Agenci transformacji – ważna przyczyna obecnych patologii akademickich

Agenci transformacji 2.PNG

cd.PNG

Reklamy

Profesorskie Imperium Niegodziwości

1.PNG

4

2

3

5

cały tekst pod adresem

 http://archbudo.journalstube.com/page/display/id/34/title/archbudo-book-series 

Profesorskie Imperium Niegodziwości

Rektor UŁ i Dziekan Wydziału Prawa i Administracji UŁ ponad prawem

Rektor UŁ i Dziekan Wydziału Prawa i Administracji UŁ ponad prawem

Państwowa Inspekcja Pracy – Okręgowy Inspektorat Pracy w Łodzi potwierdziła nielegalność pełnienia funkcji kierowniczych przez 12 osób na Wydziale Prawa i Administracji Uniwersytetu Łódzkiego (o sprawie pisała m.in. Gazeta Polska w artykułach z 3.04., 11 i 17.08.2017 r.)

Niektóre z tych osób pełnią nielegalnie funkcje kierownicze nawet od kadencji 2012-2016 (jak p. B. Jaworska-Dębska) lub też kilka jednocześnie – kierownika katedry i kierownika zakładu (jak p. R. Dębski).

Mimo wystąpienia PIP w sprawie usunięcia naruszeń prawa Rektor UŁ p. prof. Antoni Różalski nie ma jednak zamiaru odwołać osób niezgodnie z prawem pełniących funkcje kierownicze. Powołuje się na „specjalne zezwolenie od Ministra na łamanie prawa”.

Poczucie bezkarności Rektora i Dziekana Wydziału PiA prof. Agnieszki Liszewskiej kierującej wnioski w sprawie obsady stanowisk kierowniczych jest tym bardziej zadziwiające, że nielegalne kierowanie katedrami i zakładami wiąże się z co miesięcznym pobieraniem nienależnych środków publicznych. Te nie tylko że wciąż nie zostają zwracane, ale i są nadal bezkarnie pobierane. Są to środki z naszych podatków.

Skala już wykrytych nadużyć finansowych władz uczelni może sięgać co najmniej kilkaset tysięcy złotych, z tym że kontrola PIP była przeprowadzana na razie tylko na jednym wydziale UŁ.

Dziekan Wydziału Prawa A. Liszewska ze strachu przed nagłośnieniem afery już w czerwcu ub. r. rozpoczęła procedurę zwolnienia pracownika, który na piśmie zgłosił nielegalne pełnienie funkcji kierowniczej przez jedną z osób.

Zarówno Rektor, jak i Dziekan od ponad roku mieli pełną świadomość tego, że naruszają prawo. Wielokrotnie byli o tym napominani na piśmie.

Powołując na nową kadencję już wiedzieli, że czynią to z naruszeniem prawa.

Jest to ta sama Dziekan, która pouczała Prezydenta RP i PiS, że łamią przepisy Konstytucji w sporze wokół TK, a niedawno wypowiadała się na łamach Gazety Wyborczej co do za szybko przeprowadzanej reformy sądownictwa.

Takie uwagi zgłasza osoba, która wraz z Rektorem dopuszcza się naruszania prawa na ogromne straty finansowe, świadomie działając na szkodę państwa.

W dniu 24 sierpnia 2017 r. Rektor p. prof. Antoni Różalski osobiście poinformował mnie, że nie będzie przestrzegał przepisów ustawy Prawo o szkolnictwie wyższym i Statutu UŁ odnoszących się do zasad powoływania na funkcje kierownicze, w szczególności bezwzględnego wymogu powoływania kierowników katedr i zakładów na 4-letnią kadencję władz UŁ.

Rektor ma pełną świadomość tego, że niektóre osoby zostały powołane na stanowiska kierownicze na rok, 2 lub 3 lata (bo na taki okres zawarto z nimi umowy o pracę po przejściu na emeryturę), ale „idzie w zaparte” i nie zmienia lekceważącego stosunku zarówno do obowiązującego prawa, jak i do wyników kontroli i wystąpień PIP. Na moje pytanie o dalsze zatrudnianie w UŁ p. prof. Małgorzaty Stahl – zarejestrowanej jako TW i także nielegalnie powołanej na funkcję kierownika katedry – odpowiedział, że nie zamierza zapoznawać się z teczkami p. Stahl w IPN, a w ogóle to tajni współpracownicy nie tylko mogą pracować na uczelni, ale są tam wręcz pożądani!!!

Wnioski z tej patologii pozostawiam Czytelnikom.

Ryszard Małecki

Chamstwo pracowników nauki i szkolnictwa wyższego

Chamstwo pracowników nauki i szkolnictwa wyższego

Waldemar Korczyński

Ciekawe przykłady chamstwa znaleźć można wśród – będących w Polsce opłacanymi przez Państwo – pracowników nauki i szkolnictwa wyższego. Jak na elitę elit przystało chamstwo to jest na ogół bardziej subtelne niż wśród przedstawicieli, innych, mniej elitarnych profesji. I bardzo często jest ono mylone ze zwykłą pazernością czy walką o stołki co trudno uznać za działalność bezinteresowną.

Generalnie chodzi o to, że klasa uczonych dba o to, by nikt nie mógł się dowiedzieć za co konkretnie bierze raczej grubą (warto zajrzeć do artykułu „Ile zarabia profesor?” w Forum Akademickim z grudnia 2009) forsę. Wartość normalnego pracownika ocenia się na ogół po jakości tego co produkuje. Piekarz jest więc dobry, gdy robi chleb bez zakalca, a budowlaniec gdy postawiony przezeń most się nie wali. Naukowcy produkować mają odkrycia i artykułować je w możliwy do przetwarzania sposób.

Pytanie „Co Pan odkrył, Panie profesorze” uznane będzie jednak prawdopodobnie za nietakt, bo tak bezpośrednio się uczonych nie ocenia. Można wprawdzie zapytać „Co Pan opublikował”, ale odpowiedź niekoniecznie musi mieć związek z pierwszym pytaniem, bo może się okazać, że wymienione w długiej liście publikacje są „przyczynkowe” i nie zawierają opisu żadnego odkrycia. Zdobywanie stopni i tytułów bez wytworzenia jakiegokolwiek produktu naukowego (odkrycia) może i jest np. oszustwem, ale chamstwem już nie, bo nie ma waloru bezinteresowności.

Chcę więc jasno powiedzieć, że tak ostatnio popularne wynalazki uczonych jak:

  • Ukrywanie rzeczywistych dokonań naukowych pod tzw. wykazem publikacji. Niektórzy uczeni nawet nie mają się za co schować i powiadają, że są uczonymi nie na podstawie jakichś tam „wyników”, ale łaski stosownej grupy innych uczonych (np. Rady Wydziału), która ich za uczonych uznała. Podobnie bywało w średniowieczu, gdzie można było zostać kimś ważnym z łaski np., króla. W przypadku naukowców może się jednak zdarzyć, że łaskodawcy nie są dużo lepsi od łaskobiorcy.
  • Kradzież dorobku kolegów po fachu czyli tzw. plagiaty.
  • Minima kadrowe. Jest to przepis warunkujący istnienie tzw. kierunku studiów zatrudnieniem przez uczelnię określonej liczby tzw. pracowników samodzielnych. Płaci się więc często nierobom, którzy wykorzystują swe stopnie i tytuły do pobierania ca 8 – 10 tys/mies za ok. 4 – 6 godzin pracy tygodniowo. Opowieści o rzekomej pracy naukowej całej ogromnej rzeszy wykładowców można skonfrontować z ilością polskich Nobli, a gadanie o pracy organizacyjnej uczonych ze stanem naszych uczelni, koordynacją nauczanych przedmiotów czy innymi „duperelami”. Ubaw gwarantowany.
  • Praca na wielu etatach. Rekordzista pracował podobno na kilkunastu, ja znam takich co mieli po kilka.
  • Nauczanie przedmiotów, o których ma się pojęcie raczej mętne lub nie ma się kwalifikacji formalnych do ich nauczania. Mimo podobieństwa do chamstwa polityka wciskającego ludziom brednie nie jest to chamstwo, bo za godzinę wykładu uczony bierze od 100 do 1000 PLN, więc bezinteresownie bzdur nie gada.
  • Spanie wykładowcy na zajęciach ze studentami.
  • Fałszowanie dyplomów.
  • Przepracowywanie jednego dnia więcej niż 24 godzin dydaktycznych.
  • Bredzenie o „bezpłatnej” edukacji, gdzie Państwo płaci wykładowcom, którzy mogą zupełnie nie odpowiadać zainteresowanym, tj. studentom. Za to płacimy wszyscy. Bezpłatnej edukacji nie ma, ale zamiast uczelniom można dać forsę (np. poprzez stosownie skonstruowany bon edukacyjny) studentowi, który wybierze komu i ile zachce zapłacić. A ewentualnie zaoszczędzone pieniążki z bonu wyda np., na piwo.

Są to typowe przykłady pomawiania uczonych o chamstwo. I te i wiele innych, powszechnie uważanych za nietypowe, zachowań elity narodu chamstwem nie są, bo nie są bezinteresowne, a korzyści z nich nie są w stosunku do strat studenta małe. Najczęstszym w tym środowisku typem chamstwa są rozmaite formy zarozumialstwa, przecenianie swojej wartości, „parcie na szkło” i tytuły i – co też się zdarza – nadwrażliwość na najmniejsze nawet przejawy krytyki czy pytania o bardziej lub mniej naukową przeszłość.

Tę ostatnią cechę łatwo jednak pomylić z obawą o to, że ujawnienie rzeczywistej wartości uczonego może narazić go na utratę części lub wszystkich (np., w przypadku plagiatu) dochodów. Nie wiadomo więc, czy taki „wrażliwiec” to matołowaty chamciuch czy ostrożny cwaniak.

A może też być i tak, że jest to człowiek uczciwy, który po prostu zna swoją wartość. Tu trzeba mieć naprawdę sporą wiedzę o człowieku, by orzec czy jest on naukowym chamem czy nie.

Dlatego też chamstwo naukowe ma charakter bardziej statystyczny niż indywidualny. Trudno jest orzec czy profesor X jest czy nie jest chamem, ale można stwierdzić, że klasa ludzi wciskających nam kit pt. wyższość realnego socjalizmu nad kapitalizmem, która do dziś za ten kit nie przeprosiła chamowata jednak jest. Nie oznacza to, że wiemy kto jest konkretnie „winny”, ale faktem pozostaje to, że robiono nas w bolo i nie przeproszono.

A ponieważ wspomniana klasa niczego by na tych przeprosinach nie straciła, więc jest to zaniechanie bezinteresowne, czyli chamstwo.

Zainteresowanych opisami naukowych chamów-indywidualistów odsyłam do poświęconych kondycji nauki i szkolnictwa wyższego portali, gdzie znajdą sporo zabawnych często przykładów. Zarówno w przypadku naukowego chamstwa indywidualnego jak i statystycznego akceptacja społeczna jest znacznie większa niż w jakimkolwiek innym przypadku. Być może jest to konsekwencją przerośniętego nad miarę wyobrażenia przeciętnego Polaka o wkładzie naukowców w życie gospodarcze i (a może przede wszystkim) kulturalne naszej Ojczyzny.

Polska to kraj gdzie można w oparciu o widzimisię recenzentów CK inspirowanych słuchawką telefoniczną degradować,można też na takiej samej podstawie awansować

 

Polska jest jak stara służąca…

To kraj  gdzie   można w oparciu o widzimisię recenzentów CK inspirowanych słuchawką telefoniczną degradować,

można też na takiej samej podstawie awansować 

Robert Kościelny

O tym, że państwo polskie wisi na belce, i przez to jest praktycznie tworem martwym, truchłem: po prostu („istnieje teoretycznie”), wie każdy w III RP. Kto miał jeszcze jakieś wątpliwości, to pozbył się ich po konferencji prasowej (nazywanej dalej konferansjerką, zapowiadającą w intencjach kolejne niezmącone lata rządów sitw pod parasolem PO) premiera rządu Donalda Tuska. Pomijam oczywiście funkcjonariuszy systemu, ci idą za swym pryncypałem w zaparte, czy też „na rympał”. To drugie określenie, wzięte z gwary więziennej (w więzieniach PO ma największą ilość zwolenników, nieodmiennie głoszą komunikaty powyborcze leśnych dziadków), szczególnie stosowne jest do opisu zachowań reżimowych dziennikarzy i jednego posła z PO, których łączy mentalność knajacka.

W funkcjonującym normalnie państwie, dymisja rządu byłaby oczywista, jak amen w pacierzu, ale kto twierdzi, że żyjemy w normalnie funkcjonującym państwie prawa”, pyta retorycznie Piotr Cywiński na portalu wpolityce. Cywiński zadał je dzień po konferansjerce Tuska.

Zgniłe korzenie III RP.

Cytowany publicysta jakżeż słusznie zauważył, że ten stan rzeczy ma swoje źródła w nierozliczeniu, nie tak znów dawnej, peerelowskiej przeszłości. Stąd za Stefanem Kisielewskim należałoby powiedzieć, „to nie kryzys, to rezultat”. Bo przecież III RP od chwili poczęcia przy (a może słuszniej:pod) okrągłym stole istnieje w warunkach permanentnego kryzysu. Mówiąc górnolotnie – etycznego. Przekłada się on na zachowania Polaków. Tyle razy oszukanych, rozczarowanych, w których zabijano raz po raz nadzieje. A od kilku lat karmionych pedagogiką wstydu. W takich warunkach żaden naród nie jest w stanie zachować godności, czy poczucia własnej wartości. W takich warunkach po prostu zatraca się moralny instynkt, na rzecz hasła: ratuj się kto może.

A jedni mogą bardziej (członkowie sitw: zarówno ci z lewicy jak prawicy), a inni mniej – więc toną („takie są odwieczne prawa natury pani kierowniczko”). Napoleon, który rozpoznał w zachowaniach Francuzów podobne do wzmiankowanych symptomy, miał powiedzieć o Francji, że jest jak stara służąca przywykła do tego, że gwałci ją kto chce.

Wiem, ale nie powiem…

Wiem jak to się wszystko skończy i kto wygra, a kto przegra z kretesem. Ale nie powiem. Niech partyjni doradcy kombinują, biorą za to grubą kasę. Niech rezonują publicyści mediów niezależnych i tych niepokornych – inkasują za to sute wierszówki.

Na razie widzimy, że skandal, który w wolnym i pewnym swych walorów narodzie skończyłby się przepędzeniem łotrów, którzy łżą w żywe oczy, na cztery wiatry, a później zamknięciem ich w lochu na cztery spusty, nie wywołał przesadnego rezonansu. W czasie, gdy to piszę młodzież z Ruchu Narodowego, chcąca wyrazić swą dezaprobatę, została spałowana i rozpędzona przez ZOMO III RP. Dostało się nawet dziewczynom z RN. Ach gdzież są feministki ze swym jazgotem!

Nie dziwi nic.

Dziwne to? Nie bardzo. Jeszcze większym powodem (tak: o wiele większym!), żeby przepędzić rządzące Polską sitwy i ich reprezentantów w osobach członków rady ministrów z PO (dawne KLD i UW) i PSL (byłego ZSL), była Tragedia Smoleńska. Przepędzić, a po przepędzeniu i wytarzaniu w smole i pierzu osadzić w lochu na długie lata. I co? Każdy wie co, więc po co się wyrażać.

Polacy są od 25 lat przyzwyczajeni do łgarstw w żywe oczy, do łajdactw na które nie ma kary, do bezczelnych, dufnych w swą absolutną bezkarność ludzi władzy.I do tego, że są wobec tego zjawiska bezsilni. Wypuszczono z nas powietrze. Ktoś napisał, że konferansjerka Tuska to naplucie Polakom w twarz. Nie po raz pierwszy i zapewne nie ostatni. Polakom raz po raz zalewają oczy swoją śliną więksi i pomniejsi decydenci.

Zaplute elity.

Przypomnijmy chociażby sprawę dobrze znaną czytelnikom tekstów zamieszczanych na stronie NFA. Skandaliczną wypowiedź prof. Tadeusza Kaczorka, który z dezynwolturą mówił w czasie gdy jeszcze był szefem Centralnej Komisji ds. stopni i tytułów naukowych, iż w zarządzanej przez niego instytucji dochodzi do przewał – uwalaniu kandydatów do stopni i tytułów naukowych na telefon.

Przecież w tym momencie magnificencja raczyła charknąć w twarz nie tyle tym, których CK uwaliła, ile tym, których ta przyjemność ominęła.

Prosta sprawa: jeśli można w oparciu o widzimisię recenzentów CK inspirowanych słuchawką telefoniczną degradować, można też na takiej samej podstawie awansować. Jak się poczuły osoby, na które pan Kaczorek rzucił, chcąc nie chcąc, cień podejrzenia, że nie własnej pracy, ale temu że działają telefony, zawdzięczają honory? Nijak, otarli plwocinę z twarzy („widocznie deszcz pada”) i poszli ściskać rękę panu prezydentowi (temu, dla którego przyczyna śmierci Pary Prezydenckiej i innych osób, w tym młodych dziewcząt-stewardess i chłopców z BOR jest „arcyboleśnie prosta”) – bo nie sądzę, żeby podsuwali do uścisku inną część ciała. Byłoby o tym bez wątpienia głośno.

Bantustan.

Gdybyśmy mieli państwo, które istnieje praktycznie, a nie teoretycznie i antysystemową opozycję, która istnieje realnie, a nie tylko w teorii i odważną elitę antysystemową, która nie tylko mówi o dobru wspólnoty (bo przecież likwidacja źródeł takiego bezprawia i krzyczącej niesprawiedliwości byłaby w interesie wspólnoty), ale i w jej interesie działa, to wypowiedź szefa CK byłaby początkiem końca jego tyleż długiej co niewątpliwie błyskotliwej kariery.

Zresztą nie tylko jego, ale również innych świętych krów. W tym zwłaszcza ulegających wdziękom aparatu telefonicznego. Ale takiej opozycji i elity nie mamy, więc Kaczorek tak jak Donald mogą być z siebie zadowoleni, a nade wszystko siebie i swej pozycji pewni. Takich „Kaczorków” i takich „Donaldów” jest oczywiście więcej. Są w każdej dziedzinie naszego życia. I siedzącej cicho, bo mającej usta zakneblowane górnolotnymi frazesami i świadomością własnych interesów, opozycji, również.

Tak więc skoro ci, którzy mówią o sobie „elity”, nie są w stanie zareagować na dyshonor, na pomiatanie nimi („jak bezwolne manekiny przewracane i kopane”), natomiast chętnie odreagują na słabszych, którzy śmieją im to wypomnieć, to dlaczego dziwią się ludziom, którzy nie mieli, nie mają i mieć nie chcą ambicji tworzenia socjety? A dziwią się, jakie to polactwo wydygane i beznadziejne, skoro nie chce się bić i zmieniać Polski. A niby dlaczego mają to robić? Żeby później, ponosząc wielkie ofiary, doczekać się Wielkiego Zbratania Dwu Stron Historycznego Podziału? Jakiegoś wariantu grubej kreski? Jakie ludzie mają gwarancje, że znów zamiast szansy na rozwój w sprawiedliwym i przyjaznym obywatelom państwie nie otrzymają przysłowiowego gie w zęby? Przy takich „elitach antysystemowych”. I takiej opozycji. No jakie?

 

Robert Kościelny pyta: Kto z profesorów rzuci w twarz wyzwanie systemowi nauki i jego oligarchom ?

Robert Kościelny pyta: Kto  z profesorów rzuci w twarz wyzwanie systemowi nauki  i jego oligarchom  ?

 

Polska musi być wyspą wolności
Jarosław Kaczyński

30 kwietnia 2014 odbyło się posiedzenie Rady Programowej PiS, w której uznano: „Żeby zrealizować program PiS, trzeba nowego państwa”. Przewodniczący Rady, profesor Piotr Gliński stwierdził, że zadanie zbudowania nowego państwa choć trudne nie jest niewykonalne: „w sytuacji innej komunikacji pomiędzy elitami i masami można państwo z większą nadzieją próbować zmieniać”.

Frontem do mas…

To, że przyczyna kryzysu państwa leży w utracie kontaktu z masami nie jest, zwłaszcza dla starszych czytelników, żadną niespodzianką i doprawdy nie trzeba socjologa, a w dodatku męża stanu, żeby móc takie zdanie – będące lejtmotywem referatu każdego nowego I sekretarza KC PZPR, który wyłaniał się z dymem pożarów, z kurzem krwi bratniej tzw. polskich miesięcy czasów Peerelu – wpleść między frazy swych propaństwowych przemyśleń. Nie wiem w jaki sposób prof. Gliński będzie chciał poprawić komunikację z masami. Ale to w końcu problem techniczny. Zawsze jakiegoś machera można wytrzepać z rękawa. Gorzej z elitami.

Bo wprawdzie historia III RP pokazuje, że je również można wytrzepać – tak z rękawa jak z innych części garderoby – np. nogawki, a dzieje Peerelu dopowiadają, że także z walonek (iluż jeszcze przedstawicieli takich walonkowych elit tumani i przestrasza, mogliśmy się przekonać przy okazji sprawy prof. dr. mjr. hab. Zygmunta Baumana) – ale problem w tym, czy ludzie zechcą uznać za przewodników te – wytrząśnięte z różnych, czasem niezbyt reprezentacyjnych, zakamarków – przezacności (Cała rzecz stanęła na tem, jak pogodzić de z batem).

Kto, kogo, kiedy i z kim zdradzał.

Kilkanaście dni wcześniej Piotr Gliński powiedział: „25 lat III RP to historia zdrady elit”, a poza tym stwierdził, że „demokracja w Polsce jest tłamszona”. To wszystko święta prawda, tylko czemu smiejoties? nad soboju smiejoties! Bo demokracja to wolność. W tym wolność wypowiedzi. A według naszych przodków to nawet przede wszystkim; bo wolne mówienie […] jest Matką i Duchem Wolności, jest niekonającej Ojczyzny status i znak, gdy jeszcze gada.

Czy zasady wolnego mówienia przestrzega tzw. „prawa strona”? Casus ks. Isakowicza-Zalewskiego, którego zbanowała niezależna.pl jest wymowny (sic!). Ale mniejsza z niezależną pl. – w końcu jest to prywatna inicjatywa i naczelny GP i GPC może sobie dobierać do grona autorów, kogo tam chce. W poruszanym przypadku, szkoda tylko, że na pożegnanie naubliżał tak szlachetnej postaci, jaką jest ks. Tadeusz Isakowicz – Zalewski. A później – o obłudo do nieba śmierdząca! – jeszcze zapewnił, że będzie się modlił za sponiewieranego przez siebie, insynuowaniem ukraińskiej krwi na rękach, kapłana.

Tak więc już samo to wystarczy, by stwierdzić, że również po tzw. antysystemowych elitach cudów raczej nie należy się spodziewać. Wolność tak, ale bez przesady!

Tym bardziej, że już w 1999 w wywiadzie udzielonym portalowi ekologów pracownia.org.pl. zatytułowanym W ruchu ekologicznym jest mniej g…. niż w całym świecie, Piotr Gliński dał specyficzny popis elitarności, mówiąc o „obecnej rzeczywistości społeczno-kulturalnej”, która jak wynikało z kontekstu wypowiedzi powoduje, że niektóre radykalne, choć tak w ogóle słuszne, działania ekologów, nie mogą być podejmowane, bo spotkają się z niezrozumieniem tubylców – „tego kraju”. Pan profesor mówił też o g…e, które zalega w świecie, „ale w ruchu ekologicznym jest [go] mniej”. A skoro tam jest go mniej, to gdzieś musi być go więcej. Ciekawe gdzie ?

Zielono mam w głowie i fiołki w niej kwitną…

Poza tym prof. Gliński mówił o „przysłowiowych babciach słuchających Radia Maryja”, obsadzając je w zaszczytnej roli użytecznych idiotek. Konserwatystek, które jako nieposiadające samochodów, a zapewne w dodatku darzące pierwotną czcią przyrodę, będącą niewysychającym źródłem ziół tak potrzebnych w guślarskich praktykach, nieświadomie popierają zmagania ekooświeconych, walczących o integralność ekosystemu góry św. Anny, przez którą to (górę) planowano w tym czasie przeprowadzić drogę szybkiego ruchu.

W owych latach prof. Gliński musiał chyba uważać, że jego wierność, jako bez wątpienia przedstawiciela elity należy się raczej głuszcom, paprociom i rzadkim okazom robaków płaskich lub obłych. W tych czasach babciom słuchającym Radia Maryja wierności dochowywali co najwyżej mnisi z zakonu redemptorystów. Wobec których każdy przyzwoity i na pewnym poziomie człowiek mógł zająć tylko jedno stanowisko – takie jakie nakazuje aktualna linia redakcji „GW” i Unii Wolności. Z listy tej ostatniej prof. Gliński startował w 1997 r. do sejmu III RP, co zauważmy z kronikarskiego obowiązku. Podobnie jako to, że w 2003 zakładał partię Zieloni 2004, której program polityczny zawierał i zawiera wszystko co zarówno wówczas jak i dziś uchodzi za najmodniejsze. Europejskie.

Laureat zasłużonej nagrody.

„Jaka władza, tacy odznaczeni”, tak na konferencji prasowej 10 maja 2014 r., skomentował Jarosław Kaczyński fakt obwieszenia przez Bronisława Komorowskiego odznaczeniami za zasługi redaktorów i dziennikarzy „GW” …

Ale, jak to się mówi: revenons à nos moutons.

Piętnaście lat temu pan Gliński był młodym, zdolnym profesorem socjologii, więc nie wypadało mu nucić inaczej niż nakazywała nowa świecka tradycja, której kanon obmyślano przy ulicy Czerskiej. To zrozumiałe: gdy się ma profesurkę i synekurkę (uczelnianą), to głupotą byłoby iść pod wiatr historii, który potrafi strącić korony z głów, a nawet wraz z głowami, a co dopiero profesorski biret.

Być może coś podobnego myślał pan profesor, choć już nie tak młody jak dawniej, gdy w 2011 r. udawał się do Pałacu Namiestnikowskiego po order za zasługi. Ciekawe kto wówczas wnioskował o Krzyż Oficerski Orderu Odrodzenia Polski dla prof. Glińskiego? Może głuszce, którym profesor dochował wierności? Na stronie internetowej prof. Glińskiego czytamy: „o odznaczenie wnioskowali organizatorzy VI Ogólnopolskiego Forum Inicjatyw Pozarządowych”. Czyli miałem rację. To były głuszce!

Radość bezkręgowców, albo śmierć frajerom!

Wielu osobom w Polsce należą się splendory za ich niezłomność w czasach trudnych , znamy takich, którzy jednak po 10 kwietnia 2010 r., odmówili udania się do przybytku na Krakowskim Przedmieściu, gdzie rozdają różne aureole, obawiając się spotkania z jego głównym lokatorem. Media co jakiś czas piszą o dawnych działaczach opozycji, niemających najmniejszej ochoty na uścisk ręki człowieka, który kilka godzin po wydarzeniu z 10 kwietnia 2010 r., przejął władzę w państwie na mocy informacji zawartej na czerwonym pasku, któreś z „zaprzyjaźnionych stacji”. Pan Gliński rok po Tragedii Smoleńskiej, chyba nie miał takich skrupułów. Ten przejaw wierności ekosystemowi w jakim tkwią polskie elity został nagrodzony, bo dziś jest bardzo ważną osobą, która jeśli zwycięży „antysystem” będzie personą jeszcze ważniejszą. Pokazując młodym jak można i cnoty nie stracić i dolara zarobić. Obleńce już się cieszą!

Vivat akademia, vivant professores!

Podobnie „antysystemowi” uczeni, którzy pobiegli po odebranie tytułów profesorskich do palikotowego kolesia, komentującego wraz z towarzyszami największą – po zniszczeniu oporu żołnierzy wyklętych oraz masakrach i rozwianych nadziejach: Grudnia ’70 i stanu wojennego – tragedię Polski, tymi oto skrzydlatymi (nomen omen) słowami: „prawda jest boleśnie prosta – jakby nie polecieli, to by się nie rozbili”.

A przecież niczym nie groziłoby niepójście na fetę, to wcale nie wymagało wielkiego charakteru, jak mówił Poeta. Tych całych profesur dożywotnich by im nie odebrali. Dyplomy przysłaliby pocztą. Chodziło o gest, na który stać przedstawicieli mas, ale przedstawiciele elit uznali, że im nie wypada. W końcu oni, jako reprezentanci mas, a nawet ich najbardziej świadoma awangarda, i tak będą musieli kontaktować się z gospodarzem domu przy Krakowskim Przedmieściu. Czego przecież nie da się powiedzieć o takim np. dawnym opozycjoniście, któremu szczęście przekroczenia wysokich progów trafiło się jak ślepej kurze ziarno i który, co najwyżej, może reprezentować swą nieelitarną rodzinę. Oczywiście pod warunkiem, że żona mu pozwoli.

Potęga smaku.

Powiedzmy to sobie otwarcie: tym, którzy pretendują do roli przewodników narodu, do Pałacu Namiestnikowskiego nie wolno wchodzić pod żadnym pozorem. Zwłaszcza pod pozorem odebrania „honorów”. I nie jest to sprawa odwagi, ale smaku, który każe wyjść skrzywić się wycedzić szyderstwo choćby za to miał spaść bezcenny kapitel ciała – głowa.

Bo to elity mają się poświęcać, a nie masy. Bo elity są od tego, żeby pójść na pierwszą linię ognia. Natomiast nasze establiszmenciaki, wychowane w Peerelu i III RP, uważają że od zaściełania ciałami bitewnych pól są masy, oni zaś stworzeni są do plądrowania zdobytych taborów. I do rządzenia. Nażreć się i być bezpiecznym jak obozowy ciura, ale żyć w chwale pierwszego do walki, to cel elit, który zamierzają osiągnąć poprzez poprawienie kontaktu z masami. Na pewno się im to uda (Cała rzecz… ale o tym już wspominałem).

Wszyscy chorzy, ale z garów jak powymiatał…

Niby tacy prześladowani, niby pokrzywdzeni, mówiący prawdę całą dobę, ale gdy spojrzy się na ich życiorysy z ostatniego ćwierćwiecza, nie zapuszczając żurawia głębiej, bo to często kończyłoby się wielkim wstydem (dla nich), to jakoś nie widać w nich przerwy. Kolejne szczeble takiej czy innej kariery w państwowych strukturach i instytucjach pokonywali lekko i bez zadyszki, (nie mówiąc już o zawale), będącej nieuchronnym skutkiem narażenia się establishmentowi III RP, oligarchom grup antyrozwojowych, czyli – rządzących Polską sitw, w ramach których budowane są wsobne struktury i hierarchie, przekładające się na sukces, awans, zasobność materialną lub jej brak. Niestety koszty na to się składające nie są już wsobne, ale ogólne, społeczne (Pan płaci… Pani płaci… My płacimy… To są nasze pieniądze proszę pana…).

Łatwo sobie wyobrazić, jak po zwycięstwie partii antysystemowej (?) ci wieloletni dyrektorzy, naczelnicy czy też, jak się zaraz okaże, postponowani przez system profesorowie, bez przerw w życiorysie, będą użalać się jakie to sankcje ich dotykały, jak to patrzyli na nich krzywo szanowni koledzy na zebraniu instytutu, rady wydziału czy senatu. Jakie uszczypliwości musieli od nich znosić za swą nieprawomyślność. Zupełnie jak Mieczysław F. Rakowski. Kto nie wierzy, jak prześladowanym człowiekiem w czasach Peerelu były naczelny Polityki, późniejszy wicepremier, premier Peerel i ostatni I sekretarz KC, niech sięgnie po jego pamiętniki.
… A później będą się bratać w geście chrześcijańskiego miłosierdzia, ze swymi „oprawcami”. Pokazując masom, jak należy wybaczać nieprzyjaciołom swoim…

Faryzeizm do potęgi…

Kilka lat temu opublikowałem w, redagowanym przez ś. p. Michała Bieniasza, czasopiśmie szwedzkiej Polonii Słowo Kongresu tekst, w którym zwracałem uwagę na to, że nasze elity lubią mówić o sitwach, układach, sieciach powiązań, ale nie swego światka. Czy ktoś z przedstawicieli elit, naszych elit, stanął na czele ruchu odnowy swego środowiska – naukowego, artystycznego, kulturalnego, aby w ten sposób przyczynić się do rozcięcia jednej z nici sieci oplatającej nasz kraj? Zaczął punktować patologie i domagać się głębokich reform? Pociągnięcia do odpowiedzialności osób winnych, np. złego stanu nauki w Polsce – w końcu ktoś odpowiada za to, iż nasze najlepsze uniwersytety gnieżdżą się w czwartej setce światowych rankingów, obok uczelni krajów dotkniętych kataklizmami bądź niepokojami społecznymi, że niczego istotnego dla świata nie produkujemy, że jedynymi profesorami, którzy od razu podjęli od strony naukowej wątek tragedii smoleńskiej, byli nasi badacze z Zachodu, wyuczeni w tym, że naukowca czyni nie coraz dłuższy ogonek tytułów, ale buzująca w nim ciekawość poznawcza.

Mnóstwo młodych zdolnych zasila szeregi bezrobotnych, bądź gastarbeiterów, podczas gdy ukształtowana w czasach Peerelu tzw. stara profesura zasiada na kilku urzędach i etatach.

Czy znalazł się choć jeden profesor o znanym nazwisku z naszej strony, który o tym wspomniał?

Rzucił w twarz wyzwanie systemowi nauki i jego oligarchom?

Stworzył, bądź uczestniczy w ruchu odnowy środowiska naukowego w Polsce?

Walczy z patologiami, wyniszczającymi – niczym komórki rakowe organizm – system akademicki?

Jeszcze czego! Sam jest wieloetatowcem, więc nie będzie podcinał gałęzi, na której wygodnie się rozsiadł.

 

Znów o (p)osłach

 

Gdzie są posłowie „antysystemowi”, których psim obowiązkiem (płacimy im za to!) jest lobbowanie na rzecz interesów wspólnoty, a nie sitwy, pisałem w innym miejscu: w kolejce do trzech kas, a jeden to nawet do czterech (zapomogowej). A jeden poseł-profesor (albo profesor-poseł) z PiS (ten sam co to do trzech kas w kolejce stoi) wsławił się ostatnio lobbowaniem na rzecz specjalnych emerytur dla… profesorów, bo inaczej odchodząc na emeryturę wpadną w… „otchłań nędzy”. Z kim się na łby pozamieniali, mówiąc gospodarzem domu przy Alternatyw 4, ci „antysystemowi” posłowie, jeśli sądzą że taki przekręt, taki tupet, taka pruska buta, nie zostaną zauważone przez wyborców? Że nie odejmie to głosów ich partii. A głosy profesorskiej sitwy, której służą, raczej nie wystarczą do zwycięstwa w kolejnych wyborach.

Tydzień przed eurowyborami, wspomniana niezależna pl. cieszyła się, że akademicy z AKO ogłosili poparcie dla kandydatów PiS, który „udowodnił, że jest najbliższy naszemu systemowi wartości”. Mowa! Taka kiełbasa wyborcza, którą temu środowisku zafundował PiS swoim programem oraz złotymi ustami profesora-posła, udobrucha i przekona każdą magnificencję – niezależnie z jakiej strony historycznego podziału przybędzie do wyborczej urny w tym i przyszłym roku.

Medicae cura te ipsum!

Oczywiście nasi akademicy to tylko przykład, przywołany tu, gdyż dość dobrze mi znany. W innych sferach jest zapewne podobnie. Czy słyszał ktoś, aby nasi lekarze, aktorzy, notariusze, widząc jak młodzi, wykształceni, ale niestety niedoszli medycy, artyści, prawnicy wyjeżdżają za chlebem na Zachód – w końcu przypatrzyli się krytycznie mechanizmom doboru kadr i ścieżek awansu, jakie panują w ich branżach (podkreślmy: w ich, a nie cudzych!) i stwierdzili – dosyć tego, trzeba zmienić niesprawiedliwe reguły gry, mimo iż nas osobiście nie skrzywdziły? Czy nasze elity: swoich pożytków zapomniawszy – jak mówił Piotr Skarga w Modlitwie za Ojczyznę – zaryzykowały i stanęły na czele głębokich, doniosłych zmian w swoim środowisku? Ja o czymś takim nie słyszałem.

Co najwyżej puste użalanie się nad ludźmi, którzy wyjechali na Zachód, gdzie znaleźli szklane domy – obiecywane przez tych co raili im i raj, i deszcz pieniędzy, i życie jak za Gierka, jak wejdziemy do UE – które po bliższym przyjrzeniu okazały się… szklarniami bauera. Tylko, że nie tuby propagandowe wejścia Polski do UE tam pracują, dla nich są inne etaty: przewodniczących, komisarzy czy europosłów.
(Ekologiczne?) walenie w bambus.

Piotr Gliński oskarża tzw. „zamrażalkę” sejmową, w której grzęzną postulaty opozycji o to, że ogranicza możliwości działania posłów PiS.

Czy są tam również projekty dotyczące gruntownych zmian w szkolnictwie wyższym, których autorami byliby pisowscy akademicy zasiadający w komisji ds. nauki i szkolnictwa wyższego?

Albo w innych zawodach: prestiżowych i dobrze płatnych? Zmian gwarantujących że nie przychylność sitwy, ale pracowitość, talent i kompetencje otworzą przed fatygantem niebo spełnienia się w wybranym zawodzie?

Z drugiej strony „zamrażalka” jakoś nie przeszkodziła PiS-owi w zdecydowanych ruchach w/s wydarzeń na Ukrainie, w zmobilizowaniu do działania całego parlamentu. Tu okazało się, że życie polityczne istnieje również poza „zamrażalką”. Bo w jednych sprawach chce się i można działać, a w innych jakby mniej. A w jeszcze innych – w ogóle się nie chce. A nie chce się bo się broni wygodnego status quo. I tak jest również z systemem akademickim.
Zagorzałymi obrońcami tej poststalinowskiej struktury, na której co najwyżej mogą wyrosnąć takie kwiaty intelektu jak ów profesor z Białegostoku, co kazał się całować w d…. pracownikom IPN, są posłowie PiS. Jakoby „nasi” profesorowie. Którzy – oceniam to jak wyborca ocenia posłów – nie służą interesom wspólnym, wspólnoty akademickiej, ale sitwy akademickiej, mającej w nich dość wysoko postawionych, w hierarchii akademicko-urzędniczej i państwowej, protektorów.

Nie ma elit są uzurpatorzy.

W Polsce nie ma elity, więc ci, którzy się pod nią podszywają są uzurpatorami. Są za to odpowiedzialni za sytuację, o której w Trzeciomajowe święto przypomniał na Jasnej Górze ks. abp Stanisław Gądecki: 2, 5 mln ekonomicznych egzulantów, 2 mln bezrobotnych, 4 mln na skraju ubóstwa. Poza tym pogłębia się kastowość naszego społeczeństwa – czyli mówiąc inaczej: pogłębia się rozbicie sitwowe (kiedyś Polska rozbita była na dzielnice, teraz na korporacje) naszego kraju. Oczywiście za to, że prawie każda polska rodzina dotknięta jest co najmniej jedną z wymienionych przez księdza arcybiskupa bied, opozycja odpowiada najmniej. Ale umacnianiu ustroju sitwowo-korporacyjnego, jest współwinna. Bo jej posłowie bezwolni, zamknięci w korporacyjnych i środowiskowych gettach deklamując przywiązanie do wartości, takich jak: wolność, uczciwość, pomocniczość, praca dla wspólnoty – w praktyce drwią z nich.

W Polsce nie ma elit, są za to sitwy i stojący na ich czele oligarchowie. Obecny rząd jest dlatego tak mierny i godny najwyższej pogardy, bo wynajęty został do obsługi koterii kłębiących się na umierającym ciele Rzeczypospolitej oraz obrony wygodnego dla padlinożerców status quo. PiS, mający w swych szeregach takich niezłomnych mężów stanu oraz wspomagany przez „elity”, które poczucia smaku uczyły się chyba w kołchozowej garkuchni, też nie daje zbytnich nadziei na to, że będzie chciał, a jeżeli będzie, to – że zdoła podskoczyć capo di tutti capi i ich licznym fagasom. Tym bardziej, że takich fagasów ma w swoich szeregach.

A na koniec coś z gender…

Wybory dokonywane przez ludzi bez charakteru zawsze będą gnidzie. Niezależnie czy są oni z prawicy, z lewicy czy skądinąd. I zawsze będą przewidywalne. I zawsze będą zgodne z ich, a nie wspólnym, interesem. Człowiek bez kręgosłupa podobny jest w tym do homoseksualisty: wprawdzie nie wiadomo czy gustuje on w brunetach czy blondynach, szatynach czy rudych. A może kręcą go łysi? Ale jedno jest pewne: kobiety to on nie wybierze.

Robert Kościelny

Robert Kościelny o osobowości i etatowości mnogiej

Robert Kościelny o osobowości i etatowości mnogiej,
czyli:
Podskoczą? Nie podskoczą!

Kilka dni temu w niezależna.pl pojawił się tekst prof. Andrzeja Waśko, w którym Autor ubolewa nad stanem umysłów ludzi, którzy zatrwożeni sytuacją na Ukrainie szukają oparcia we władzy premiera Tuska, co w konsekwencji przekłada się na wzrost notowań PO. Jak można widzieć antyputinowską opokę w rządzie, który „tajemnicę śmierci polskiego prezydenta oddał w ręce Rosji”, irytuje się Andrzej Waśko, kończąc tekst umieszczony na portalu oświadczeniem: „Stan umysłowy ludzi, którzy sądzą, że taki rząd może zapewnić nam bezpieczeństwo, pozostaje dla mnie zagadką”.
W komentarzu pod tekstem wyraziłem opinię: „A dla mnie zagadką jest stan umysłowy ludzi, którzy z jednej strony piszą w niezależna pl. jaki to mamy fatalny system kreowania kadr akademickich, a z drugiej – gdy mogliby coś w tej materii zrobić: nacisk na posłów PiS w podkomisji ds. nauki, stosowne zapisy w programie wyborczym PiS-u – nie robią nic”.
Ponieważ kilkakrotnie pisałem już o tym dziwnym sposobie zachowania „naszych” (hmm, czy my w ogóle mamy jakichś naszych?), według mnie niepokojąco odbiegającego od normy – teraz tylko zwierzę się z trawiącej mnie wątpliwości. Bo jeśli ktoś co innego pisze, co innego robi, to czy nie może być i tak, że jeszcze co innego myśli? Wspominam o tym, bo zjawisko to, zwane fachowo osobowością mnogą, było typowe dla tzw. minionego okresu, a jak z tego wynika również w III RP rozwija się dynamicznie.
Podobnie jak dwójmyślenie.

Ostatnio na jednym z „naszych”, czyli antysystemowych (?) portali pojawiła się informacja o bez wątpienia naszym profesorze, któremu Uniwersytet Jagielloński nadał tytuł doktora honoris causa, z dumą podnosząca, że jest jedynym profesorem w kraju, który mimo 92 lat pracuje na pełnym etacie. Ja myślę, że jest to przypadek nie tylko w skali kraju, ale świata całego! Co też można było z szacunkiem zaznaczyć.
Ale mniejsza z tym. Bo nie chodzi o osobę, skądinąd wybitną i zasługującą na splendory, ale o wspomniane zjawisko. Bo oto trochę wcześniej portal ten ubolewał nad emigracją z kraju wykształconych ludzi, którzy nie mogąc znaleźć miejsca zatrudnienia, również w szkołach wyższych, opuszczają swój rodzinny kraj. Nie kojarząc jednak, że jak długo w Polsce bite będą tego typu „rekordy”, tak długo dla młodych nie będzie miejsca w „tym kraju”.
Nasi-nienasi walczą od dłuższego czasu o bezpłatny drugi kierunek studiów. Chodzi przede wszystkim o kierunki humanistyczne. Hasła są wzniosłe nie należy blokować dostępu młodym, zdolnym ludziom do wiedzy, w dzisiejszej sytuacji na rynku pracy młody człowiek z dwoma fakultetami ma większe szanse et caertera.  Bojcy o szeroki dostęp młodych do oświaty na poziomie wyższym wiedzą, że jest to pic na wodę, ale walczą. Nie ma czasu, aby wyjaśniać dlaczego oni doskonale wiedzą, że prawią farmazony. Podajmy więc jeden powód: bezrobocie, które dotyka również kilkufakultetowców, którzy w ten sposób są kilkakroć bardziej sfrustrowani niż osoby po jednym fakultecie. Ot i cały zysk dla młodych. A dla starych wyżeraczy?
W Polsce problemem nie jest to, że ktoś nie ukończył kilku fakultetów i dlatego jest bezrobotny. W Polsce większym problemem jest to, że stare wygi obsiadają kilka dochodowych etatów i, niezależnie czy są to wygi z lewicy czy z prawicy, ani myślą coś zrobić w kierunku zmian na tym zachwaszczonym polu jakim jest system awansów, nie tylko w nauce, ale w ogóle w każdej dziedzinie życia społecznego, gospodarczego i politycznego.
Bezrobocie i brak perspektyw nie dotyka natomiast kilkuetatowców. I o to w tym całym zamieszaniu i górnolotnych frazesach chodzi: mniej studentów, mniej kasy. Natomiast możliwość studiowania na dwóch, a może na trzech, albo i więcej (czemu nie?) kierunkach zwielokrotnia liczbę żaków. A że będzie na tym cierpieć poziom wykształcenia? A kogo to obchodzi. Czy martwią się o to antysystemowi (?) akademicy łącząc w jednym ręku kilka etatów, w dodatku w szkołach znajdujących się w różnych miastach? Oraz w sejmie.
Niedawno przeczytałem, że AKO w Warszawie zasilił prof. Tadeusz Kaczorek. Były szef CK, którego wynurzeniami na temat przewał do jakich dochodziło w kierowanej przez niego instytucji winna zainteresować się prokuratura. Choć pewnie szybciej zainteresuje się mną z art. 212, niż jednym z nietykalnych, na których jak wiadomo paragrafów nie ma. Są tylko przywileje i zaszczyty. Więc tak się zastanawiam, czego prof. Kaczorek może nauczyć w tej nowej dla siebie roli? Chyba trudnej sztuki jak można, mimo przeciwności losu i faktów, cały czas uchodzić za wielki i niekwestionowany autorytet w każdej, dowolnie wybranej, dziedzinie życia.
Czy ci mądrale będą w stanie rozmontować system, który tak sprzyja rozwojowi polskiego społeczeństwa, jak kamień młyński pływaniu sprintem?
Ktoś może powiedzieć, że teraz nie czas o tym mówić, wypominać naszym błędy i wypaczenia, bo Ukraina, bo wybory do parlamentu europejskiego, bo finansowanie, zakrawające o jurgielt, poprzedniczki partii rządzącej. Bo kobieta z brodą na festiwalu Eurowizji. Krótko mówiąc: sam pan widzisz jaką mamy sytuację (Wojciech Młynarski, Sytuacja)…
A poza tym oni, ci nasi, tak na razie muszą, bo to jest wyższa, polityczna, mądrość. Nie to nie jest mądrość, to obłuda, świętoszkowatość pod powłoką której toczy się, i będzie się toczyć, business as usual. A taką mądrość nazywał ks. Piotr Skarga w swych słynnych Kazaniach sejmowych, mądrością zwierzęcą, mądrością diabelską.

Dobrze by było gdyby wzięli to pod uwagę ci, którzy już się szykują, aby za rok, po wyborach parlamentarnych, pardon the expression, wydymać wyborców, którzy im uwierzyli, jak niegdyś przedstawicielom naszej-nienaszej strony przy okrągłym stole.
Tym razem w pozycji na patriotyzm. Tym razem na sposób konserwatywny.