. Zupełnie jak Mieczysław F. Rakowski. Kto nie wierzy, jak prześladowanym człowiekiem w czasach Peerelu były naczelny Polityki, późniejszy wicepremier, premier Peerel i ostatni I sekretarz KC, niech sięgnie po jego pamiętniki.
… A później będą się bratać w geście chrześcijańskiego miłosierdzia, ze swymi „oprawcami”. Pokazując masom, jak należy wybaczać nieprzyjaciołom swoim…

Faryzeizm do potęgi…

Kilka lat temu opublikowałem w, redagowanym przez ś. p. Michała Bieniasza, czasopiśmie szwedzkiej Polonii Słowo Kongresu tekst, w którym zwracałem uwagę na to, że nasze elity lubią mówić o sitwach, układach, sieciach powiązań, ale nie swego światka. Czy ktoś z przedstawicieli elit, naszych elit, stanął na czele ruchu odnowy swego środowiska – naukowego, artystycznego, kulturalnego, aby w ten sposób przyczynić się do rozcięcia jednej z nici sieci oplatającej nasz kraj? Zaczął punktować patologie i domagać się głębokich reform? Pociągnięcia do odpowiedzialności osób winnych, np. złego stanu nauki w Polsce – w końcu ktoś odpowiada za to, iż nasze najlepsze uniwersytety gnieżdżą się w czwartej setce światowych rankingów, obok uczelni krajów dotkniętych kataklizmami bądź niepokojami społecznymi, że niczego istotnego dla świata nie produkujemy, że jedynymi profesorami, którzy od razu podjęli od strony naukowej wątek tragedii smoleńskiej, byli nasi badacze z Zachodu, wyuczeni w tym, że naukowca czyni nie coraz dłuższy ogonek tytułów, ale buzująca w nim ciekawość poznawcza.

Mnóstwo młodych zdolnych zasila szeregi bezrobotnych, bądź gastarbeiterów, podczas gdy ukształtowana w czasach Peerelu tzw. stara profesura zasiada na kilku urzędach i etatach.

Czy znalazł się choć jeden profesor o znanym nazwisku z naszej strony, który o tym wspomniał?

Rzucił w twarz wyzwanie systemowi nauki i jego oligarchom?

Stworzył, bądź uczestniczy w ruchu odnowy środowiska naukowego w Polsce?

Walczy z patologiami, wyniszczającymi – niczym komórki rakowe organizm – system akademicki?

Jeszcze czego! Sam jest wieloetatowcem, więc nie będzie podcinał gałęzi, na której wygodnie się rozsiadł.

 

Znów o (p)osłach

 

Gdzie są posłowie „antysystemowi”, których psim obowiązkiem (płacimy im za to!) jest lobbowanie na rzecz interesów wspólnoty, a nie sitwy, pisałem w innym miejscu: w kolejce do trzech kas, a jeden to nawet do czterech (zapomogowej). A jeden poseł-profesor (albo profesor-poseł) z PiS (ten sam co to do trzech kas w kolejce stoi) wsławił się ostatnio lobbowaniem na rzecz specjalnych emerytur dla… profesorów, bo inaczej odchodząc na emeryturę wpadną w… „otchłań nędzy”. Z kim się na łby pozamieniali, mówiąc gospodarzem domu przy Alternatyw 4, ci „antysystemowi” posłowie, jeśli sądzą że taki przekręt, taki tupet, taka pruska buta, nie zostaną zauważone przez wyborców? Że nie odejmie to głosów ich partii. A głosy profesorskiej sitwy, której służą, raczej nie wystarczą do zwycięstwa w kolejnych wyborach.

Tydzień przed eurowyborami, wspomniana niezależna pl. cieszyła się, że akademicy z AKO ogłosili poparcie dla kandydatów PiS, który „udowodnił, że jest najbliższy naszemu systemowi wartości”. Mowa! Taka kiełbasa wyborcza, którą temu środowisku zafundował PiS swoim programem oraz złotymi ustami profesora-posła, udobrucha i przekona każdą magnificencję – niezależnie z jakiej strony historycznego podziału przybędzie do wyborczej urny w tym i przyszłym roku.

Medicae cura te ipsum!

Oczywiście nasi akademicy to tylko przykład, przywołany tu, gdyż dość dobrze mi znany. W innych sferach jest zapewne podobnie. Czy słyszał ktoś, aby nasi lekarze, aktorzy, notariusze, widząc jak młodzi, wykształceni, ale niestety niedoszli medycy, artyści, prawnicy wyjeżdżają za chlebem na Zachód – w końcu przypatrzyli się krytycznie mechanizmom doboru kadr i ścieżek awansu, jakie panują w ich branżach (podkreślmy: w ich, a nie cudzych!) i stwierdzili – dosyć tego, trzeba zmienić niesprawiedliwe reguły gry, mimo iż nas osobiście nie skrzywdziły? Czy nasze elity: swoich pożytków zapomniawszy – jak mówił Piotr Skarga w Modlitwie za Ojczyznę – zaryzykowały i stanęły na czele głębokich, doniosłych zmian w swoim środowisku? Ja o czymś takim nie słyszałem.

Co najwyżej puste użalanie się nad ludźmi, którzy wyjechali na Zachód, gdzie znaleźli szklane domy – obiecywane przez tych co raili im i raj, i deszcz pieniędzy, i życie jak za Gierka, jak wejdziemy do UE – które po bliższym przyjrzeniu okazały się… szklarniami bauera. Tylko, że nie tuby propagandowe wejścia Polski do UE tam pracują, dla nich są inne etaty: przewodniczących, komisarzy czy europosłów.
(Ekologiczne?) walenie w bambus.

Piotr Gliński oskarża tzw. „zamrażalkę” sejmową, w której grzęzną postulaty opozycji o to, że ogranicza możliwości działania posłów PiS.

Czy są tam również projekty dotyczące gruntownych zmian w szkolnictwie wyższym, których autorami byliby pisowscy akademicy zasiadający w komisji ds. nauki i szkolnictwa wyższego?

Albo w innych zawodach: prestiżowych i dobrze płatnych? Zmian gwarantujących że nie przychylność sitwy, ale pracowitość, talent i kompetencje otworzą przed fatygantem niebo spełnienia się w wybranym zawodzie?

Z drugiej strony „zamrażalka” jakoś nie przeszkodziła PiS-owi w zdecydowanych ruchach w/s wydarzeń na Ukrainie, w zmobilizowaniu do działania całego parlamentu. Tu okazało się, że życie polityczne istnieje również poza „zamrażalką”. Bo w jednych sprawach chce się i można działać, a w innych jakby mniej. A w jeszcze innych – w ogóle się nie chce. A nie chce się bo się broni wygodnego status quo. I tak jest również z systemem akademickim.
Zagorzałymi obrońcami tej poststalinowskiej struktury, na której co najwyżej mogą wyrosnąć takie kwiaty intelektu jak ów profesor z Białegostoku, co kazał się całować w d…. pracownikom IPN, są posłowie PiS. Jakoby „nasi” profesorowie. Którzy – oceniam to jak wyborca ocenia posłów – nie służą interesom wspólnym, wspólnoty akademickiej, ale sitwy akademickiej, mającej w nich dość wysoko postawionych, w hierarchii akademicko-urzędniczej i państwowej, protektorów.

Nie ma elit są uzurpatorzy.

W Polsce nie ma elity, więc ci, którzy się pod nią podszywają są uzurpatorami. Są za to odpowiedzialni za sytuację, o której w Trzeciomajowe święto przypomniał na Jasnej Górze ks. abp Stanisław Gądecki: 2, 5 mln ekonomicznych egzulantów, 2 mln bezrobotnych, 4 mln na skraju ubóstwa. Poza tym pogłębia się kastowość naszego społeczeństwa – czyli mówiąc inaczej: pogłębia się rozbicie sitwowe (kiedyś Polska rozbita była na dzielnice, teraz na korporacje) naszego kraju. Oczywiście za to, że prawie każda polska rodzina dotknięta jest co najmniej jedną z wymienionych przez księdza arcybiskupa bied, opozycja odpowiada najmniej. Ale umacnianiu ustroju sitwowo-korporacyjnego, jest współwinna. Bo jej posłowie bezwolni, zamknięci w korporacyjnych i środowiskowych gettach deklamując przywiązanie do wartości, takich jak: wolność, uczciwość, pomocniczość, praca dla wspólnoty – w praktyce drwią z nich.

W Polsce nie ma elit, są za to sitwy i stojący na ich czele oligarchowie. Obecny rząd jest dlatego tak mierny i godny najwyższej pogardy, bo wynajęty został do obsługi koterii kłębiących się na umierającym ciele Rzeczypospolitej oraz obrony wygodnego dla padlinożerców status quo. PiS, mający w swych szeregach takich niezłomnych mężów stanu oraz wspomagany przez „elity”, które poczucia smaku uczyły się chyba w kołchozowej garkuchni, też nie daje zbytnich nadziei na to, że będzie chciał, a jeżeli będzie, to – że zdoła podskoczyć capo di tutti capi i ich licznym fagasom. Tym bardziej, że takich fagasów ma w swoich szeregach.

A na koniec coś z gender…

Wybory dokonywane przez ludzi bez charakteru zawsze będą gnidzie. Niezależnie czy są oni z prawicy, z lewicy czy skądinąd. I zawsze będą przewidywalne. I zawsze będą zgodne z ich, a nie wspólnym, interesem. Człowiek bez kręgosłupa podobny jest w tym do homoseksualisty: wprawdzie nie wiadomo czy gustuje on w brunetach czy blondynach, szatynach czy rudych. A może kręcą go łysi? Ale jedno jest pewne: kobiety to on nie wybierze.

Robert Kościelny

Robert Kościelny o osobowości i etatowości mnogiej

Robert Kościelny o osobowości i etatowości mnogiej,
czyli:
Podskoczą? Nie podskoczą!

Kilka dni temu w niezależna.pl pojawił się tekst prof. Andrzeja Waśko, w którym Autor ubolewa nad stanem umysłów ludzi, którzy zatrwożeni sytuacją na Ukrainie szukają oparcia we władzy premiera Tuska, co w konsekwencji przekłada się na wzrost notowań PO. Jak można widzieć antyputinowską opokę w rządzie, który „tajemnicę śmierci polskiego prezydenta oddał w ręce Rosji”, irytuje się Andrzej Waśko, kończąc tekst umieszczony na portalu oświadczeniem: „Stan umysłowy ludzi, którzy sądzą, że taki rząd może zapewnić nam bezpieczeństwo, pozostaje dla mnie zagadką”.
W komentarzu pod tekstem wyraziłem opinię: „A dla mnie zagadką jest stan umysłowy ludzi, którzy z jednej strony piszą w niezależna pl. jaki to mamy fatalny system kreowania kadr akademickich, a z drugiej – gdy mogliby coś w tej materii zrobić: nacisk na posłów PiS w podkomisji ds. nauki, stosowne zapisy w programie wyborczym PiS-u – nie robią nic”.
Ponieważ kilkakrotnie pisałem już o tym dziwnym sposobie zachowania „naszych” (hmm, czy my w ogóle mamy jakichś naszych?), według mnie niepokojąco odbiegającego od normy – teraz tylko zwierzę się z trawiącej mnie wątpliwości. Bo jeśli ktoś co innego pisze, co innego robi, to czy nie może być i tak, że jeszcze co innego myśli? Wspominam o tym, bo zjawisko to, zwane fachowo osobowością mnogą, było typowe dla tzw. minionego okresu, a jak z tego wynika również w III RP rozwija się dynamicznie.
Podobnie jak dwójmyślenie.

Ostatnio na jednym z „naszych”, czyli antysystemowych (?) portali pojawiła się informacja o bez wątpienia naszym profesorze, któremu Uniwersytet Jagielloński nadał tytuł doktora honoris causa, z dumą podnosząca, że jest jedynym profesorem w kraju, który mimo 92 lat pracuje na pełnym etacie. Ja myślę, że jest to przypadek nie tylko w skali kraju, ale świata całego! Co też można było z szacunkiem zaznaczyć.
Ale mniejsza z tym. Bo nie chodzi o osobę, skądinąd wybitną i zasługującą na splendory, ale o wspomniane zjawisko. Bo oto trochę wcześniej portal ten ubolewał nad emigracją z kraju wykształconych ludzi, którzy nie mogąc znaleźć miejsca zatrudnienia, również w szkołach wyższych, opuszczają swój rodzinny kraj. Nie kojarząc jednak, że jak długo w Polsce bite będą tego typu „rekordy”, tak długo dla młodych nie będzie miejsca w „tym kraju”.
Nasi-nienasi walczą od dłuższego czasu o bezpłatny drugi kierunek studiów. Chodzi przede wszystkim o kierunki humanistyczne. Hasła są wzniosłe nie należy blokować dostępu młodym, zdolnym ludziom do wiedzy, w dzisiejszej sytuacji na rynku pracy młody człowiek z dwoma fakultetami ma większe szanse et caertera.  Bojcy o szeroki dostęp młodych do oświaty na poziomie wyższym wiedzą, że jest to pic na wodę, ale walczą. Nie ma czasu, aby wyjaśniać dlaczego oni doskonale wiedzą, że prawią farmazony. Podajmy więc jeden powód: bezrobocie, które dotyka również kilkufakultetowców, którzy w ten sposób są kilkakroć bardziej sfrustrowani niż osoby po jednym fakultecie. Ot i cały zysk dla młodych. A dla starych wyżeraczy?
W Polsce problemem nie jest to, że ktoś nie ukończył kilku fakultetów i dlatego jest bezrobotny. W Polsce większym problemem jest to, że stare wygi obsiadają kilka dochodowych etatów i, niezależnie czy są to wygi z lewicy czy z prawicy, ani myślą coś zrobić w kierunku zmian na tym zachwaszczonym polu jakim jest system awansów, nie tylko w nauce, ale w ogóle w każdej dziedzinie życia społecznego, gospodarczego i politycznego.
Bezrobocie i brak perspektyw nie dotyka natomiast kilkuetatowców. I o to w tym całym zamieszaniu i górnolotnych frazesach chodzi: mniej studentów, mniej kasy. Natomiast możliwość studiowania na dwóch, a może na trzech, albo i więcej (czemu nie?) kierunkach zwielokrotnia liczbę żaków. A że będzie na tym cierpieć poziom wykształcenia? A kogo to obchodzi. Czy martwią się o to antysystemowi (?) akademicy łącząc w jednym ręku kilka etatów, w dodatku w szkołach znajdujących się w różnych miastach? Oraz w sejmie.
Niedawno przeczytałem, że AKO w Warszawie zasilił prof. Tadeusz Kaczorek. Były szef CK, którego wynurzeniami na temat przewał do jakich dochodziło w kierowanej przez niego instytucji winna zainteresować się prokuratura. Choć pewnie szybciej zainteresuje się mną z art. 212, niż jednym z nietykalnych, na których jak wiadomo paragrafów nie ma. Są tylko przywileje i zaszczyty. Więc tak się zastanawiam, czego prof. Kaczorek może nauczyć w tej nowej dla siebie roli? Chyba trudnej sztuki jak można, mimo przeciwności losu i faktów, cały czas uchodzić za wielki i niekwestionowany autorytet w każdej, dowolnie wybranej, dziedzinie życia.
Czy ci mądrale będą w stanie rozmontować system, który tak sprzyja rozwojowi polskiego społeczeństwa, jak kamień młyński pływaniu sprintem?
Ktoś może powiedzieć, że teraz nie czas o tym mówić, wypominać naszym błędy i wypaczenia, bo Ukraina, bo wybory do parlamentu europejskiego, bo finansowanie, zakrawające o jurgielt, poprzedniczki partii rządzącej. Bo kobieta z brodą na festiwalu Eurowizji. Krótko mówiąc: sam pan widzisz jaką mamy sytuację (Wojciech Młynarski, Sytuacja)…
A poza tym oni, ci nasi, tak na razie muszą, bo to jest wyższa, polityczna, mądrość. Nie to nie jest mądrość, to obłuda, świętoszkowatość pod powłoką której toczy się, i będzie się toczyć, business as usual. A taką mądrość nazywał ks. Piotr Skarga w swych słynnych Kazaniach sejmowych, mądrością zwierzęcą, mądrością diabelską.

Dobrze by było gdyby wzięli to pod uwagę ci, którzy już się szykują, aby za rok, po wyborach parlamentarnych, pardon the expression, wydymać wyborców, którzy im uwierzyli, jak niegdyś przedstawicielom naszej-nienaszej strony przy okrągłym stole.
Tym razem w pozycji na patriotyzm. Tym razem na sposób konserwatywny.

Carthaginem delendam esse – Robert Kościelny

 Rzecz o deprawacji środowiska akademickiego, pod uwagę rządzących i zamierzających rządzić.

Robert Kościelny

Carthaginem delendam esse

Na jednym z portali trafiłem na informację o patologii w służbach mundurowych. Chodziło mniej więcej o to, że „bramkarze” w jednej z knajp ostro potraktowali posła-pijaczka. I okazało się, że funkcję wykidajłów pełnili, po godzinach, BOR-owcy. Przez pewien czas wszystkie media w Polsce informowały sytych i szczęśliwych obywateli naszego kraju o tym wydarzeniu. Co oczywiście nie może budzić specjalnego zdziwienia. Wiadomo, że w państwie prawa, które powstało na bazie historycznego porozumienia ponad podziałami, czyli III RP, nie ma poważniejszych spraw nad roztrząsanie, który poseł i w jaki sposób łajdaczy się za nasze pieniądze i od kogo bierze później po twarzy.

Były szef BOR stwierdził: „sygnały dotyczące nielegalnego dorabiania funkcjonariuszy BOR czy innych służb mundurowych nie są nowe. Ten proceder trwa od wielu lat. To jest ogromny problem dla służb”.

Ludzie służby

Przypomniały się mi słowa innego, obecnie również byłego, szefa z pozoru jakżeż odmiennej instytucji państwowej – notabene przez służby (SB) współzakładanej – przewodniczącego CK, dotyczące patologii w zawiadywanych przez niego strukturach „niestety, w naszych polskich warunkach – i jest to znane zjawisko – istnieją tendencje wpływania na opinie recenzentów”. Chodzi o recenzentów CK, opiniujących wnioski o przyznawanie stopni naukowych. A polegają ona na tym, że „są telefony, żeby recenzent znalazł haka i napisał negatywną recenzję”. Okazuje się, iż rola słuchawki telefonicznej w polskim systemie awansu naukowego jest olbrzymia, a jej siła perswazji wielka. Z całości wywodu zawartego w rozmowie z przewodniczącym CK zamieszczonej w Sprawach Nauki (8/9 2007), wynika to jednoznacznie.

Co zrobił z wiedzą na temat patologii w służbach mundurowych ich szef? „Gdy docierały do mnie takie wiadomości, wszczynałem czynności zmierzające do weryfikacji tych doniesień. Gdy to się potwierdzało, wyciągane były daleko idące konsekwencje służbowe w stosunku do tych funkcjonariuszy. Takie osoby były karane, odebraniem dodatków, brakiem awansów, czy wręcz wydaleniem ze służby”.

Co zrobił przewodniczący CK? Nic! Tak przynajmniej wynika ze wspomnianego wywiadu, z którego zacytowano wypowiedź ówczesnego szefa CK. A jeżeli ktoś ma inne informacje na ten temat, jeżeli wie, iż profesor pogubił zęby na walce z takim patologiami, o jakich tu mowa, niech się swą wiedzą podzieli. Wówczas chętnie przeproszę pana profesora.

Bazując na wiedzy jaką mam, muszę stwierdzić jedno: już samo zestawienie tych dwu cytatów pokazuje jak zdeprawowane jest środowisko polskich akademików, a zwłaszcza decydentów. Szef służby ochrony rządu reagował, bo wiedział, (pomijając aspekt moralny), że za niewyciąganie konsekwencji i za brak woli walki z patologią muszą go spotkać konsekwencje za niedopatrzenie obowiązków służbowych. A może nawet podpadłby pod oskarżenie o „współudział po fakcie”?

Szef instytucji, którą służby ochrony PZPR i jej interesów w Polsce współtworzyły, nic nie robi. Wie, że jest absolutnie bezkarny. A to, z kolei, sprawia, że w swej niebotycznej pysze, mówi rzeczy tyleż prawdziwe co zupełnie skandaliczne, nie bojąc się konsekwencji. Bo niby co mu kto zrobi? A gdzie etyka i sumienie? O to taktownie nie zapytam.

Bez odpowiedzialności za czyny i słowa

Już siedem lat mija, jak do opinii publicznej przedostała się, z najbardziej wiarygodnego źródła jakie można sobie wyobrazić, wiedza o przestępstwach, jeśli nie w dosłownym to potocznym rozumienia tego słowa, popełnianych w państwowej instytucji, winnej, jak mało która, cieszyć się nieposzlakowaną opinią. I co? I śmo!

Najgorzej, że te wszystkie dziadki, które tyle nasmrodziły w systemie nauki, odpowiadają za jego wady, patologie, wręcz załamanie systemu, cynizm i służalczość ludzi nauki, dziś użalają się na odór czasów współczesnych; na niskiej jakości doktoraty, habilitacje, na profesorów, którym nikt będący przy zdrowych zmysłach nie powinien nadawać stopnia naukowego. Żadnego, nie mówiąc już o „dożywotniej” profesurze. Bo gdzieś znalazłem w sieci i taką opinię starego (a jakże!) akademika. Jedynym, dla nich, pocieszeniem jest to, że zdążyli usadzić na stołkach decydentów ludzi sobie podobnych. Mentalnych dresiarzy.

Jakże pasują tu słowa Pani Redaktor Wandy Zwinogrodzkiej: „Wskutek powojennej wymiany elit środowisko akademickie stopniowo zmieniło się w królestwo oportunizmu, tchórzostwa i szablonowych poglądów. W takim świecie ruch myśli zamiera. Nic dziwnego, że udział polskiej nauki w dorobku światowym jest śladowy, a polskie uczelnie wloką się w ogonie międzynarodowych rankingów. Na gruncie moralnej mizerii trudno o intelektualny urodzaj. Zdeprawowany umysł wikła się w sprzecznościach samousprawiedliwień, umyka przed odpowiedzialnością za słowo. Konformizm przynosi uczonym doraźne korzyści, ale nauce – wymierne straty”.

Z jednym się zgodzić nie mogę. Bo czy kto widział akademickiego decydenta, który się samousprawiedliwiał? Oni nie widzą w sobie winy: robią to co przez całe swoje zakłamane życie – oskarżają innych.

Ten system ma autorów

Środowisko dziennikarzy oburza fakt cenzury stosowanej w polskich mediach. Pani Ewa Stankiewicz, przewodnicząca Solidarnych 2010 , przypominała słusznie, że „Ten system ma swoich autorów”. System nauki ma również swych autorów. Znanych z imienia i nazwiska. Jak już kiedyś pisałem, akurat w tym wypadku, fakt, iż był/jest tak scentralizowany ma swoją dobrą stronę. I że decydenci pełnili swe funkcje najczęściej przez lata, a nawet dziesięciolecia, także ma swój plus. Podobnie jak ich przekonanie o bezkarności. Wiele przewał, zwłaszcza dotyczących śmieciowych recenzji: na plus czy minus, robionych było/jest otwarcie.

Tak więc wystarczy wola polityczna, aby w tej stajni Augiasza zrobić porządek. Od czego należy zacząć? Też już o tym wspominałem – od autorów śmieciowych recenzji oraz ludzi weryfikujących kadry w stanie wojennym. Tu są twarde dowody – pokrzywdzeni przez dresiarzy poprzebieranych za naukowców, mają chyba w domowych archiwach śmieciowe recenzje? A jeżeli nie to winny być w archiwach CK. A jeżeli i tam ich nie ma to wtedy, tym gorzej dla decydentów. Przeczyszczenie powinno być radykalne, bolesne, ale krótkie. Bo inaczej zrobi się z tego biegunka, również legislacyjna. Później pozostanie tylko wietrzenie, po tych, excusez le mot, zafajdańcach. Bez tego, żadnych rzeczywistych zmian nie będzie.

Pytania naiwne (?)

Czy naprawdę tak trudno sobie wyobrazić, że w Polsce może jednak zmienić się coś na lepsze? Że polska nauka może się rozwijać bez tych wszystkich komisji, komitetów, rad, ram, systemów? Tych narośli będących żerowiskiem dla różnych podleców? Bez tych obłudników gomułkowsko-gierkowskiego miotu? I pozostawionych przez nich, niczym pocałunek Almanzora, następców? W najlepszym wypadku, europejskich średniaków, najczęściej jednak przeciętniaków, a czasami, po prostu: miernot. Agresywnych, w dodatku.

Czyżby pomysł, żeby z tymi, którzy krzywdzili, łamali kariery, wyrzucali z pracy za bezdurno, postąpić dokładnie tak jak na to zasłużyli, jakby zrobiono to z nimi w każdym przeciętnie cywilizowanym kraju, miał być snem idioty śnionym nieprzytomnie?

Przypomnijmy co dzielny oficer robił z funkcjonariuszami, którzy dopuszczali się czynów nagannych, a przecież poza tym, mogli to być dobrzy, a nawet bardzo dobrzy, specjaliści w swym fachu: „Takie osoby były karane, odebraniem dodatków, brakiem awansów, czy wręcz wydaleniem ze służby”.

Dla ludzi, którzy stworzyli patologiczny system, są jego beneficjentami i kontynuatorami, nie może być miejsca w środowisku akademickim. Niezależnie ile mają cytowań i gdzie, kogo znają, kogo mają zamiar poznać i gdzie już zdołali się zapisać albo załapać (np. do partii antysystemowej). Bo dla kraju i środowiska naukowego nic z tego nie wynika i wynikać nie będzie. Natomiast ich nieobecność w środowisku, może wzbudzić wiele dobrego.

Tylko, żeby doszło do zmian trzeba politycznej woli, a o nią z kolei trzeba się samemu postarać, bo na posłów antysystemowych liczyć nie można. Zresztą – jacy tam oni antysystemowi! Kto nie wierzy niech wejdzie na stronę sejmu i wyszuka tych „antysystemowych” przedstawicieli narodu, zasiadających w podkomisji ds. nauki i szkolnictwa wyższego. Tam też znajdzie ich wypowiedzi. Jeżeli któraś z nich piętnuje to, o czym jest mowa na stronie NFA to proszę o informację. Choć jestem pewien, że takiej nie otrzymam, bo trudno informować o czymś co nie miało i nie ma miejsca.

Jedni piszą to, drudzy robią tamto, a trzeci myślą owamto

Dziwne to wszystko, bo gdy człowiek zapozna się z tym co publicyści, trzeźwo oceniający stan interesującego nas środowiska, piszą o akademikach i mechanizmach awansu naukowego, to widzi, że tenor tych wypowiedzi nie odbiega od cytowanych wyżej słów Wandy Zwinogrodzkiej. Wielu z nich sympatyzuje z PiS-em, albo wręcz – wywodzi się, z tego środowiska. I co ? I nic. Nic z tego nie wynika. Bo jak przyjdzie co do czego, to mamy wypowiedzi panów posłów z PiS, nieróżniące się niczym od wypowiedzi tych, którzy uważają, że III RP to najlepsze co wydarzyło się nam w ciągu ostatniego tysiąca lat.

Albo mamy program PiS-u, a w nim zapowiedź takich „rewolucyjnych” zmian, jak odejście od systemu bolońskiego, zamiast dwustopniowych studiów, powrót do systemu pięcioletniego. „Bezpłatny” drugi kierunek studiów. No dobrze, ale czy partię antysystemową stać tylko na tyle, żeby tworząc taką górę zarzutów wobec postpeerelowskiej rzeczywistości, zrodzić w rezultacie jedynie mysz? Bo przecież zmiany jakie obiecują w systemie akademickim pisowscy doradcy i eksperci, to w gruncie rzeczy powrót do … Peerelu. Wtedy nie było, ani systemu bolońskiego, ani dwustopniowych studiów. A za drugi kierunek się nie płaciło. Rzeczywiście, jest w czym i kim pokładać nadzieję na lepsze jutro!

Ciekawe czy Prezes o tym wie?

Podczas wystąpienia przed Pałacem Prezydenckim w pierwszą rocznicę katastrofy smoleńskiej, 10 kwietnia 2011 r. Jarosław Kaczyński powiedział, jaka według niego i jego formacji powinna być Polska:Po pierwsze, musi to być Polska sprawiedliwa. Polska życzliwa, życzliwa jako państwo dla swoich obywateli. Musi zwracać się ku najsłabszym, ku tym, którym źle. Musi potrafić wyciągnąć do nich rękę”.

Ciekawe czy Pan Prezes wie do kogo wyciągają rękę jego posłowie? No i po co? jeden z nich np. po socjał z kasy sejmu. Czyje interesy zdają się tam reprezentować: czy wspólnotę, a zwłaszcza tych „którym źle” czy kolesiów i akademicką sitwę?

 

Robert Kościelny – Gra w salonowca

 

Robert Kościelny

Gra w salonowca

Od wielu lat toczy się dyskusja nad stanem nauki w Polsce. Jej apogeum nastąpiło w latach 2008-2009, gdy rząd Donalda Tuska postanowił wprowadzić głębokie reformy w szkolnictwie wyższym. Minister Kudrycka lansowała wtedy pomysły chyba najdalej idące spośród proponowanych w całym okresie po 1989 r. Według niektórych ludzi nauki (nawet niezwiązanych z obozem władzy) istota przedsięwzięcia miała polegać na wprowadzeniu tzw. dorobkowego systemu awansu i oceny pracy naukowca. Mówiąc w telegraficznym skrócie: o pozycji badacza świadczy jego dorobek, a nie gromadzone mozolnie kolejne stopnie i tytuły. Założono, jak widać, że jedno z drugim nie musi mieć wiele wspólnego. Założenie to było, i jest, jak najbardziej poprawne. Pomysł Pani Prof. Kudryckiej ostro zaatakowali beneficjenci dotychczasowego systemu.

Porozumienie ponad podziałami.

Spór między akademikami na temat potrzeby radykalnych zmian w cały czas peerelowskim systemie nauki i awansu naukowego ujawnił dezintegrację społeczności akademickiej, w której jedynym pewnym punktem okazało się lobby profesorskie – składające się, inaczej niż w przypadku sporu lustracyjnego, zarówno z osób kibicujących Platformie (a więc, z tej racji, wydawać się mogło: naturalnych sojuszników reformy), jak i sympatyzujących z partią antysystemową; którzy, teoretycznie, winni zachować przynajmniej życzliwą, choć czujną, neutralność: reforma, mimo, że niedoskonała i wymagająca szeregu uzupełnień, często istotnych, zadawała mocny cios zakrzepłej skorupie systemu, będącego rówieśnikiem Polski Ludowej, stawała się wyśmienitym pretekstem do zaproponowania własnej, przemyślanej, koncepcji głębokich zmian – oburzone faktem, że ktoś chce naruszyć jego „złotą wolność”.

Salonowiec: ulubiona gra postpeerelowskich elit intelektualnych.

Niemrawe próby zmian wywołały taki kociokwik establishmentu naukowego, że wystraszony establishment polityczny zdecydował się 7 maja 2008 r., na zorganizowanie spotkania delegatów przedstawicieli środowiska akademickiego: wyselekcjonowanego grona 38 profesorów i ekspertów, które uznało, że „środowisku akademickiemu nie przystoi walka wewnętrzna”. Delegaci zapomnieli dodać, że „nie przystoi jawna walka wewnętrzna”, bo już „walka buldogów pod dywanem”, polegająca m.in. na utrąceniu niewygodnych kandydatów na stopnie naukowe lub usunięciu z systemu nauki pod byle pretekstem osoby niewygodnej , przystoi elitom intelektualnym jak najbardziej. No cóż przyzwyczajenia peerelowskie, jak słoma z butów, znów wyszły i zdemaskowały prawdziwe pochodzenie tych elit. Nie ma to jak gra w salonowca: cios z ukrycia w tylną część ciała, schowanie się za plecami szanownych kolegów, a później zgaduj zgadula: przez kogo masz taki garbaty los? Iluż ludzi zostało w ten sposób upupionych, iluż tej grze zawdzięcza wyniesienie na ołtarz niekwestionowanego autorytetu naukowego, a bywa, że i moralnego – jednocześnie?

Gniewne pomruki niezadowolenia lobby profesorskiego, zmusiły rząd Tuska, mimo że miał poparcie „młodych, wykształconych, z wielkich miast”, do udania się do Canossy. Nie do końca przemyślane, choć mogące być odskocznią do poważnych zmian, propozycje zarzucono. 1 października 2011 r., weszła w życie nowa ustawa o szkolnictwie wyższym. Nie rodzi już tak wściekłych protestów, gdyż w większym stopniu niż wcześniejsza propozycja, szanuje dotychczasowe status quo i jest też bardziej przyjazna dla profesorskiego lobby.

Przyjrzyjmy się, jaki porządek został obroniony przez dominujące w środowisku akademickim siły.

Obłuda do nieba śmierdząca. Od heglowskiego do palikotowego ukąszenia.

Establishment trzęsący środowiskiem akademickim, co najmniej od czasów wczesnego Gomułki a obecnie rozpoczynający powolną (nauka nie znosi rewolucji! – krzyczą dziś ci, którzy swoje kariery zawdzięczają temu, iż w stosownym czasie kłaniali się „rosyjskiej rewolucji czapką do ziemi, po polsku: radzieckiej sprawie, sprawie ludzkiej, robotnikom, chłopom i wojsku”) procedurę abdykacji na rzecz swoich klonów, jeżeli raczy dostrzec jakieś patologie w środowisku, to obwinia o nie mizerię finansową. Czasami obwinia też inne czynniki (z zasady, drugo, trzeciorzędne), ale nigdy nie obwinia siebie. Wstrząsać sumieniami? Oczywiście! Ale innych; najlepiej „starszych, niewykształconych, z małych miejscowości”.

Kpić z moherów, że robią tu wiochę i skansen, że nie czerpią wzorców z Europy, że to dzicz bełkocząca w swym narzeczu o swoistości polskich doświadczeń i kultury, oraz o tym że nie wszystko da się przetłumaczyć z języków obcych? Bonzowie nauki – i lojalny wobec nich pomniejszy płaz z mocno prowincjonalnych uniwersytetów, czynią to z wieloletnią wprawą. Rechot z moherów wychodzi utytułowanym jaśnie panom i paniom równie łatwo jak rżenie z wiców człowieka ze świńską głową, obrażającego śp. Prezydenta RP i Pierwszą Damę, albo wycie z zachwytu nad odwagą profesora-głupka, który napisał na oświadczeniu lustracyjnym pod adresem pracowników IPN kilka nieprzyzwoitych słów.

Z innego klucza śpiewają ci nonkonformiści, gdy idzie o ich żywotne interesy. Gdy zwolennicy głębokich reform w nauce powołują się na przykłady zagraniczne, zwłaszcza anglosaskie, wtedy środowisko z pozoru tak otwarte na świat, raptem mówi, że przykłady zagraniczne są złudne, ponieważ zwykle pozbawione kontekstu, które daje tradycja i wartości wyznawane przez badaczy od pokoleń.

Miernota miernotę promuje, czyli mechanizm awansu na polskich uczelniach.

Prof. Mariusz-Orion Jędrysek, który swego czasu w „Naszym Dzienniku” dokonał próby bilansu stanu nauki polskiej na uniwersytetach. Rozpoznanie sytuacji przez Autora jest doskonałe: „Bolszewicki system zatrudniania na uczelniach i w jednostkach naukowych w latach 1945-1989 polegał na zastosowaniu trzech głównych kryteriów: wierności systemowi i władzy (w najlepszym wypadku nieszkodliwości i oportunizmu), koneksji/nepotyzmu oraz wyjątkowych uzdolnień. Połączenie tych trzech cech w jednym kandydacie na naukowca było niezwykle rzadkie. W związku z powyższym na uczelniach i w jednostkach naukowych zatrudniano w dużym stopniu mizerotę intelektualną”. I dalej pisze prof. Jędrysek: „Każdy z nowo zatrudnionych w miarę rozwoju kariery promował – i nadal niestety promuje – utytułowanych pracowników naukowych, niemających pojęcia, na czym polegają badania naukowe, niewiedzących, co się dzieje na świecie w jego dziedzinie. Stosuje przy tym często kryteria promowania i zatrudniania, w oparciu o które sam był przyjęty 30 lat wcześniej, blokując miejsca lepszym. Istnieją więc już pokolenia pracowników naukowych nieuprawiających nauki, czyli niebędących naukowcami i – mimo młodego wieku – obciążonych balastem mentalnym i motywacjami własnych promotorów”.

Takie w postpeerelu są zwyczaje…

Autor cytowanego artykułu, profesor zwyczajny, a więc w polskich warunkach mogący się niczego nie lękać (zwłaszcza zwolnienia z pracy), obawia się retorsji pracowników naukowych za kilka słów prawdy. Jest to sytuacja wielce wymowna: więcej też informuje o dominacji konformizmu i zastraszenia w środowisku akademickim, niż, być może, chciałby sam Autor. Wskazuje też na niesłychaną, wręcz mafijną, represyjności środowiska. Jego knajacką agresywność. Reagowanie wścieklizną na słowa krytyki.

Z tą oceną koresponduje opinia jaką możemy znaleźć na portalu Niezależnego Forum Akademickiego, kierowanego przez Józefa Wieczorka, człowieka, by tak rzec: steranego orką na ugorze, czyli walką o naprawę „Rzeczypospolitej Naukowej”: „W Polsce niemal nikt nie wierzy, że o karierach akademickich decydują kryteria merytoryczne. Świadczy o tym chociażby fakt, że liczne petycje NFA w sprawach reformy systemu nauki i szkolnictwa wyższego podpisują na ogół przedstawiciele Polonii akademickiej, lub byli już pracownicy naukowi. Większość pracujących w Polsce pracowników naukowych, którzy popierają te postulaty, nie ujawnia swojego poparcia z uzasadnionej obawy o konsekwencje takiego ujawnienia (zasadna obawa o utrącenie habilitacji, doktoratu, grantów, mobbing i ostracyzm środowiskowy)”.

Głos prof. Jędryska jest cenny, również dlatego że wychodzi z ust człowieka, którego trudno zgasić argumentem nagminnie stosowanym przez establishment, że krytykant to frustrat, nieudacznik, za mało zdolny aby sprostać „standardom” stawianym przez CK. I których, jak wiadomo, spełnienie otwiera drzwi wszystkich prestiżowych uniwersytetów na świecie, oraz daje gwarancję otrzymania w przyszłości Nobla w dowolnie wybranej dziedzinie nauki. A najlepsze polskie uczelnie stawia w pierwszej dziesiątce wszystkich światowych rankingów szkół wyższych. A te najgorsze – w drugiej.

Merytokracja w praktyce, albo: ciszej nad tą trumną!

Najczęstszym argumentem, stosowanym przez zwolenników klimatów gnilnych, czyli status quo w systemie, jest stwierdzenie o rządzącej środowiskiem naukowym i mechanizmami ustanawiania hierarchiach i dystrybucji szacunku, merytokracji. Warto teraz przyjrzeć się praktyce merytokracji, na konkretnym przykładzie. Jednym, ale dobrym. Spiritus movens mechanizmu awansów naukowych jest Centralna Komisja ds. Stopni i Tytułów, funkcjonująca pod różnymi nazwami od 1972 r. W 2005 zasady nadawania stopni i tytułów uległy pewnej modyfikacji, jednak istota pozostała niezmienna. Jak wspomniano od października 2011, wprowadzono kolejne zmiany. Ale i one nie naruszają zasadniczej konstrukcji, a może nawet ją wzmacniają. Opinie recenzentów wyznaczonych przez CK są cały czas decydujące o karierze naukowej.

CK, zwana niegdyś Centralną Komisją Kwalifikacyjną, narodziła się w 1972 r. Wśród jej akuszerów (instytucji zaangażowanych w opracowanie projektu powołania 120-osobowej CKK) był tak poważny filar nauki polskiej jak Służba Bezpieczeństwa. Widać z tego, że komunistyczna policja polityczna musiała mieć w swym gronie tęgich intelektualistów.

Jeden z nich – kpt. (a więc bez wątpienia osoba bardzo merytoryczna) Jan Sobieszczuk, „opiekun naukowy” PAN z ramienia MSW, w notatce służbowej na temat CKK z 3 lipca 1972 r. pisał: „powołanie Komisji winno w lepszym niż dotychczas stopniu zabezpieczać niezbędne jednolite minimum poziomu kadr naukowych [poza tym] w jej kompetencjach znajdzie się także stwierdzanie kwalifikacji kandydatów do stanowisk samodzielnych pracowników naukowych”. Na notatce sporządzonej przez kpt. Sobieszczuka widnieje jakże wymowna, odręczna adnotacja kogoś z Departamentu III MSW: „Należy śledzić dalsze konstytuowanie się CKK” .

Za mało jest miejsca, aby dywagować na temat, co kapitan SB mógł mieć na myśli pisząc o „minimum poziomu kadr naukowych”, jakie miała zapewnić powstająca instytucja i czy rzeczywiście władzy którą reprezentował, czyli PZPR bardziej zależało na wysokim poziomie merytorycznym czy raczej ideologicznym akademików. I co oznaczały słowa o „śledzeniu” konstytuowania się CKK. Przypomnijmy tylko, że według „Instrukcji operacyjnej” policji politycznej, najlepszym sposobem „śledzenia”, było zainstalowanie w „pozostającym w zainteresowaniu operacyjnym obiekcie” konfidentów, a przynajmniej ludzi życzliwych komunistycznym organom represji.

Wyobraźmy sobie sytuację, że intelektualiści normalnego państwa demokratycznego dowiadują się (bo załóżmy, że nie wiedzieli), iż za powstaniem szacownej instytucji dystrybuującej godności naukowe, stała policja polityczna (np. gestapo). Czy nie domagaliby się wyjaśnień od kompetentnych czynników i bezzwłocznego zbadania, czy Geheime Staatspolizei nie pozostawiło w ważnych instytucjach akademickich, na pamiątkę swej aktywności na niwie nauki, kilku współpracowników, bez wątpienie wybitnych fachowców w swej dziedzinie? A u nas – cisza.

Grzech prymarny i jego konsekwencje, czyli: skąd wyrastają n(t)ogi profesorskie

Jak już pisałem na stronie NFA, przewodniczący CK prof. Tadeusz Kaczorek w wywiadzie zamieszczonym w Sprawach Nauki (8/9 2007) mówił: „niestety, w naszych polskich warunkach – i jest to znane zjawisko – istnieją tendencje wpływania na opinie recenzentów. I gdyby to jeszcze było w kierunku pozytywnym dla kandydata, to można byłoby uznać to za gest pozytywny. Ale jeżeli są telefony, żeby recenzent znalazł haka i napisał negatywną recenzję – to jest to niedopuszczalne, zjawisko wysoce niemoralne”.

Czyż nie unosi się tu upiór czasów minionych, w których smutni panowie i posłuszni wykonawcy ich poleceń z naukowymi tytułami współdecydowali o poziomie intelektualno-moralnym środowiska akademickiego? Dziś smutnych panów zastąpili dobrze ustawieni w środowisku tandeciarze intelektualni, obawiający się konkurencji.

Milczenie owiec.

Mimo że patologie recenzenckie zdarzają się często, to jak zauważa Józef Wieczorek – o przykłady recenzji CK trudno, bo nawet jak ktoś coś prześle do NFA, to prosi o dyskrecję. Skrzywdzeni boją się głośno przyznać, że zniszczyły ich „frajerskie myki” (jak mówi młodzież) recenzentów z CK. Co tylko nakręca wśród nich przekonanie o własnej omnipotencji i bezkarności. Tak łamie się charaktery ludziom dojrzałym, pretendentom do „elity narodu”. To, że wśród pracowników uniwersytetów było tak wielu, ulegających „ukąszeniu palikotowemu”, a wcześniej świńskim chrząkaniom Urbana, nie wzięło się z powietrza. Podobnie jak to, że wielu z nich w czasach „młodości chmurnej i durnej” na wyprzódki gnało do oficerów prowadzących, aby w zaciszu lokalu kontaktowego, prowadzić intelektualne rozważania na temat życia i twórczości akademików polskich. W każdym razie nie z czystego powietrza; raczej z „duchoty, panującej na uniwersytetach”, jak to ujął Zdzisław Krasnodębski. W tej duchocie wyrosły takie beztlenowce, jak ci dwaj rektorzy karcący niedawno naukowców za zajmowanie się sprawą Katastrofy Smoleńskiej.

CRZZ wciąż żyje! Tęsknota za Sierpniem w nauce.

Dziś dokonujący nieśmiałych prób reformy systemu, pytają się o radę jego beneficjentów. Zarówno tych systemowych, jak „antysystemowych”. To tak, jakby w 1980 r., powierzyć sprawę reformy związków zawodowych w ręce Jana Szydlaka i członków prezydium CRZZ. Albo leczyć zdychającą peerelowską gospodarkę, Terenowymi Grupami Operacyjnymi. W pookrągłostołowym systemie nomenklaturowym, w którym państwo służy nie dobru wspólnemu, ale dobru uprzywilejowanych korporacji, nie ma co marzyć o wyrwaniu z rąk utytułowanej sitwy „lewicowo-prawicowej”, tak apetycznego kawałka tortu, jakim jest panowanie nad mechanizmem dystrybucji godności i znaczenia w nauce. Jej znaczenie puchnie, kosztem sił twórczych wysysanych z „ludu akademickiego”. Kosztem wycinanej bezwzględnie, per fas et ne fas konkurencji.

Pod wywiadem z prof. Ryszardem Tadeusewiczem, zamieszczonym rok temu w „Rzeczpospolitej” („Uczelnie się sprostytuowały” 17 października 2012), osoba o pseudonimie. „Adam” napisała komentarz, który zdaje się być dobrym podsumowaniem powyższych rozważań: „W Polsce, po 89 roku udało się wytworzyć szkodliwą dla społeczeństwa strukturę szkolnictwa wyższego, ale mającą jedną zaletę: zachowała ona pozycje uczelnianego establishmentu […]. Ci ludzie, to zwykli karierowicze, dość kiepskiego sortu karierowicze, których nie tylko dorobek naukowy jest żaden, ale zwykła ogłada jest dla nich nieosiągalna […]. Co to za uczelnie, które takich ludzi wprowadzają do elity? […] Ten system zawali się na łeb wszystkim, a przede wszystkim społeczeństwu, za którego pieniądze wyhodowano hordy matołów i marnych profesorów, to ten dorobek będzie przez dziesięciolecia ciążył jak kamień młyński”.

Przyjrzyjmy się kuchni, w której warzone są tytuły

Robert Kościelny

Prof. Malcowi oraz prof. Rypniewskiemu

ekspertom prof. Glińskiego, żeby później nie mówili,

że nie wiedzieli.

Prolog

Tekstem tym nie były zainteresowane następujące gazety: “Gazeta Polska”, „Gazeta Polska Codzienna”, „Rzeczpospolita”, Tygodnik “Solidarność”, „Uważam Rze” (z okresu, gdy pisali do niego wszyscy „autorzy niepokorni”). Portale „Fronda” oraz „wpolityce”. Prawie udało się wzbudzić ciekawość w „Gazecie Obywatelskiej”, przypominającej w winiecie, że „tylko prawda jest ciekawa”. Prawie.

W tygodniku „Do Rzeczy” nie próbowałem, zakładając, sądzę że prawidłowo, iż skończy się tak jak we wcześniejszych przypadkach, kiedy to po miesiącu lub dwu (a bywało, że i po pół roku: tak, tekst ma swoje lata!) otrzymywałem odpowiedź, że owszem ciekawe, ale nieciekawe (tzn. nieciekawe dla naszego czytelnika), ważne, choć z drugiej strony – nieważne, słuszne, ale jakby niesłuszne. W związku z tym oczywiście jesteśmy zainteresowania, choć nie jesteśmy, opublikujemy, ale nie opublikujemy. Chociaż zdarzało się, że w odpowiedzi słyszałem tylko dostojne milczenie.

Gdyby III RP była normalnym krajem…

Prof. Henryk Domański lubi podkreślać, że według badań, największym prestiżem wśród Polaków cieszy się zawód profesora uniwersytetu. Przyjrzyjmy się kuchni, w której warzone są tytuły pozwalające ich posiadaczom zająć tak honorowe miejsca pracy.

Przewodniczący CK prof. Tadeusz Kaczorek w wywiadzie zamieszczonym w Sprawach Nauki (8/9 2007) mówił: „niestety, w naszych polskich warunkach – i jest to znane zjawisko – istnieją tendencje wpływania na opinie recenzentów. I gdyby to jeszcze było w kierunku pozytywnym dla kandydata, to można byłoby uznać to za gest pozytywny. Ale jeżeli są telefony, żeby recenzent znalazł haka i napisał negatywną recenzję – to jest to niedopuszczalne, zjawisko wysoce niemoralne”.

Przewodniczący Kaczorek wskazał wyraźnie na aspekt przestępczy (jeżeli nie w kodeksowym, to potocznym tego słowa znaczeniu) w działalności recenzentów wyznaczanych przez CK jak i osób trzecich, stwierdzając z dezynwolturą, iż „jest to znane zjawisko”. Również jemu.

Dlaczego zatem jako urzędnik państwowy, wiedząc o „zjawiskach wysoce niemoralnych” w podległej i dobrze znanej sobie instytucji (prof. Kaczorek zanim został szefem CK, był jej wiceprzewodniczącym 2003-2006, a wcześniej – od 1991 członkiem ), nie reagował.

Czy to nie jest również „naganne, wysoce niemoralne”, czy nie jest to bardzo poważne zaniechanie obowiązków służbowych? Co zrobił, aby uciąć proceder, były już, szef CK Janusz. Tazbir (1997-2003), członek Centralnej Komisji ds. Stopni i Tytułów; Sekcja I – Nauk Humanistycznych i Społecznych – chyba od urodzenia?

Istnieją tendencje” – pisze Tadeusz Kaczorek.

Nie! Istnieją ludzie, którzy łamiąc zasady przyzwoitości i prawo naciskają na recenzentów i członków CK, aby stało się zadość ich zbójeckim kaprysom; widocznie skutecznie skoro pojawił się proceder („tendencje”).

I istnieją ludzie, którzy im ulegają, właśnie ci recenzenci merytorycznej Komisji. I, powtórzmy, są ludzie, którzy o tym wiedzą i powinni, w ramach obowiązków służbowych, interweniować. Ale nie interweniują. Przecież wszyscy oni łamią prawo! Kpią z zasad, gwałcą przyzwoitość. I co? I nic!

Gdzie są obrońcy „państwa prawa”, z którego mamy obowiązek być dumni, jako że jest ono ogromnym historycznym zwycięstwem rozsądku i odpowiedzialności przedstawicieli obu stron historycznego podziału, zasiadających swego czasu przy okrągłym stole?

W normalnym kraju, wolna prasa, a więc działająca w interesie społecznym, a nie sitw (takich, czy owakich), nazwałaby te „tendencje” dowodem na to, że cały mechanizm jest przeżarty korupcją, a więc, niejako z mocy prawa i interesu społecznego, do wymiany. Natomiast szefów tego interesu nazwałaby capo di tutti capi, domagając się ich natychmiastowego odejścia, w niesławie, z życia naukowego. Tym bardziej, że wielu z nich przekroczyło wiek emerytalny.

Domagałaby się pociągnięcia do odpowiedzialności zarówno naciskających jak i ulegającym naciskom. Dziennikarze domagaliby się wkroczenia do gniazda występku prokuratury i naprawienia krzywd poszkodowanym. W interesie społecznym – żeby fałszywe tytuły nie wprowadzały w błąd społeczeństwa, płacącego podatki na utrzymanie instytucji naukowych.

Podobnie jak zrozumiałe zainteresowanie prasy wzbudziłaby opinia Janusza Tazbira, który w rozmowie przeprowadzonej w GW ”System łatwo popsuć, a naprawia się latami” (marzec 2009) przyznał, że wprawdzie w celu nadania stopnia doktora habilitowanego zbiera się cała odpowiednia Sekcja CK (ok. 30 osób), to i tak wszystko zależy od recenzentów : „Pani wierzy, że członkowie Centralnej Komisji będą mieli czas, aby czytać każdą pracę?”. Pytał retorycznie Janusz Tazbir i odpowiadał: „Nie będą w stanie […]. Musieliby też za każdym razem zapoznawać się z całym dorobkiem kandydata, na to potrzeba co najmniej pół roku”. Stąd konkluzja Tazbira, mówiąca, że „tylko recenzenci […] będą znali kandydata, jego dorobek i pracę”.

Aby pokazać, co rzeczywiście zostało powiedziane w tej chwili niekontrolowanej szczerości, przypomnijmy, że oficjalnie recenzenci są tylko opiniodawcami, a decyzja podjęta zostaje przez grono profesorskie z odpowiedniej Sekcji CK „po dyskusji”. Jakiej dyskusji, skoro „dyskutanci” nie znają przedmiotu sporu? Pan Tazbir obnażył, rzeczywisty mechanizm nadawania stopni i tytułów.

Kariera naukowa w polskim systemie akademickim zależy od trzech, czterech osób, które mogą napisać co tam sobie chcą, bo jest to tylko opinia. Stąd nawet ewidentnych recenzji śmieciowych nie można zaskarżyć przed sądem, jako np. poświadczenia nieprawdy.

Tak więc kilku mężczyzn o mentalności bęcwała, choć z tytułem, może zdecydować o być, albo nie być habilitanta. Czy to ciekawa informacja dla prasy, w kraju, który tragicznie dołuje we wszelkich rankingach szkół wyższych na świecie? Jak już wspomniałem w prologu – ależ skądże!

To nie jest państwo dla ludzi (bez dojść).

U nas się pyta o to czy coś zmienić w systemie akademickim, właśnie tych, którzy wszystko zawdzięczają panującemu w nauce status quo! Którzy mieszkają w domach z trupami pod podłogą: wiedzą ile krzywd zadała ludziom merytokracja.

Odpowiedzialni za taką sytuację nie są ekskludowani z dobrego towarzystwa, wprost przeciwnie: bywają na salonach. Jeden z mandarynów nauki, oznajmił, drwiąc z pokrzywdzonych, że CK najczęściej krytykują ci, którym nie udało się przejść przez sito selekcji. Merytorycznej selekcji, rzecz jasna. Przypominają się czasy Peerelu, wtedy też na czele protestów mieli stawać ludzie zwichrowani, mający kłopoty z prawem, niedostosowani społecznie, przegrani.

W normalnym kraju enuncjacje szefa CK wywołałyby burzę, a może wściekłość, wśród akademików. Wszak pan Kaczorek raczył zasugerować, że wielu spośród nich swe godności zawdzięcza słuchawce telefonicznej – skoro można utrącić aspiracje naukowe telefonem, można też je zaspokoić. W normalnym państwie… Ale to państwo normalne nie jest. Rafał Ziemkiewicz pisał, że życie w Polsce to pływanie w kisielu. Raczej w smole, a w przypadkach skrajnych: w fekaliach.

Mija piąty rok, gdy rewelacje prof. Kaczorka ujrzały światło dzienne. I co? Nic: cisza. Cisza nad tym grobem pobielałym.

Mimo omerty, zza kotary wychynie czasami paskudna twarz patologii.

Sporadycznie do opinii publicznej przebijają się takie sprawy jak Krzysztofa Drewsa profesora-magika z poznańskiego Uniwersytetu Medycznego, który napisał dwie recenzje: pozytywną i negatywną dla tej samej pracy habilitacyjnej. Gdy sprawa wyszła na jaw wykpił się stwierdzeniem, że to asystent napisał pozytywną (dla wprawy w pisaniu recenzji), a sekretarka przez pomyłkę wysłała obie do Wydziału Lekarskiego.

Korporacja profesorska przyjęła to tłumaczenie za dobrą monetę. „Z tzw. „sprawy Drewsa” wynika, że na każdą pracę można napisać dwie różne, przeciwstawne recenzje, albo dowolną ich ilość o różnych odcieniach, aby dostosować je do potrzeb chwili. Z kolei inna sprawa dr Marka Migalskiego pokazuje, że można w ramach głosowania „utrącić” każdą pracę, bez podawania merytorycznego uzasadnienia” (list otwarty Józefa Wieczorka oraz Cezarego Wójcika z NFA, styczeń 2009).

Milczenie CK na temat „sprawy Drewsa” w normalnym państwie (a nie rozdrapanym przez kolesiów) skłoniłoby dziennikarzy i opinię publiczną do wymuszenia na politykach i prokuraturze reakcji – bo byłoby jasnym dowodem, że decydenci środowisk naukowych nie pałają przesadną chęcią walki z toczącymi je patologiami.

Ale III RP normalna nie jest…

Nie powinno przeto dziwić, że w poczuciu zupełnej bezkarności, jaką może dawać tylko świadomość przynależności do środowiska będącego poza kontrolą, szef CK do spraw stopni naukowych z dezynwolturą mówi to, co w innym przypadku musiałoby się skończyć rozmową z przedstawicielami wymiaru sprawiedliwości. A właściwie, musiałoby się zacząć.